Share Button

Rozmowa z Krzysztofem Janikiem, politologiem, adiunktem w Akademii Obrony Narodowej i w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, byłym przewodniczącym SLD, byłym ministrem spraw wewnętrznych i administracji, posłem na Sejm II, III i IV kadencji.

Co Pan pomyślał, kiedy SLD… Sorry, kiedy Zjednoczona Lewica padła w wyborach?

Szoku nie było. Spodziewałem się takiego wyniku.

Ale co Pan pomyślał?

Coś pękło i się skończyło. Skończyła się ideowa i programowa formuła Sojuszu. Może to nawet dobrze, że SLD nie ma w parlamencie. Teraz koledzy będą mieli czas, żeby zastanowić się nad błędami, jakie przez lata popełnialiśmy. Jeśli wyciągną z nich wnioski, jest jeszcze szansa na to, że powstanie lewicowa partia na miarę wyzwań XXI wieku.

Na razie Pańscy koledzy zastanawiają się chyba tylko nad tym, po jakiego diabła była im potrzebna ta koalicja Zjednoczonej Lewicy. Liczą, liczą i wychodzi im na to, że bez Twojego Ruchu, PPS-u, Unii Pracy i Zielonych jakoś by się wczołgali do Sejmu.

Znam te opinie, ale zupełnie się z nimi nie zgadzam. Może by i zdobyli 5 procent głosów, tylko co z tego? Taki wynik dałby ciepłe posadki kilkunastu facetom… Sorry, działaczkom i działaczom partyjnym. Prestiż dla partii żaden, za to kompromitacja ogromna.

ZL też była kompromitacją. Żałość brała, kiedy się słuchało jej polityków. Gawkowskiego, który zapowiadał, że „nasze listy będą się skrzyły od gwiazd”. Nowackiej reklamującej Millera jako tego, który „świetnie obsługuje social media”. Piechny-Więckiewicz, która zachwalała Millera i Palikota, bo „dobrze się czują w Internecie, toczą interesujące debaty i są pełni bon motów”… Bon moty miały przekonać elektorat socjalny?

Nie było to zręczne, przyznaję.

Jak można aż tak się rozjechać z rzeczywistością?

Próbowali się nie rozjechać. Postawili na projekt: „trochę kontynuacji, trochę nowego. A nuż się uda?”. Jak widać – nie udało się. Trzeba było budować coś nowego.

A co sensownego można zbudować, kiedy biorą się do tego z jednej strony Miller, któremu nagle się przypomniało, że reprezentuje lewicę, z drugiej ortodoksyjny liberał Palikot?

Byłem przekonany, iż obaj panowie schowają się tak, że w ogóle nie będzie ich widać. Niestety, nie wytrzymali.

Może i lepiej. Kaczyński wytrzymał i mamy, co mamy.

Liczyłem, że ich „stan schowania” przejdzie im w przyzwyczajenie. Byliby mocnymi punktami w Sejmie, ale pierwsze skrzypce już nie dla nich. Powtarzam jednak: to, że SLD zdecydował się na koalicję, nie budziło moich zastrzeżeń. To był mądry ruch.

To tu się nie przekonamy. Kuriozalne sojusze to w ogóle specjalność Sojuszu. Kiedyś próbowaliście się już łączyć z liberałami z Unii Wolności. Skończyło się totalnym fiaskiem.

W dawnej Unii Wolności byli nie tylko liberałowie, ale i sporo lewicy, zarówno światopoglądowej, jak i socjalnej. Choćby Andrzej Celiński, który przez jakiś czas był z nami. Nie zmienia to jednak faktu, że źle policzyliśmy koszty, źle rozpoznaliśmy strukturę tej partii. W UW dominował nurt liberalny, a nie lewicowy. W dodatku, jak przyszłość pokazała, ta solidarnościowa lewica stała się naszym największym wrogiem… Nawiasem mówiąc, dzisiaj dokładnie to samo robi Partia Razem, która wroga dopatruje się przede wszystkim w SLD. Widocznie ruch rewolucyjny zawsze jest skazany na walkę bolszewików z mienszewikami. Tak czy inaczej – popełniliśmy ewidentny błąd.

