Share Button

Polska lewica uwielbia demonstrować swoje wady. Czyni to często i regularnie. Najchętniej pierwszego maja.

Zdjęcie: Bojan Stanisławski Боян Станиславски
Zdjęcie: Bojan Stanisławski Боян Станиславски

Ma się rozumieć – jest to opinia wśród członków i członkiń rzeczonej lewicy zgoła niepopularna. Trudno się temu dziwić, gdyż od blisko dwóch dekad jej różnym biedaliderom, zarówno tym salonowym jak i plebejskim, porażki mylą się ze zwycięstwami. Ten fundamentalny błąd zaś jest najważniejszą przyczyną ogólnej katastrofy: kto bowiem oprze się na fałszywych przesłankach, ten nie ma szans na dotarcie do właściwych wniosków. Wydawać by się mogło, że jeśli świat abstrakcji jest za trudny, to przynajmniej „otaczająca nas coraz mocniej rzeczywistość” – jak śpiewał mistrz Młynarski – ta materialistyczna, mogłaby stać się źródłem refleksji. Niestety, znów okazały się one bardzo skromne w porównaniu z potrzebami.

W stołecznym centrum zebrały się dwie grupy. Jednej, pod czerwonymi sztandarami przewodził Piotr Ikonowicz, drugiej Jan Guz i zaproszeni przez niego goście. Ewentualne uczestnictwo w tych manifestacjach było dla działaczek i działaczy nie tyle koniecznością polityczną, co potrzebną potwierdzenia i rytualnej reprodukcji własnej tożsamości. Jedni od drugich różnią się bowiem głównie stopniem pokalania. Najczęściej jego skala czerpie ze zbiorów wzajemnych oskarżeń o wrodzoną predylekcję do zdrady i zaprzaństwa względem lewicowych idei przez jednych i graniczący ze śmiesznością brak skuteczności politycznej drugich. Zasadniczo obu stronom wypada przyznać rację w ich denuncjacyjnych zapędach, ale uczyniwszy to raz (nie więcej), można by już przejść do kwestii ważniejszych, np. tych potencjalnie nas łączących. Do tego jednak trzeba przestać myśleć o polityce jako o zbiorze pretensji i swoim w nich ustosunkowaniu. Niestety, to jeszcze nie ten moment.

Zdjęcie: Bojan Stanisławski Боян Станиславски
Zdjęcie: Bojan Stanisławski Боян Станиславски

OPZZ, niemal jak zwykle, urodziło mysz. Ta blisko milionowa, jak lubi się chwalić jej kierownictwo, organizacja, decyduje się na mikrodemonstrację. Mikrość tę nieudolnie maskuje w sposób dodający jej tylko perwersji. A to dziecięca orkiestra w cyrkowych strojach, a to smażona kaszanka „od masterszefa”, na którą co pięć minut zapraszała wiceprzewodnicząca konfederacji Wiesława Taranowska, a to koncert disco-polo jako afterek.

Na stołecznym placu Osterwy, przed głównym wejściem do centrali OPZZ, gromadzą się najpierw jej pracownicy oraz firm wynajętych do obsługi nagłośnienia czy ochrony (nie jest jasne dlaczego związkowcy nie mogą spośród miliona członków wyłonić dziesięciu, którzy będą służbą porządkową). Potem nadchodzi moment najsmutniejszy, gdyż w następnej fazie napływają poruszający się jednostajnie, w pełnej ciszy i bez rozglądania się panowie w bardzo podeszłym wieku. Wypada ich szanować, przychodzą zapewne wiedzeni sentymentem; pamiętają prawdziwe pochody pierwszomajowe, a mimo to przychodzą wziąć też udział w tych marnych erzacach. Gdy już dotrą na miejsce, dłuższą chwilę stoją, potem zaczynają  się snuć po okolicy, w końcu siadają na pobliskim murku, by później stanąć na peryferiach wiecu.W trzeciej fazie dołączają bowiem niektórzy aktywni związkowcy. Niemało było górników i kolejarzy; pojawiło się też kilku przewodniczących i wiceprzewodniczących struktur regionalnych OPZZ.

