Share Button

Daniel W. był wściekły. Spojrzał na rurkę wykonaną na maszynie przez jego pracownika. Zatrudniony kilka dni wcześnie 64-letni rencista po raz kolejny zrobił coś źle. Wywiązała się awantura. Mężczyźni skoczyli sobie do gardeł. Pozostali pracownicy, w większości Ukraińcy, wybiegli z hali. Wiedzieli na co stać ich szefa i prawdopodobnie nie chcieli być świadkami. Kilkadziesiąt minut później na miejscu pojawiło się pogotowie. Na ziemi leżał mężczyzna z rozłupaną czaszką.

Firma budowlana Daniela W. działała w Micigoździe. Miejscowość ta figuruje na liście najdziwniejszych nazw geograficznych w Polsce. – Micigózd, Micigozdu, Micigodzie nie czekaj, Micigozdowi –  śmieje się pani Klaudia, którą spotykam w autobusie. Przyznaje, że odmiana przez przypadki sprawia problem nawet lokalsom. Micigózd liczy sobie 990 mieszkańców. Ale tylko na papierze, bo wielu wyjechało do pracy za granicę.

– Z mojej klasy z podstawówki połowa siedzi na wyspach, kilku w Niemczech i Holandii, przyjeżdżają tylko na święta – opowiada dwudziestoparolatka. Województwo świętokrzyskie jest jednym z tych, którym ubyło najwięcej krwi. Według GUS do 2013 emigrację wybrało 64 tysiące młodych obywateli. Tylko 4 proc. żałuje i tęskni. Bo tęsknić nie ma za czym . Gdyby zostali, mogliby pracować u Daniela W. przy produkcji materiałów budowlanych.

Wysiadając z autobusu zobaczyłem miejscowość uroczo zasypaną śniegiem. Micigózd położony jest na wzgórzu, Jak to w świętokrzyskim – regionie składających z z gór i dolin. Obok Micigozdu znajduje się Piekoszów, siedziba władz; stolica gminy i smogu. Piekoszów jest na dole, a więc wiatr nie może przepędzić dymów z kominów ciepłowniczych. Micigózd jest wyżej i wieje w nim zbawiennie. Powietrze jest czyste, mroźne i rześkie. Domy ułożone są wzdłuż szosy z wiodącej z Kielc do Włoszczowej i drugiej głównej ulicy – Południowej. To właśnie tam znajduje się firma Daniela W. Wiedziałem, że nie będzie łatwo o informacje i szczere rozmowy. Za mało ludzi, za dużo oczu i uszu. I nie było. Pracownica restauracji jedynej miejscowej noclegowni – Hotelu Iris, poparzyła na mnie z podejrzeniem i nieufnością, kiedy zapytałem o Daniela W.  Nie tylko ona. Mieszkańcy niechętnie  rozmawiają. Jedyna pani sołtys zgodziła się na cytowanie pod nazwiskiem. Informacje medialne o zdarzeniu z listopada 2015 roku były szczątkowe. Pracodawca zabił pracownika. To brzmi jednoznacznie i wydaje się wpisywać w kontekst nierównych i naznaczonych przemocą ze strony silniejszego relacji pomiędzy kapitałem a pracą w Polsce. A jednak nie do końca. Bo historia Daniela W. zahacza również o politykę, załamanie gospodarcze i strukturalną niepewność – crème de la cèrme neoliberalnej gospodarki. Mówi też coś o ludziach – wytworach tego społeczeństwa. Euforia, poczucie omnipotencji, w chwili, gdy jesteś zwycięzcą. Kiedy kończy się bonanza, wszystko siada, a ekstatyczny optymizm przeradza się w załamanie, złość i agresję.

Daniel W. swoją firmę założył w poprzedniej dekadzie. Okres rządów Platformy Obywatelskiej był dla niego znakomitym czasem. I nie tylko dla niego. Przedsiębiorcy z budowlanki płynęli na grzbiecie wysokiej fali przetargów od państwa, które przygotowywało się do Euro 2012 i zleceń z od osób prywatnych. Boom wywołany inwestycjami sektora publicznego do dziś wspominają jako złoty wiek. To zabawne, ale ci, którzy najbardziej nienawidzą „etatyzmu” i wszelkiej ingerencji państwa, kiedy przyjdzie co do czego, nie potrafią bez niego żyć. Firma z Micigozdu stawała do kolejnych przetargów. Niektóre wygrywała. Pracownicy Daniela W. ułożyli chodnik w Łagowie czy zagospodarowali teren rekreacyjny w samym Micigoździe. Daniela W. będącego u szczytu potęgi spotkał pan Marek, mieszkający w Piekoszowie. Ja – pana Marka ciągnącego wózek z żelastwem. Obecnie nie ma stałej pracy. Kilka lat temu było znacznie lepiej.

