Share Button

Zwiększenie siły przetargowej na rynku pracy dzięki wprowadzeniu 500+, ustalenie minimalnej płacy godzinowej i zapowiadane ograniczenie „uśmieciowienia” rynku pracy – te zmiany wprowadzane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości miały przyczynić się wzmocnienia pozycji świata pracy względem przedsiębiorców. Niestety, przygotowywane właśnie zmiany w kodeksie pracy mogą z nawiązką zrekompensować posiadaczom kapitału poniesione straty.

Sugerowane zmiany otwierają liczne furtki do nadużyć, z których będą mogli skorzystać przedsiębiorcy, żeby zmusić pracowników do większego wysiłku i pozbawić ich jeszcze bardziej równowagi między czasem wolnym a czasem pracy. To moment, w którym lewica może obnażyć ograniczenia „socjalnego zwrotu” PiS i uwiarygodnić się jako siła konsekwentnie propracownicza.

Wszystkie zmiany, jakie zapowiada Monika Gładoch, wiceprzewodnicząca Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy i ekspertka Pracodawców RP rozwadniają przepisy tak, by przedsiębiorcy zyskali możliwość zrekompensowania strat, jakie poniosą w związku z planowanym ograniczeniem nadużywania umów śmieciowych. Przypomnijmy więc, co ma zostać zaserwowane pracownikom. 48-godzinny tydzień pracy dla nowych kategorii zatrudnionych: mobilnych, twórczych bądź badawczych. Brak 11-godzinnego odpoczynku dobowego w przypadku pracowników autonomicznych. Nowe formy umów o pracę – sezonowa, dorywcza, nieetatowa – w ramach których będzie można pracować do 12 godzin dziennie. Powiernicze konta prowadzone przez przedsiębiorców, na które trafiać będą pensje wypracowywane w ramach nadgodzin – do wypłacenia dopiero w sytuacji spadku zapotrzebowania na pracownika, obniżenia wymiaru etatu, urlopu bezpłatnego czy zwolnienia. „Dobrowolna” praca po godzinach niewliczana do płatnych nadgodzin. Zniesienie obowiązku ewidencji czasu pracy w firmach zatrudniających do 5 osób. I wreszcie: konieczność odpracowywania przerw na papierosa.

Dziurawy kodeks pracy

Wygląda to jak deal: państwo zyskuje większe wpływy ze składek, przedsiębiorcy otrzymują nowe sposoby na wydłużenie i uelastycznienie czasu pracy, a koszty – w zamian za łaskawość, jaką jest umowa o pracę – ponoszą, jak zwykle, pracownicy.

fot. Piotr Nowak

Znając „innowacyjność” rozpuszczonych korporacji i uciśnionych „Januszy biznesu” do kategorii pracowników mobilnych, twórczych bądź badawczych będą zaliczane kolejne zawody. Wraz z nadużyciami w wykorzystywaniu umów sezonowych, dorywczych i nieetatowych dojdzie do nowego uśmieciowienia rynku pracy – z tą różnicą, że teraz to sama umowa o pracy stanie się śmieciowa. Liczba furtek, dużych i małych, przy pomocy których obchodzony będzie mógł być 40-godzinny tydzień pracy sprawi, że w praktyce stanie się on fikcją. Nieuczciwi przedsiębiorcy będą mogli twierdzić, że ich pracownicy dobrowolnie zostają na stanowisku po godzinach, a co drugi dwie godziny dziennie spędza na przerwie papierosowej.

35 godzin wydajności czy wyzysku?

Jeżeli rząd zgodzi się na przytaczane zmiany, otworzy się pole dla propracowniczej narracji lewicowej. Warto, żeby podnosząc ją, lewica wyciągnęła wnioski ze swoich sukcesów na polu praw kobiet, dzięki którym udało jej się uwiarygodnić w roli siły wspierającej postęp w kwestiach kulturowych. Sukces był możliwy, ponieważ płochliwa zazwyczaj lewica, która stara się przemawiać językiem akceptowalnym dla mediów głównego nurtu, zamiast dokonywać w nim wyłomu, w sprawie aborcji odezwała się wreszcie własnym głosem. Jak widać, skutecznie.