Podobnie jak w 2006 roku z konceptem pt. Lewica i Demokraci, czyli z lansowaniem za pomocą struktur i pieniędzy Sojuszu polityków o jawnie prawicowych poglądach, dla których byliście i pozostajecie albo „komuchami”, albo „postkomunistami”.

Z LiD-em też pewnie przeszarżowaliśmy, ale warto pamiętać, że celem tej koalicji była budowa alternatywy dla prawicy, która dominowała w polskiej polityce. Wojtek Olejniczak mądrze kiedyś powiedział, że partia powinna być jak statek, który cumuje w porcie lewicy, ale łowi również wyborców z centrum. LiD był taką właśnie próbą poszerzenia bazy. Sojusz co najmniej od kilku lat motał się wtedy sam ze sobą. Wiedzieliśmy, że Polskę trzeba wprowadzić do Unii Europejskiej i Miller zrobił to perfekcyjnie. Ale co dalej? Co zrobić ze społeczeństwem, jaką perspektywę zarysować państwu w jego funkcjach wewnętrznych? Jaki zaproponować program? Tu błądziliśmy po omacku. W dodatku cały czas towarzyszyła nam świadomość, że nasza formacja – najpierw SdRP, potem SLD – jako pozostałość poprzedniego reżimu nie ma wystarczającej legitymacji do dokonywania głębokich zmian. Poszerzanie tej legitymacji uważałem więc za roztropne. Dzisiaj raczej bym tego nie powtórzył. Może już w roku 2005 należało zacząć budować normalną, nowoczesną lewicę.

Politolog Rafał Chwedoruk od kilku lat powtarzał, że marzy o czasach, kiedy Sojusz zacznie być nazywany formacją populistyczną…

Niechże pani da spokój! W Polsce nie ma dzisiaj miejsca na partię populistyczną, bo wszystkie cechy takiego ugrupowania ma PiS: odwołuje się do emocji ludzi, schlebia im, stwarza pozory utożsamiania się z nimi, szafuje hasłami bez pokrycia. Partia Kaczyńskiego opanowała to to perfekcji. Trudno byłoby z nimi konkurować w dziedzinie tumanienia społeczeństwa.

Chwedoruk miał na myśli ugrupowanie populistyczne w takim sensie, w jakim byli kiedyś narodnicy w Rosji czy działacze amerykańskiej Partii Populistycznej. Jedni i drudzy uważali, że elity polityczne są coś winne ludowi i próbowali za tym ludem kroczyć, byli mu wierni. Wy już w 1989 roku zaczęliście od zdrady. Klub Parlamentarny PZPR punkt po punkcie głosował za pakietem reform Balcerowicza.

I cóż mam na to odpowiedzieć? Ówczesny aktyw kierowniczy partii, mnie nie wyłączając, wychował się w zupełnie innym etosie pracy publicznej niż ten, który nastał po roku 1989. Było wśród nas mnóstwo ludzi, którzy wiedzieli, na czym polega odpowiedzialność za państwo, ale jednocześnie kompletnie nie rozumieliśmy społeczeństwa, bo PZPR było partią władzy, a nie idei, a komunikacja z ludem załamała się po 1956 roku, kiedy Gomułka zaczął odchodzić od Października. Nigdy już potem tej komunikacji nie odbudowaliśmy. A do tego wszystkiego doszło jeszcze to, o czym już wspomniałem: dla nas pierwsze dziesięć lat po 1989 roku to była przede wszystkim walka lewicy o legitymizowany udział we władzy publicznej.

Raczej o wtopienie się w nie swoje otoczenie polityczne, o akceptację środowiska, które jest „salonem”. Za wszelką cenę chcieliście się stać jego częścią. Ważne były ciepłe posadki, a nie na przykład kwestie socjalne. O nich przypominaliście sobie koniunkturalnie przed wyborami.