Po nich dziury w tłumku zakleja SLD i różne, rzec można egzotyczne, organizacje. W przeszłości trafiały nam się takie osobliwości jak Polska Partia Regionów czy Ruch Odnowy (Odbudowy?) Gospodarczej im Edwarda Gierka. Teraz szeregi wiecujących zasiliło np. Porozumienie Emerytów Mundurowych z Białej Podlaskiej. Z jakiegoś powodu w tym roku z OPZZ nie poszli na pochód tzw. działkowcy. Nie ma czego żałować, zważywszy na ich postulaty, ale był to też stały element dziwaczejącej z roku na rok ornamentyki pochodu.

Widocznie zabrakło też Piotra Szumlewicza, któremu od kilku lat powierzano prowadzenie pochodu. Jego obecność gwarantowała przyzwoitą dynamikę i wygłaszanie czytelnych haseł i postulatów – nadawało to całej imprezie treść i formatowało trochę przybywających uczestników. Dzięki temu wszystko zyskiwało na polityczności, a tym samym na powadze. W tym roku szef Związku Zawodowego Górników w Polsce, Wacław Czerkawski, któremu oddano na chwilę mikrofon, wygłosił zasadniczo jedno czytelne żądanie – wydłużenie urlopu wypoczynkowego. Impreza nie uzyskała więc nawet jakiejś narracji na poziomie meta, zanim doszło do przemówień. Ludzie wałęsali się po placu i rozmawiali ze sobą tak jakby żałowali, że nie wypełniają podstawowego polskiego obowiązku obywatelskiego w wolny majowy dzień,  tj. nie grillują przy piwku czy wódeczce. Trudno im się dziwić; należałoby im wszak coś lepszego zaproponować.

Powiew świeżości, który w tych przykrych okolicznościach napawał z początku wyjątkowym optymizmem, przyniosła chwila, w której do demonstracji dołączył dobrze zorganizowany, kolorowy i dynamiczny szpaler członkiń i członków nowej socjaldemokratycznej partii – Razem.

Zaangażowanie i spontaniczność tych ludzi kontrastowało do tego stopnia z nużącą, rzec można po baumanowsku, „płynną apatią” pozostałych, że moment pierwszej konsternacji mieszał się z zażenowaniem. Szczęśliwie jednak, okrzyki i hasła regularnie i w sposób zdyscyplinowany skandowane przez razemitów, szybko zdominowały atmosferę; impreza realnie zyskała na, w najlepszym tego słowa znaczeniu, nowoczesności.

Niestety, zachwyt tym incydentem – jak to z „dobrymi zmianami” bywa – nie mógł trwać długo. Po tym jak Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ, otworzył oficjalnie zgromadzenie i zaprosił generałów lewicy i ruchu pracowniczego do wygłoszenia przemówień, prawie wszyscy zadbali o to, aby te sympatyczne wrażenia zatrzeć i imprezę spieprzyć.

Zaczął Jan Guz. Znów postanowił udawać kogoś innego, znów bezsilnie próbował nie być  sobą, podczas gdy właśnie wtedy jest najlepszy. Zamiast walić do mikrofonu jak zwyczajny, plebejski, związkowy krzykacz i class-fighter, wygłosił banalne, nieprzekonywające przemówienie; a to coś o pogodzie, a to uronił łzę nad brakiem dialogu. Wszystko to mieszał z kwestiami ustrojowymi, których ewidentnie nie rozumie; później w sposób tak sztuczny, że aż bolesny nawiązywał też do protestu kobiet, a wszystko to dzielił chwalipięctwem doprawdy „gorszego sortu”.

„Wywalczyliśmy minimalną płacę godzinową!” – grzmiał Guz. I co z tego? – odpowiadała rzeczywistość. Zyskała na tym głównie innowacyjna kombinatoryka polskich Januszy Biznesu, którzy ciemiężą teraz swoich podwładnych dodatkowo „opłatami za dzierżawę odzieży roboczej” itp. „Daliśmy możliwość zrzeszania się także tym, którzy nie mają umów o pracę!”. Wielka sprawa! Kolego Guz, a zapytaliście się teraz swoich zrzeszonych, co Wasze organizacje mogą dla nich zrobić? Nie będzie się czym chwalić, gwarantuję.

Zdjęcia: Bojan Stanisławski Боян Станиславски
Zdjęcia: Bojan Stanisławski Боян Станиславски

Przemówienie Guza po prostu zabiło atmosferę i przywróciło ciężką jak „matka wszystkich bomb” siermięgę. Nie dało się nawet wyłapać jakiegoś postulatu-wyzwania, nawet takiego, z którym większość mogłaby się zgodzić, jakiegoś takiego, bezmyślnego w swej okrągłości, jak „służba zdrowia dostępna dla wszyskich!”.