Wehikułem dla wprowadzenia do debaty publicznej własnych postulatów, które obnażą selektywny i umiarkowany charakter „socjalnego” PiS-u, mógłby stać się postulat 35-godzinnego tygodnia pracy, który wzięła na sztandary Partia Razem. Jednak aby tak się stało, postulat ten od początku musi zostać opowiedziany w sposób klasowy. Pozbawiony pazurów, zaserwowany jako strawna dla wszystkich korekta modelu gospodarczego, nie będzie stanowił punktu zaczepienia dla kolejnych pomysłów lewicy. Przedstawianie go w ten sposób, że zyskują na nim przedsiębiorcy, bo pracownik przy krótszym czasie pracy zasuwa wydajniej albo że jego zaletą jest „wolny piąteczek” profiluje go raczej pod wartości klasy średniej.

fot. pixabay.com

Z lewicowego punktu widzenia kluczowe pytanie brzmi: mówimy o 35 godzinach wydajności czy wyzysku? Chcemy wskazywać przedsiębiorcom drogę jak skuteczniej mają wyzyskiwać pracowników, czy odpowiadać na doświadczenie przepracowania i braku kontroli nad własnym czasem? Tylko zmiana priorytetów poprzez pozbawienie pracy najemnej centralnej pozycji w życiu społecznym i zaprezentowanie jej jako jarzma, z którym musi mierzyć się znaczna część społeczeństwa, spowoduje, że lewica będzie mogła przedstawiać swoje postulaty bez konieczności tłumaczenia się, że obniżają one zyski przedsiębiorstw.

Jednak jeżeli adresatem apel o skrócenie tygodnia czasu pracy ma być klasa ludowa, trzeba sobie zawczasu zdać sprawę z kilku barier. Odwołanie się do doświadczenia przymusu świadczenia kiepskiej pracy nie gwarantuje wcale poparcia dla jej skrócenia. Pierwszą barierą może okazać się silnie uwewnętrzniona etyka pracy, której realizacja pozwala się pozytywnie odróżnić od niepracujących obiboków, cwaniaków i patologii. Pozwala ona wprawdzie narzekać na robotę, wkurzającego szefa czy kiepskich współpracowników, ale charakteryzuje ją też duma z ciężko wypełnianego obowiązku, która nie pozwala o pracy jako takiej mówić źle – znój jest czymś naturalnym, przeciwko niemu pomstują tylko leniwi, cwani lub uprzywilejowani.

Z drugiej strony mamy brak wiary, że czas pracy można uregulować. Pamiętajmy, że wiele grup do dzisiaj nie uświadczyło jeszcze dobrodziejstw 40-godzinnego tygodnia pracy. A nawet jeśli miało taką możliwość, to niskie pensje zachęcały do brania nadgodzin i dodatkowych fuch. Z ich punktu widzenia skrócenie czasu pracy może wydawać się piękną utopią, luksusem, na który oni akurat nie mogą sobie pozwolić, jeśli chcą zapłacić rachunki.
Na pierwszą z barier odpowiedzieć trzeba jakąś atrakcyjną, ale przy tym wiarygodną wizją transformacji pracy. Nie wystarczy przeciwstawienie jej niewątpliwym urokom czasu wolnego – możliwość dobrze spełnianego obowiązku, który przynosi nam satysfakcję, a przy tym godne wynagrodzenie, powinny znaleźć w narracji lewicy tak samo eksponowane miejsce jak sprzeciw wobec wyzysku.

Druga z barier wymaga od lewicy konkretnych rozwiązań, dzięki którym społeczeństwo uwierzy, że 35-godzinny czas pracy nie będzie jedynie przywilejem dla pracowników dobrze wykwalifikowanych, którzy już cieszą się stabilnymi warunkami pracy. Kluczowym jest, żeby beneficjentem skrócenia czasu pracy mógł poczuć się prekariat.