Teraz to pani uprawia klasyczny populizm. W postkomunistycznej lewicy zawsze ścierały się dwa nurty: „życiorysowy” – to ludzie z PZPR nawykli do bycia przy władzy, i „ideowy”, dla którego słowo „lewica” coś znaczyło. Kiedy byliśmy w opozycji – dominował ten drugi, kiedy braliśmy władzę, był potrzebny ten pierwszy. A ich wzajemna spoistość była doraźna, do wyborów.

Coś Panu przeczytam. Źródło: „Anatomia siły”, czyli wywiad rzeka, którego dwa lata temu udzielił Leszek Miller Robertowi Krasowskiemu. Miller opowiada tak: „Kiedy Marek Siwiec był wybierany do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, przyszedł do mnie i powiedział: »Słuchaj, jak my poprzemy Powszechny Program Prywatyzacji, to ja mam większe szanse wejść do KRRiT. Wiem, że masz wiele wątpliwości wobec tego projektu. Czy zatem mógłbyś się wstrzymać ze swoimi ludźmi, a nie głosować przeciw?«. »A jak się wstrzymamy, to ty wejdziesz?« – pytam go. »Jest duża szansa, że wtedy mnie poprą«. Zrobiliśmy tak i Siwiec został członkiem rady”… I gdzie tu miejsce na walkę o lewicowy elektorat? Cyniczny han.el, nic więcej.

I znowu: co mam odpowiedzieć? Że Paryż jest czasem wart mszy?… Byle nie za często.

W takim razie jeszcze jeden cytat z tego samego źródła. Jest rok 1997. Zaczyna się kongres SdRP. O przywództwo w partii walczą Leszek Miller i Wiesław Kaczmarek. Miller tak o tym opowiada: „Kaczmarek, przemawiając, wymienił wszystkie podstawowe wartości lewicowe, ale też zakończył w ten sposób: »Kiedy ja zostanę przewodniczącym partii i tutaj będziemy obradowali, to pod naszymi oknami« – wskazał w tym momencie na ulicę Rozbrat. »Będą stały zaparkowane dobre samochody przedstawicieli klasy średniej, którzy też będą w socjaldemokracji«. I sala zaczęła mu bić brawo. Pomyślałem: A więc tak to wygląda, to już nie jest tak, że my powinniśmy się jawić jako ludzie w zgrzebnych garniturkach. Może jest to już zapotrzebowanie na zmianę oblicza partii?”… Powalająco szczere wyznanie, prawda?

Wiesiek nie był jedynym reprezentantem nurtu socjalliberalnego w naszej partii. Wielu ludzi dało się zauroczyć modnej wtedy w socjaldemokracjach europejskich koncepcji tzw. trzeciej drogi…

Raczej – dało się otumanić.

Niech będzie otumanić. Dwa lata po naszym kongresie Blair i Schroder opublikowali słynny manifest socjaldemokratyczny „Europa: Trzecia Droga, Nowy Środek”. Główna teza tego dokumentu brzmiała mnie więcej tak: ponieważ upadają podziały klasowe, wielkie klasy społeczne się dywersyfikują i nie będzie już jednorodnej klasy wyborczej lewicy, trzeba zmienić bazę tej formacji i postawić na klasę średnią. To nawet miało sens. Schody się zaczynają, gdy zadamy pytanie, o którą klasę średnią chodzi? Ja postawiłbym, na przykład, na urzędników, funkcjonariuszy państwa. Jest to klasa bogatsza niż beneficjenci zasiłków społecznych, ale wcale nie taka zasobna. Daleko im do „wypasionych” samochodów. Cieszą się, gdy uda się im odłożyć trochę pieniędzy i stać się wiarygodnymi kredytobiorcami. Nie jest to więc na pewno taka klasa średnia, jaką sobie wyobrażał Wiesiek Kaczmarek.

Złośliwi komentowali, że politycy lewicy, z Millerem na czele, promując tę „trzecią drogę” sprawiali wrażenie, jakby przeczytali Blaire’a, nie zapoznając się wcześniej z całym kanonem – od Marksa, Engelsa i Lassalle’a, po Judta.

