Share Button

O tym, że kobiety w życiu publicznym są zaledwie sto lat, a mężczyźni już tysiące, i dlaczego glosują na partię, która jest im wroga, strajk.eu rozmawia z Pauliną Młynarską.

Czuje się pani uwikłana w płeć?

Tak, czuję się uwikłana w moją płeć. Przez wiele lat byłam w psychoanalizie. Jest to ciekawe doświadczenie, ponieważ właśnie dzięki głębokiej introspekcji możemy się dowiedzieć, jak wiele „zawdzięczamy” zaprogramowaniu przez społeczeństwo i kulturę.

Zatem bliski jest Pani dyskurs nowego feminizmu, który mówi o tym, że płeć jest wytwarzana przez kulturę?

Nawiązuje pan do Judith Butler. Ona nie jest do końca rozumiana przez swoich odbiorców, nawet tych, którzy ją wielbią. Stawia sprawy na ostro, żeby nas odesłać do bardzo poważnych lęków, które są źródłem uprzedzeń. Zmusza do wykonania pewnej pracy. Ja  uwielbiam takie zabawy intelektualne, ponieważ mnie to pobudza do stawiania pytań. Jest to dla mnie forma zrewidowania zastanej rzeczywistości i kultury, w której żyję. Butler jest niepoprawna, ale w ten właśnie sposób rodzi się polemika. Ja jestem w sercu bardzo rebeliancka i bardziej mnie interesuje, jakie nożyce odezwą się po uderzeniu w stół niż to, kto w ten stół uderzy, a Judith Butler zdenerwowała wszystkich – od feministek po skrajnych prawicowców.

A jak to jest z tym uderzaniem w stół w Polsce? Anna Grodzka wyraziła pogląd, że organizatorki Kongresu Kobiet  mało uwagi poświęcają wykluczeniu ekonomicznemu.

Niestety muszę się zgodzić. Cały problem polega na tym, że my w tym  naszym polskim feministycznym światku kręcimy się wokół tych samych pojęć, przebieramy nóżkami w jednym miejscu, a są także inne równie ważne i ciekawe tematy.

Jakie?

Czas na to, by prawo i właśnie ekonomia zaczęły odzwierciedlać szeroką kobiecą perspektywę. Być może jest to sposób na wyjście z błędnego koła wojen, w które jesteśmy nieustannie uwikłani jako gatunek zarządzany przez psychopatycznych, agresywnych samców. Mówię serio i mam nadzieję, że dożyję.

Zgoda, ale w jednym z wywiadów powiedziała pani, że dorosła kobieta „nie zaciąga kredytów bez sensu. Nie uzależnia się od facetów, od banków, od rodziców”. Czy taka sytuacja jest dziś w ogóle możliwa w polskim kapitalizmie?

To jest oczywiście ideał, do którego trzeba dążyć. Jest wciąż wiele kobiet które myślą, że ktoś się nimi zaopiekuje, zorganizuje im życie. Niektóre decyzje kobiet podejmowane są, aby podobać się mamusi, tatusiowi, partnerowi i społeczeństwu. Pociąga to za sobą poważne konsekwencje. Znam niemało kobiet, które zadłużają się bez sensu, aby sprostać oczekiwaniom, że ten dom ma wyglądać tak, że trzeba mieć taki a nie inny samochód bądź ubranie.

Pozostańmy jeszcze przy ekonomii. A co z programem „Rodzina 500+”? Dla wielu kobiet może się on okazać sposobem na wyjście z długów i unormowanie budżetu domowego.

Program ten jest właśnie zwieńczeniem cywilizacyjnego cofania się Polski. To nie znaczy, że jestem przeciwna pomocy socjalnej! Jestem za nią całym moim czerwonym, lewicowym sercem. Jednak taki program, aby był skuteczny, wymaga namysłu i szerokich konsultacji z wieloma parterami społecznymi. W przypadku 500+ tego zabrakło i już mamy doniesienia o patologiach, których można było uniknąć. Program „Rodzina 500+” już jest pozytywnie oceniany przez mężczyzn zalegających z płaceniem alimentów, nie mówiąc  o tym, że ten program zamyka kobiety w domach i cementuje patriarchalny model rodziny. Poza tym, dawanie pieniędzy zamożnym jednak budzi mój sprzeciw.