– Byłem u niego na rozmowie o pracę, płacił całkiem dobrze, ale dostałem lepszą ofertę pod Warszawą i wyjechałem – wspomina. – Z tego co słyszałem, to potem miał kłopoty – dodaje.

Rok 2015 był już słaby. Gabinet Ewy Kopacz powoli zwijał majdan. Branża odczuła to boleśnie. Źródełko zleceń wysychało. Wielu przedsiębiorców redukowało liczebność swoich brygad. W listopadzie 2015 roku, kiedy doszło do tragedii, pracowali u niego głównie Ukraińcy. Skoszarował ich na działce, przy siedzibie firmy. Ziemię kilka lat wcześniej odziedziczył po dziadkach. Wtedy też przeniósł działalność z Piekoszowa do Micigozdu. Spotykam się z właścicielem jednego ze sklepów w Piekoszowie. Znał osobiście Daniela W., łączyły ich wspólne interesy, o których nie chce jednak powiedzieć więcej.

– Postrzegałem go zawsze jako człowieka ze słabą psychiką – wzdycha. – Potrafił jednego dnia z sercem na dłoni, a drugiego zbluzgać nieludzko przy mnie pracownika – mówi zniesmaczony. Ostrożny w słowach, na koniec dodaje, że przedsiębiorcę z sąsiedniej wsi znał w gruncie rzeczy tylko na poziomie biznesowym.

Daniela W. pamięta również pracownik stacji napełniania butli gazowych. – Kojarzę, ma firmę na Południowej – mówi korpulentny starszy pan, po uważnym przestudiowaniu mojej legitymacji prasowej.

– To był w porządku facet, nie znajdzie pan tutaj sensacji. Musi pan zrozumieć,  że pracownicy też nie zawsze są w porządku. A ile dostał? Cztery i pół roku? To niedużo, ale powiem panu, że według mnie to był nieszczęśliwy wypadek – mówi, po czym dodaje na koniec asekuracyjnie, że Daniela W. znał raczej słabo.

W szczycie rozkwitu swojego biznesu Daniel W. zdecydował się pójść za ciosem. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że chciał być Donaldem Trumpem gminy Piekoszów. To dość częsta prawidłowość – kiedy jesteś panem dobrze prosperującego interesu, zaczynasz marzyć o realnej władzy, tej politycznej. Pierwsze podejście zaliczył w 2010 roku. Krystyna Krzysztofik, sołtys Micigozdu, ledwo pamięta go z tego okresu.

– Mało robił podczas tej kampanii, ale faktycznie startował – mówi przyjmując mnie w swoim skromnym gabinecie. O wyroku dowiedziała się w ostatnich dniach. Nie ma wątpliwości, że zadecydował pieniądz. Sołtys to osoba, która zna ludzi, więć wypytuję ją o Daniela W. Jaki był? Ludzie się go bali, szanowali? Czy bywał agresywny? Stosował przemoc?

– Na pewno nie wyróżniał się niczym szczególnie dobrym jako przedsiębiorca – przyznaje pani Krystyna. – Niewiele osób pracowało u niego z Micigozdu. Zatrudniał głównie tych z Ukrainy.  Jeden mój znajomy został przez niego oszukany. Pracował przez trzy miesiące, nie dostał ani grosza. Tamten czekał, aż ten sam się zwolni i liczył, że nie będzie walczył o pieniądze – mówi z oburzeniem.