Święta prawda niestety. U nas Marksa rzadko kto czyta, a Engelsa to już chyba nikt, chociaż moim zdaniem był znacznie lepszym analitykiem rzeczywistości społecznej niż Marks. Dzisiaj politycy nie myślą o tym, co się będzie działo za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. Interesuje ich tylko to, co teraz. Maksymalna perspektywa to najbliższe wybory.

Dlaczego SLD tak entuzjastycznie uległ mirażom tej „drogi do centrum”?

Z wszelkich możliwych sondaży wynikało, że spora część społeczeństwa jest zadowolona z III RP. Ludzie oceniali swoją pozycję jako nienajgorszą. Wydawało się, że politycznie rzecz biorąc, trzeba się orientować na tę grupę.

Beneficjentów zasiłków społecznych zostawiając samych sobie?

Może nie do końca, ale – tak czy owak – okazało się, że wybrana droga poprowadziła nas na manowce ideowe i intelektualne. Nie potrafiliśmy sformułować oferty programowej dla elektoratu lewicy.

Pan też oczadział na punkcie „trzeciej drogi”?

Moim zdaniem to nie była oferta dla Polski. Uważałem, że o „trzeciej drodze” będzie można myśleć dopiero wtedy, gdy osiągniemy dochód narodowy na poziomie Wielkiej Brytanii albo Niemiec. Inaczej mówiąc – jest to droga, którą można wybrać, kiedy się dojedzie do ronda, na którym znajduje się informacja, że tzw. współczynnik Giniego, opisujący rozwarstwienie dochodowe, jest na poziomie 20 punktów. W Polsce jest to ciągle ponad 30 punktów, a więc polityka nadal powinna mieć charakter klasowy, społeczny czy wręcz lewacki. Nadal musimy walczyć o elementarną równość szans, równość poziomu życia. Nie dość, że nie podjęliśmy tego wyzwania, to jeszcze – wstydząc się Marksa, Engelsa i wielu innych radykalnych lewicowców – nigdy nie zdobyliśmy się na to, żeby powiedzieć „STOP!” bogatym i wyznaczyć im jakąś granicę dochodów.

Bo i jak tu się zdobyć na coś takiego, skoro sami nie jawiliście się już jako ludzie w zgrzebnych garniturkach, tylko wprost przeciwnie.

Pal licho zgrzebne lub nie garniturki. Przecież nie o to chodzi!

A o co?

Polityka nie polega na tym, żeby współtworzyć elitę, tak jak to się marzyło i marzy wielu moim kolegom. Ona polega na tym, że działa się tak, aby ludzie chcieli iść za ideą, za partią, za jej przywódcami.

Po jakie licho? Jak się już jest partią władzy, jak wam się zdarzało, ma się na czele wodza takiego jak Miller, to idzie się dalej, żeby mieć jeszcze więcej władzy…

Tak to, niestety, wyglądało. Plus przeświadczenie sporej grupy działaczy Sojuszu, że partia to taka struktura, która ma służyć przede wszystkim zdobywaniu i piastowaniu władzy. W tej strukturze najważniejsze są zakulisowe rozgrywki – kto komu dołoży mocniej, kto kogo rozłoży na łopatki. A skoro jesteśmy w tym mistrzami, to ci, którzy dowalą mocniej, będą żyli długo i szczęśliwie. Okazało się, że tak to nie działa. Nie mając nic do zaproponowania naszym wyborcom, zostaliśmy ukarani przegraną w wyborach 2005 roku. Punkty zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, które – jak to celnie powiedział kiedyś Mieczysław Rakowski – „ukradło nam socjalizm”. Był to szok, ale bez intelektualnych konsekwencji. Przez kolejnych 10 lat SLD nie przedstawił wyborcom żadnej sensownej idei, propozycji… Nic, zero. Zaczął się upadek. Klęska, którą ponieśli 25 października albo ich wreszcie wyrwie z szoku, albo będzie koniec. Niektórych bym namawiał, żeby dali już sobie spokój z aktywną polityką i – tak jak ja – poszukali sobie innego zajęcia, żeby zarobić na chleb.