Zaskoczeniem i kolejnym pokrzepieniem serca okazało niespodziewanie dobre wystąpienie Włodzimierza Czarzastego, znanego z żółtego swetra (którego szczęśliwie nie założył) i miłości do „Gazety Wyborczej” (której szczęśliwie nie wyraził). Nie tylko przedstawił on konkretne postulaty, ale złożył szereg obietnic wyborczych, które układają się w interesującą socjaldemokratyczną platformę programową. Zapowiedział m. in. zwiększenie progresji podatkowej, zgłoszenie projektu OPZZ 250-procentowej stawki za pracę w niedzielę, drastyczne ograniczenie „śmieciówek” i bezwzględne wsparcie dla protestu kobiet. Bardzo wyraziście wypunktował biedadyktatorskie zapędy ekipy Kaczyńskiego, ani razu nie odwołując się przy tym do takich tworów jak KOD. Pojawiło się też czytelne i jasne, pozbawione kompleksów odwołanie do osiągnięć cywilizcyjnych PRL. Czarzasty zakończył swoje przemówienie ostrą krytyką władzy za dopuszczenie do faszystowskich ekscesów w centrum Warszawy za sprawą ONR.

W nadzwyczaj ciepłych słowach odniósł się też do partii Razem. Gratulował jej dotychczasowych osiągnięć i chwalił za inicjatywy. Na koniec przemówienia wyciągnął dłoń do stojącej obok Marceliny Zawiszy z Zarządu Krajowego Razem, ale ta postanowiła odegrać żenującą scenę Merkel-Trump a rebours. Tak jak zagubiony pomarańczowy pajac-socjopata udający Chucka Norrisa uchylił się ostentacyjnie od „złego dotyku” cioci Anieli, tak Zawisza wprowadziła większość zebranych w osłupienie i niesmak, niepodawszy ręki Czarzastemu.

Ten idiotyczny, kompletnie bezmyślny gest nie ujdzie jej jednak na sucho, tak jak wygłupy Trumpa, choć te jego są zdecydowanie bardziej niebezpieczne. Bądź co bądź, on jest miliarderem i szefem świata, a ona po prostu gościem Jana Guza. To doprawdy niepojęte, że można kogoś publicznie i tak zupełnie bezinteresownie obrazić w takich okolicznościach, akurat pierwszego maja. Trudno czasem zgadnąć, o czym myślą członkowie zarządu krajowego Razem, ale jeśli o realnym udziale w parlamentarnej polityce z jakąś minimalną reprezentacją, to – zważywszy, że sondaże dają im około 5 proc., a SLD ponad dwa razy tyle – warto zastanowić się nad strategiami współpracy. W innym wypadku czeka ich bowiem los komicznego, z perspektywy dwóch dekad, tworu, jakim była Unia Pracy. Przypomnijmy, najpierw zwykłe antyeseldowskie fikołki Bugaja, potem jego podśmiewanie się z Ikonowicza, w końcu obłęd i poparcie dla PSL, a teraz tanie konserwatywne dykteryjki, godne jedynie marginalnych narodowo-socjalnych cudaczności jak „Nowy Obywatel”, w którego honorowej radzie tenże zresztą członkuje.

Razem życzyć trzeba – trawestując Reja – „żywotu partii pożytecznej”, ale też jej naczałstwo musi tego chcieć. Rej także był posłem na Sejm, a w przywołanym dziele tłumaczył, że człowiek musi znać nie tylko gramatykę i sztukę, ale charakteryzować się przede wszystkim „rozwagą i miłosierdziem”. Marcelina Zawisza mogła zademonstrować i jedno i drugie; ostentacyjnie nie skorzystała z tej szansy. Zamiast tego

obraziła SLD i przypuszczać można, iż zarobiła w ten sposób kilka ego-dolarów, ale raczej nie starczy na rekompensatę kompromitacji. Bo nie chodzi tu już nawet o święte lewicowe niepokalanie, które jest tu wszak ważniejsze niż w kościele powszechnym zbawienie, ale o elementarną kulturę. Dotychczas takie bezeceństwa były zarezerwowane dla pomyłek bożych typu Lech Wałęsa, który Kwaśniewskiemu powiedział w 1995 r., że może mu „najwyżej podać nogę”. Po co tej patologii nadawać nowe życie?