Nieco ponad sześć lat temu kandydat Daniel W. zainaugurował swoja kampanię wyborczą. Była rachityczna i kabaretowa zarazem. Przedsiębiorca skupiał się głównie na wypisywaniu pochlebstw pod swoim adresem na internetowych forach. Krytykował dotychczasowy porządek i proponował rozwiązania iście rewolucyjne. Poetyka jego przekazu była komediowa, a wpisy na portalach – prymitywną klaką. „Najwyższa pora by tacy ludzie jak Daniel W., którzy mają doświadczenie w zarządzaniu i odnieśli sukces w businessie stanęli za sterami takiego statku jakim jest Gmina, nie dryfowali po omacku jak inni tylko dzięki posiadanemu doświadczeniu sprawnie kierowali całą Gminą i bezpiecznie wypływali na coraz głębsze wody. Trzymam kciuki i popieram. Wierzę że Pan Daniel sprawdzi się jako Wójt i My wszyscy mieszkańcy Gminy na tym skorzystamy” – podobnych laudacji z tamtego okresu można znaleźć w internecie co najmniej kilkadziesiąt. Program W., również prezentowany w komentarzach w mediach elektronicznych, zawierał kilka zadziwiających propozycji z pogranicza neoliberalizmu i dyletanctwa. Mieszkańcom 3 tysięcznego Piekoszowa kandydat na wójta obiecywał postawienie akwaparku, pracownikom – specjalną strefę ekonomiczną, a nad bezpieczeństwem obywateli miała sprawować pieczę Ochotnicza Straż Pożarna, którą Daniel W. proponował „doposażyć w sprzęt bojowy i inne wyposażenie”.

– Niewiele sobą prezentował, nawet na tle tak słabej konkurencji jak były wójt (Tadeusz D., obecnie przebywa w więzieniu za malwersacje – przyp. PN) – mówi sklepikarz z Piekoszowa.  – Wyraźnie mu odbiło, kiedy firma zaczęła mu pieniądze jakieś większe przynosić. Wtedy  chyba naprawdę uwierzył, że może zostać kimś w polityce – dodaje.

Wyborcy okazali się surowymi recenzentami politycznego debiutanta. Otrzymał 135 głosów, co stanowiło 4,56 proc. oddanych ważnych. Zajął siódme miejsce w stawce dziewięciu kandydatów. Nie dostał się również do rady gminy z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej.  Klęska w wyścigu do samorządów nie zniechęciła jednak Daniela W. do działalności politycznej. Impulsem do kolejnej próby było ukonstytuowanie się nowej partii. Został członkiem Ruchu Palikota. Przedsiębiorca z Micigozdu odnalazł się w środowisku probiznesowych liberałów. Mandatu co prawda nie otrzymał, jednak wynik 934 głosy był dziewiątym rezultatem wśród 27 kandydatów. Ciągu dalszego politycznej aktywności nie było.

Sukces w biznesie nie przełożył się w przypadku W. na przemianę osobowości. Nie został intelektualistą, aspirującym do świata, choćby lokalnych elit. „Januszyzm biznesowy” pozostał w nim do samego tragicznego końca. Mimo posiadania sporych oszczędności, kiedy firma znalazła się w kryzysie, wołał oszczędzać na pensjach pracowników i zatrudniać Ukraińców, których łatwiej wyzyskiwać.

64-letni rencista, który później zginął z jego ręki, pracował u Daniela W. tylko przez tydzień. Planował dorabiać sobie na pół etatu. Mieszkał w Kielcach przy ulicy Śląskiej. Jego bliscy przebywają na stałe w Wielkiej Brytanii, kontaktu z  nimi nie ma.  Z relacji prasowych wynika, że warunki pracy i sposób, w jaki traktował go szef od początku mu nie odpowiadały. Pewnego listopadowego popołudnia Daniel W. zwrócił uwagę, że jego pracownik źle przyspawał pręt do rurki.  Ten oświadczył, że z pracy rezygnuje i oczekuje wypłaty wynagrodzenia. Pracodawca płacić nie zamierzał. Doszło do awantury, podczas której młodszy i silniejszy przedsiębiorca chwycił za feralny pręt i uderzył im w głowę pracownika. – Podobno chodziło o niedużą kwotą, jakieś 300-400 złotych – wspomina sołtys Krzysztofik.  To jednak wystarczyło, żeby wyprowadzić W. z równowagi. Kiedy na miejscu pojawili się sanitariusze, zobaczyli otwartą czaszkę.  Lekarze stwierdzili złamanie kości czołowej, skroniowej i stłuczenie mózgu. Mężczyzna był w stanie ciężkim. Zmarł kilkanaście dni po przyjęciu do szpitala. Prokuratorzy nie mieli na początku wątpliwości: to było usiłowanie zabójstwa. Potem mówili nawet o zabójstwie. W. trafił do aresztu na trzy miesiące. W tym czasie jego prawnicy robili wszystko, by udowodnić, że zgon pracownika nie nastąpił w wyniku razów zadanych przez ich klienta. Ich determinacja poskutkowała.