Jak bardzo zmieniła się sytuacja polskich kobiet od momentu transformacji ustrojowej? 

Zacznijmy od tego, że inaczej wygląda dziś ekosystem rodzinny, w którym nie ma tych ciotek, babć i kuzynek. Dziś kobieta często żyje z dala od rodzinnego domu, w wielkim  mieście i jest  skazana na samotność, gdy zostaje w domu z dziećmi, a  mąż zarabia na dom. Domowe pielesze, ucieczka w dzieci jest czymś wygodnym i wiadomo –  nikt się nie przyczepi, przecież jestem z dziećmi. Tyko nawet wtedy, gdy ta kobieta jest w związku z panem idealnym, który nie używa przemocy fizycznej i ekonomicznej, to ten pan może przecież wpaść pod pociąg. I co wtedy? Kobieta zostaje zupełnie z niczym. Jest bez pieniędzy i bez doświadczenia na rynku pracy. Kiedy prowadziłam program „Miasto Kobiet” w TV,  rozmawiałam z matkami, które prostytuowały się w XXI wieku w Polsce, aby utrzymać dzieci!

Wciąż bardzo ważne jest również to, aby krytycznym okiem patrzeć na to, co nam, kobietom, się wmawia na różnych etapach rozwoju, także poprzez media i lansowane wzorce. Media wmawiały i wciąż wmawiają, jaką role do odegrania w życiu ma kobieta, a jaką mężczyzna.

Jest pani jednak częścią tych mediów i pośrednio bierze pani udział w kreowaniu takiego wizerunku kobiety, który znacznie odbiega od obrazu polskiej kobiety żyjącej tu i teraz.

Owszem, ale pomyślałam sobie, że skoro tak jest, to ja te media wykorzystam. Zrobię tak, aby treści związane z tolerancją, feminizmem, osobami LGBT były również w nich obecne. Używam więc tych plotkarskich portali, kolorowych mediów, aby załatwić ważne sprawy.

Nie uważam, aby obecność feministek w kolorowych mediach była czymś nagannym. Pamiętam taki program w telewizji TVN pt. „Najsłabsze ogniowo” z Kazią Szczuką. Wtedy nawet z grona samych feministek pojawiły się zarzuty, że ona sprzedaje się komercji. A tymczasem we Francji, gdzie pracowałam w telewizji i radiu, obecność feministek w komercyjnym mainstreamie była i jest czymś naturalnym. Każda szanująca się tam aktorka mówiła o prawach kobiet. A u nas? Wszystkie o papieżu!  Po powrocie z Francji w latach 90. nie mogłam w to uwierzyć. Feminizm miał wtedy w Polsce lat 90. bardzo złą prasę, feministkom przypisywano najbardziej sucze cechy, agresję, konfliktowość i pieniactwo.

Czy sam ruch feministyczny ponosi odpowiedzialność za taki obraz kobiet domagających się równouprawnienia?

Feministki reagowały na konkretne sytuacje i wszelkimi sposobami łapały resztki swobód po zamachu, jaki prawica zrobiła na prawa kobiet na początku lat 90. Część debaty odbywała się w mediach, gdzie zapraszano feministki tylko na zwarcie w ostrych rozmowach z politycznymi przeciwnikami. Nikt nie prezentował widowni bliżej ich sylwetek, jako kobiet ciekawych, wartościowych, z dorobkiem naukowym. Jednak nie wykluczone, że błędem feministek było bardzo mocne okopanie się na stanowiskach uniwersyteckich i mówienie językiem mało dostępnym dla zwykłych odbiorczyń.