Raczej Pan nie namówi. Na liście walczących o schedę po przewodniczącym Millerze są m.in.: Senyszyn, Czarzasty, Wenderlich, Zaborowski, Gawkowski… „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”…

Dominacja sporu kadrowego nad ideowym do niczego dobrego nie doprowadzi. SLD – jak każda partia – musi sobie odpowiedzieć na pytanie: komu i po co jest potrzebna? Dopóki nie sformułujemy tej odpowiedzi, wszelkie zmiany wewnątrz partii nie mają znaczenia. Ale nowych ludzi dla potrzeb przyszłości trzeba szukać. Jarosław Kaczyński jest ostatnim z pokolenia ’89, który jeszcze się nie skompromitował. Ale chyba zaczyna. W tym pokoleniu już nie ma nowych twarzy, trzeba szukać młodych.

A dlaczego na tej liście nie ma Barbary Nowackiej? Sojusz reklamował ją przecież jako „twarz nowej lewicy”.

Basia nie jest członkiem SLD, ale ma już sporo kwalifikacji, aby być jednym z przywódców lewicy. Pod warunkiem, że będzie dalej się uczyć i rozwijać.

 

Rozmawiała Halina Retkowska

Share Button

Na podobny temat

Skomentuj artykuł w sieciach społecznościowych lub bezopśrednio na stronach portalu.

7 komentarzy

  1. marian napisał:

    Ta MAŁPA , mówił BYŁY DYREKTOR o Ministrze z SLD, NAWET PORZADNEJ ŁAPOWKI NIE UMIAŁA WZIĄŚĆ.Wziął 30.000 USD, a mógł wziąć 3.000.000 dolarów. Za potężną, POLSKĄ, Firmę z kontraktami na całym świecie. A KAZIMIERZ JANIK, po co LIKWIDOWAŁ WOJEWÓDZTWA,a tworzył Powiaty. DLA KOLESIÓW. Powiaty te za rządów Milera żyły z dotacji na drogi. Mówił mi radny powiatowy. Panie Marianie wstydzę się brać te diety. Żyjemy z dróg. Po jakiego grzyba są nam POWIATY. Kiedyś chłop jechał 60 minut do powiatu. Dzisiaj jedzie tyle samo samochodem do województwa.NO I JEST KOMPUTERYZACJA. Nie wysłałbym dziecka do uczelni w której wykładowcą jest p. Janik i jemu podobni , MYŚLENIEM, do Janika doktorzy.

  2. qaduq napisał:

    Armani z lumpeksu z Marksem z przeceny. Tyle zostało po 26 latach klejonej lewicy, idącej na skróty od porzuconego proletariatu i klasy robotniczej do mirażu klasy średniej i znalezienia poparcia pod hasłem bogaćcie się i kochajcie inaczej. Dżilas miałby satysfakcję, że sprawdziły się w praktyce jego teorie. Od polityka tej klasy, cenionego za wiedzę i wizję w ostatnich latach przed upadkiem systemu oczekiwać można pogłębionej analizy, a nie komentowania cytatów wodza. Zabrakło nowej myśli, czy wręcz myśli i wizji współczesnego świata i wyzwań dla partii walczącej o głosy zatrudnionych. Trafna uwaga jednego z komentatorów, że SLD to taki PSL dla dorobkiewiczów w miastach. Tyle, że tamci potrafili przynajmniej zadbać przez ćwierć wieku o przekształcenie chłopów w farmerów i stworzyć nieakceptowane i obce polskiej wsi latyfundia. SLD pozostawiła po sobie zniechęcenie i rozczarowanie lewicą i lukę pokoleniową. To se ne vrati. Finita.