– Sąd zmienił kwalifikację prawną czynu, pierwotnie opisaną jako usiłowanie zabójstwa na spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – wyjaśnia Jan Klocek, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Kielcach. Na początku 2017 roku zapadł wyrok. 4,5 roku więzienia, a z czego Daniel W. odsiedział już rok. A zatem za nieco ponad 12 miesięcy będzie mógł się ubiegać o przedterminowe zwolnienie.

W ciągu dobry w Micigoździe, Piekoszowie i Kielcach przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów. Większość osób zastrzegała sobie anonimowość. Bardzo stanowczo, podkreślając to na początku i końcu. Im bliżej ktoś znał Daniela W., tym mniej miał do powiedzenia i tym wyraźniejszy był lęk na twarzy. Wszystkich niemal łączyło poczucie niesprawiedliwości. – Gdybym to ja walnąć tą rurką, to bym do końca życia nie wyszedł z paki – usłyszałem od faceta, który niemal został pracownikiem W. Starsza pani w sklepie w Micigoździe aż syknęła z oburzenia, kiedy jej powiedziałem o werdykcie. – Ale się sukinsyn wywinął – wycedziła. – Kasę ma to się wywinął – dodała jej towarzyszka.

Share Button
Skomentuj artykuł w sieciach społecznościowych lub bezopśrednio na stronach portalu.

7 komentarzy

  1. Smog wawelski napisał:

    „Obok Micigozdu znajduje się Piekoszów, siedziba władz; stolica gminy i smogu. Piekoszów jest na dole, a więc wiatr nie może przepędzić dymów z kominów ciepłowniczych. Micigózd jest wyżej i wieje w nim zbawiennie. Powietrze jest czyste, mroźne i rześkie.”

    Co ty chłopie za brednie wypisujesz??

  2. efemeryda napisał:

    Sprawiedliwość po polsku.

  3. qaduq napisał:

    Nieźle opisany mechanizm całej sprawy. Zmarły rencista, samotny, bliscy za granicą. Pewno dowiedzieli się po przyjeździe na święta. Odziedziczyli mieszkanie. Pracownicy z Ukrainy chcą dalej pracować. Nikt nie zatrudni świadczącego przeciwko innemu przedsiębiorcy. Prokurator też człowiek. Zmienił kwalifikację czynu na wypadek przy użyciu rurki. W końcu poszkodowany ostatecznie umarł w szpitalu. A to już coś. Sad pochylił się nad złamanym przez życie człowiekiem. Docenił, że jednak dawał ludziom pracę. Nerwy puściły. I nawet nie dołożył, że startował nieskutecznie z listy lewicy. Oto Polska właśnie. Czekamy na wyższy wyrok? A dla przestępcy, zabijającego po pijaku, albo pod wpływem narkotyków, ale mającego nazwisko, albo dobrze ustawioną rodzinę to jednak szukamy okoliczności łagodzących? Otóż to!!! Smutne, ale życiowe.

  4. 4,5 roku jest warte życie najemnego robotnika w arcykatolickiej Polsce!
    Do refleksji!

  5. sru napisał:

    co to ma być? kim ten śmieć jest że strajk poświęca mu tyle miejsca ? nie ma już innych tematów ?

  6. Zz napisał:

    Taki „pracodawca” to clou naszej demokracji… Jego opinie znajdziesz w Internecie, będzie głosował razem z rodziną [i pracownikami ;-( ] na każdym poziomie wyborów i – jak widać – umie także skorzystać z biernego prawa wyborczego… Raz posłuży się Partią Emerytów, drugi raz Partią Piwa, ale i wesprze SLD czy Ruch Palikota… Kto wie, czy w ostatnich wyborach nie myślał o Kukizie, albo nie orientował się, czy ma szansę iść z PiS-em… Warto śledzić nastroje takich ludzi… Nawet, jak się nie jest ich pracownikiem…

    • Nikt napisał:

      Tak, dokładnie wzorcowy model polskiego geszefciarza – mentalność wsiowa, a ambicje światowe.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*