Stąd potrzeba, aby mówić o problemach kobiet innym językiem. Popularność pani felietonów pokazuje, że jest miejsce na feminizm nawet na portalach plotkarskich.

Różne badania potwierdzają, że bardzo dużo młodych dziewczyn czerpie treści i wzorce kulturowe właśnie z takich portali, więc by do nich dotrzeć potrzebny jest inny język. Feminizm musi stać się trendy!

A co z kobietami, które są gotowe bronić opresyjnego wobec nich systemu? Weźmy tutaj prawicowe posłanki bądź sytuację w polskiej szkole publicznej, gdzie stanowiska dyrektorskie piastują także kobiety i gdy mówią o wizji i misji swoich placówek oświatowych, nazywają wszystkie dzieci uczniami, zapominając, że są także uczennice.

To jest lęk przed zmianą. Pamiętajmy, że kobiety w życiu publicznym są sto lat, a mężczyźni już tysiące. Żyjemy w kulturze stworzonej przez mężczyzn i otoczeniu prawnym, stworzonym także przez mężczyzn. Przypomina mi się, jak moja mała kuzynka Julka po obejrzeniu jednej z bajek powiedziała, że to „pan lisek przyniesie jej upieczone ciasto z jagodami”. Jak ja zareagowałam? Powiedziałam, że to „pani lisiczka przyniesie ciastko” i szybko złapałam się na tym, że mimo walki o prawa kobiet na różnych frontach wciąż jestem jakoś sformatowana, a mała Julka ma lepiej poukładane w głowie niż my, dorosłe kobiety i feministki. Zatem, jeśli mi, feministce coś takiego się zdarza, to co dopiero dyrektorkom szkół. Jest to po prostu coś, co wymaga czujności, uważności.

Tak jak Andrzej Leder pisze o prześnionej rewolucji, tak my kobiety też mamy naszą prześnioną rewolucję. W latach trzydziestych o prawa kobiet walczyli Tadeusz Boy-Żeleński oraz Irena Krzywicka. Po wojnie temat zniknął, bo były jak zawsze ważniejsze sprawy. W PRL aborcja była na żądanie, a potem przyszły lata 90. i z ogromną łatwością pozwoliłyśmy prawicy odebrać nasze prawa. Teraz mam wrażenie, że zegar nam się cofa. Jesteśmy pięćdziesiąt lat do tyłu względem Zachodu. Nie mogę pojąć, dlaczego tyle kobiet zagłosowało na partię, która nienawidzi kobiet i wyła wręcz przeciwko konwencji antyprzemocowej. Oczywiście konwencja ta w końcu została przyjęta, na poziomie prawa jesteśmy daleko w tyle, co także wpływa na świadomość kobiet właśnie w obszarze równouprawnienia. Wystarczy zwrócić uwagę na zatrważająco niskie wyroki za gwałt, co wpływa również na fakt, że tak niewiele kobiet zgłasza gwałty.

Mimo że statystyki dotyczące ilości gwałtów w Polsce są zatrważające, to i tak spora część społeczeństwa jest przekonana, dzięki narracji niektórych mediów, że to uchodźcy stanowią największe zagrożenie.

A według badań co trzecia Polka doznaje gwałtu lub molestowania. Nie mówi się o gwałtach w związkach i małżeństwach. Ja jestem tutaj bardzo radykalna i każdy stosunek, który jest jakoś  wymuszony, nazywam gwałtem.

Podejmowane są próby zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, w polskiej szkole nie istnieje poważna edukacja antydyskryminacyjna, a Ministerstwo Sprawiedliwości cofnęło dotację dla Centrum Praw Kobiet, które od 20 lat zajmuje się problematyką przemocy wobec kobiet. Czy widzi pani jakąkolwiek szansę na dialog z obecną władzą?

Trudno o dialog z kimś, kto mentalnie tkwi w XIX wieku i swoje przekonania opiera na religii, w której kobiety nie mają absolutnie nic do gadania. Jednak dobra wiadomość jest taka, że mamy XXI wiek i zmiany, o które walczą kobiety nadejdą. Wolniej, ale nadejdą. To nieuchronne.