Postulat, który ma klasę i płeć

Skuteczna konfrontacja ze szczegółowymi zmianami w kodeksie pracy, jakie szykuje PiS, mogłaby przyczynić się do odklejenia od lewicy łatki marzycieli i udowodnić, że potrafi być ona po prostu kompetentnym reprezentantem świata pracy, który daje realne narzędzia do tego, żeby na co dzień bronić się przed obchodzeniem przepisów przez pracodawców.

facebook.com/zmianajednoscpracownicza

Wreszcie, warto wziąć pod uwagę, że postulat 35-godzinnego tygodnia pracy ma nie tylko klasę, ale i płeć. Rewaloryzacja czasu wolnego nie tylko jako przestrzeni błogiego nieróbstwa, spełniania się w hobby czy spędzania czasu z rodziną, ale jako zrzucenia kieratu, jaką zwłaszcza dla kobiet jest praca domowa w roli gospodyń, opiekunek, kucharek, sprzątaczek pozwoliłaby zintegrować lewicy postulaty kulturowe z socjalnymi – to połączenie, którego konieczność często się podkreśla, ale w praktyce rzadko do niego dochodzi.

Jeżeli na PiS-owskie „bądź mobilny, twórczy i badawczy przez 48 godzin w tygodniu”, lewica odpowie „bądź spełniona, wypoczęta i syta przez 35 tygodniu w tygodniu”, ma szansę na poważnie wejść do gry, w której dotychczas ciągle zbyt często odgrywa tylko rolę sekundantki.

Share Button

11 komentarzy

  1. Rus napisał:

    W Korei Północnej 8 godzinny czas pracy a lewactwo na ten kraj pluje. To co lewactwo chce osiągnąć? Pewnie kapitalizm z ludzką twarzą ;-) ?

  2. fago napisał:

    Trzeba chyba zacząć od walki o utrzymanie tych 40 godzin. Stanowczej walki.

    • Skorpion13 napisał:

      Zaczynać trzeba ostro, od domagania się 35-godzinnego tygodnia pracy, wyższych stawek procentowych dodatku za nadgodziny (wzorem niech będą przepisy PRL) czy pracę w nocy. I ochrony przepisów ograniczających liczbę nadgodzin w roku. Żądać należy dużo więcej niż da się osiągnąc (zachowanie status quo) bo po pierwsze – jest wówczas z czego ,,odpuścić” w trakcie negocjacji pokazując się jako partner elastyczny i… stawiając jednocześnie drugą stronę w niewygodnej sytuacji.
      To podstawa wszystkich negocjacji.
      Ale również wskazanie szaremu Kowalskiemu – kto tak rzeczywiście jest zainteresowany obroną prekariatu.

    • Dokładnie,trzeba zacząć od tego, a nie rzucać jakieś hasła bez pokrycia, bo w ten sposób kompromitują się osoby które to mówią,bo widać ze nie maja pojęcia jak wygląda normalna praca zwykłych ludzi,mniej lewicy obyczajowej a więcej socjalnej.

      Artur Grala Polska Lewica Patriotyczna.

  3. Nikt napisał:

    Wujek Adolf też był miły dla pracowników: najpierw wprowadził świeto1-szego maja, a potem zmilitaryzował robotników i przykuł ich do warsztatów pracy. U kapitalistów oczywiście.

    • „Święto Pracy, Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy, popularnie zwany 1 Maja – międzynarodowe święto klasy robotniczej, obchodzone od 1890 corocznie 1 maja. W Polsce Święto Pracy jest świętem państwowym od 1950.”

      Jak ktoś uważa ze Hitler to była lewica,to musiał mieć pale z historii ha ha ha.Zapewne taki człowiek uważa tez ze ziemia jest plaska.

    • A napisał:

      coś ci się pomyliło, Trocki miał na imię Lew a nie Adolf

    • Nikt napisał:

      Kolago Gralo, poduczta się historyi rodzimej (dla Ziem Zachodnich i Północnych): Wujek Adolf wprowadził 1-szego Maja jako święto państwowe i dzień wolny od pracy, bo on był wodzem Partii Robotników (owszem, narodowo -socjalistycznej). Na wagary chodziliście Sz. Kolego.

    • I pewnie na tej podstawie prawica sadzi ze Hitler to lewica ha ha ha,Widać ze była pala z historia,Hitler doszedł do władzy bo komuniści socjaliści i inni nie dogadali się,a Hitler to wykorzystał.W Zabrzu do 2004 roku stadion górnika nosił imię Hitlera,pewnie z tego prawica wyciągnie wniosek ze górnik Zabrze to niemiecki klub ha ha ha.

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Stadion_im._Ernesta_Pohla

  4. To co robimy ?,domyślam się ze będziemy pisać artykuły nic nie wnoszące w temacie,zamiast działać.

    Artur Grala Polska Lewica Patriotyczna.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*