Na dodatek przemówienie Marceliny Zawiszy było guzopodobne i merytorycznie słabsze od SLD-owskiego. Rytmicznie, niczym „stop” w telegramie, powtarzały się oskarżenia wobec biznesu o okradanie swoich pracowników, przez co ci drudzy klepią biedę; nie jest to zbyt wyszukaną demagogią. W tym kontekście bardzo dobrze poradził sobie Mateusz Trzeciak, również jeden z szefów Razem, który jako jedyny wskazał na jasny klasowy podział społeczny na „kulczyków” i resztę społeczeństwa – i wskazał po której stronie należy się opowiedzieć.

Na uwagę zasługiwało również przemówienie Leszka Miętka, przewodniczącego Związku Zawodowego Maszynistów w Polsce. Zwrócił on uwagę na fatalny stan zarządzania przedsiębiorstwami w Polsce. Według niego nie tylko małe firmy, ale i wielkie, nadzwyczaj istotne dla gospodarki podmioty, zarządzane są przez dyletantów, którzy udają biznesmenów i menedżerów. W rzeczywiści zaś nie biorą za nic odpowiedzialności, a są wynagradzani „według stawek europejskich”, czyli zupełnie inaczej niż pracownicy.

Potem pochód ruszył. I tyle. Nie pozostanie po nim nic poza słabymi wrażeniami. Nie odbyła się ani jedna zbiorowa dyskusja dotycząca strategii programowych dla lewicy i ruchu pracowniczego, poziomów współpracy Razem i SLD ze związkami zawodowymi, czy choćby wspólne, ale przynajmniej minimalnie konkluzywne, narzekanie na „dobrą zmianę”.

Szkoda. Miniony pierwszy maja potwierdził zasadniczo, iż polska lewica znajduje się „na ścieżce, na kursie”, choć z pewnością jeszcze nie wszystko stracone. Trzeba jednak adekwatnie reagować na sygnały systemu TAWS i wołania „Pull up! Pull up!”, które brzmią w tym kontekście o wiele mniej metaforycznie niż powinny. Ludziom trzeba zaproponować radykalną zmianę. PiS wygrał i trzyma się mocno, bo PiS jest zmianą. Potworną zmianą, ale zawsze zmianą. Rok temu wyborcy gotowi byli głosować na kij od szczotki, byle tylko pachniał innością. Ludzie uwierzyli w hasło Razem – „inna polityka jest możliwa”, ale jako animatorów tejże widziało Kukiza i Kaczyńskiego. Czeka nas długa droga, ale trzeba zacząć od jakiegoś poważnego, wielkiego projektu, wielkich zmian. Drobne kroki to strategia grzecznych frajerów.

P.S. Czy ktoś umie wyjaśnić, dlaczego na pochodzie zabrakło nowopowstającej partii Inicjatywa Polska?

P.P.S. Gdzie byli nauczyciele tak zatroskani o los dziatwy i jej masowego duraczenia w PiS-owskiej szkole?

Share Button

Na podobny temat

Skomentuj artykuł w sieciach społecznościowych lub bezopśrednio na stronach portalu.

5 komentarzy

  1. Pingback: Wyścig niepowagi z żenadą – My Budowlańcy

  2. Pingback: Strona nie została znaleziona – Portal STRAJK

  3. eder napisał:

    Jak to nie było IP? Była, tylko nie dało się jej zauważyć z powodu rozmiarów. Natomiast nauczyciele szykowali się na marsz wolności PO, gdyż ich guru Broniarz tam teraz się przymila.

  4. Antal Falk napisał:

    Pierwszomajowe gry i zabawy współczesnej „lewicy” na tyle mało mnie interesują, że pomimo zdecydowanie lewicowych i propracowniczych poglądów w tych imprezach po prostu nie uczestniczę. Sorry, szkoda mojego czasu na wygłupy planktonu …
    Czekam na Lewicę z prawdziwego zdarzenia…

  5. Kaziu napisał:

    Mieszkam na wsi. Obserwuję. Ciemnogród katolski wszędzie. Totalne zdebilenie, dzięki telewizji i jaśnie panu księdzu. Ament

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*