  3. Gibon napisał:

    Nagle się ocknął? Przecież to właśnie Janik jest reprezentantem tego, jak to się dziś modnie określa najgorszego sortu polityków SLD, tych całkowicie bezideowych, których w partii trzymały tylko znajomości i chęć robienia na tym pieniędzy. Nagle mu się o Marksie przypomniało? Jak zauważył ktoś w komentarzu powyżej, jeszcze nie tak dawno sam mówił o SLD jako partii umiarkowanie konserwatywnej światopoglądowo i liberalnej gospodarczo, a teraz nagle mówi, że polityka partii powinna mieć charakter lewacki(sic!) ?

  4. olo napisał:

    No,”Basia uczy się i rozwija”…za pan brat z Rychem Swetru na „spontanicznych manifach” KOD-u. Historia się powtarza…

  5. wściekły napisał:

    Komentując pana Janika:

    „W Polsce nie ma dzisiaj miejsca na partię populistyczną, bo wszystkie cechy takiego ugrupowania ma PiS: odwołuje się do emocji ludzi, schlebia im, stwarza pozory utożsamiania się z nimi, szafuje hasłami bez pokrycia. ”

    Racja.Taki Paweł Kukiz przecież nie może być zakwalifikowany jako prawicowy populista – nieprawdaż ?

    „Schody się zaczynają, gdy zadamy pytanie, o którą klasę średnią chodzi? Ja postawiłbym, na przykład, na urzędników, funkcjonariuszy państwa. Jest to klasa bogatsza niż beneficjenci zasiłków społecznych, ale wcale nie taka zasobna. ”

    Ciekawy pomysł.Zostalibyście PSLem. Ciekawe czym byłby wtedy PSL…

    „Dlaczego SLD tak entuzjastycznie uległ mirażom tej „drogi do centrum”?

    Z wszelkich możliwych sondaży wynikało, że spora część społeczeństwa jest zadowolona z III RP.”

    Te sondaże… Dziwi mnie,że partie rzekomo wierzą w sondaże,skoro nawet obywatele już ogarniają,że sondaże to polityczna propaganda w pseudonaukowym sosie. Ile są warte sondaże można się było przekonać oglądając ostatnie wybory prezydenckie i wybory do sejmu. Ale usprawiedliwienie wygodne.Brawo.

    ” SLD – jak każda partia – musi sobie odpowiedzieć na pytanie: komu i po co jest potrzebna?”

    Odpowiem – po tych kompromitacjach i z tymi ludźmi: PRAWIE NIKOMU.
    Co więcej: SLD obecnie STYGMATYZUJE.Tak samo jak duża część jego prominentnych działaczy.Bez obrazy.

    „Basia nie jest członkiem SLD, ale ma już sporo kwalifikacji, aby być jednym z przywódców lewicy”

    znaczy ile procent kwalifikacji ? :P Na jakiegokolwiek przywódcę czegokolwiek to bardziej nadawałby się już pan Zandberg,ponieważ:
    1.Nie związał się ze starymi działaczami SLD
    2.Przynajmniej skupił się na realnym programie,a nie na mowie-trawie.

    Jak ten program oceniam zwłaszcza w sprawie „uchodźców” to co innego.

    A pani Nowacka to niestety,ale pełniła w tej kampanii rolę brzydszej siostry pani Ogórek.Może nawet jakimś cudem z Ogórek Miller i Palikot dostaliby te brakujące im pół procenta do ZLew-u? A może nie :P

    To seksizm traktować kobietę jak lalkę,a do tego się kobietę sprowadza każąc jej paplać klasyczną mowę-trawę.To się NIE MOGŁO zbyt udać.

    No ale diagnoza słuszna.Tą bezideowością SLD się doigrało.I dobrze.

  6. nazi napisał:

    politycy sld chcieli być zmumifikowani na wieczność, ale im truchło zgniło.

  7. Miłosz napisał:

    Całkiem mądrze prawi, może nawet bym mu uwierzył gdyby nie to że jeszcze rok czy dwa lata temu mówił że SLD powinno być partią „lekko konserwatywną światopoglądowo i lekko liberalną gospodarczą”. Plus, czy to właśnie nie Janik był bohaterem anegdotki Piotra Ikonowicza że „biedni nie głosują”?

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*