Rozmawiał Wojciech Wojciechowski

Share Button

Na podobny temat

Skomentuj artykuł w sieciach społecznościowych lub bezopśrednio na stronach portalu.

3 komentarze

  1. Molli napisał:

    Plany zaostrzenia stawy aborcyjnej nie mają za to z bajdurzeniem nic wspólnego. Tak samo jak fakty dotyczące przemocy wobec kobiet, molestowania, gwałtów. Przeszłość- jak sama nazwa mówi- to coś co mamy za sobą. Co z tego, że gdzieś kiedyś (być może) był matriarchat. Co z tego, że przez historię przewinęło się mnóstwo wybitnych kobiet, kiedy nijak się to ma do poszanowania praw kobiet w świecie współczesnym ?
    Co do rodzenia dzieci- każdy ma prawo wybrać. Natura daje nam możliwość- możemy z niej skorzystać lub nie. Zmuszanie kogoś lub narzucanie, że dążenie do posiadania potomstwa powinno być życiowym celem jest jednak nadużyciem. I owszem-wśród feministek są również matki. Szczęśliwe matki. Bo feminizm daje wybór. Chcesz-rodzisz, nie chcesz-nie rodzisz. Proste.
    W kobiecych organizacjach są również mężczyźni i na pewno nie jest to grupa zamknięta na otaczający świat-w przeciwieństwie do wszelkich organizacji stających w obronie „życia” i „rodziny”, które widzą świat w czerni i bieli, oraz znają i próbują narzucić innym jeden i jedyny właściwy sposób na życie.

    Warto się naprawdę dowiedzieć, w jakim się żyje świecie, zamiast tkwić mentalnie w średniowieczu.

    • qaduq napisał:

      Idealista! Oczy szeroko zamknięte? Przecież to co widaćna paradach i marszach jest zgoła czymś innym, niż opisane powyżej. I o to chodzi. Nie ma sensu najpierw tłumaczyć kobietom, że są poniżane, po to tylko, aby walczyły z mitem. Pijacy, gwałciciele, przemoc domowa, to zgoła patologia, której samym feminizmem nie zwalczysz. To musi być opór i dzialanie calego spoleczeństwa. Podobnie, jak przepisy aborcyjne, które nie mogą tak drastycznie ograniczać praw kobiet. Ale też nie w stylu, że za fryzjera sie płaci, a za aborcję w wyniku nieuwagi konsekwencje ponosi podatnik. Przynajmniej, jak małolata, niech partner odda krew, jak za komuny, a za zabieg zapłacą rodzice. Znaj proporcję!

  2. qaduq napisał:

    Disce historiae, puella. Kobiety są w historii od zarania dziejów. To majpierw był matriarchat, a potem patriarchat. To w historii Egiptu i Babilonii piękne postacie Nefretete i Semiramidy. To w eposach Indii i w mitach greckich pokazana rola kobiet. Piękne i fascynujące postacie cesarzowych Chin. W samej Rosji po śmierci cara Piotra, przez prawie siedemdziesiąt lat na carskim tronie Katarzyna I, ponoć Polka z pochodzenia, Anna Iwanowna, Elżbieta i Kataryna II, Niemka ze Szczecina. Anglia to nie tylko Elżbieta. To również królowa Anna i cesarzowa Wiktoria. W dziejach Polski: Dubrawka, św, Jadwiga z Meranu, żona Henryka Brodatego, Jadwiga Andegaweńska, królowa Bona Sforza, Maria Ludwika, Marysieńka Sobieska odgrywały poważną rolę na miarę dziejów, często przewyższając współczesnych. Uniwersytet Jagielloński, odrodzony z inicjatywy królowej Jadwigi i na dzisiejszej Ukrainie Bar, na pamiątkę rodzinnego Bari nazwany, to tylko nieliczne perełki. Dziś też kobiety stają na czele państw. I kto je wtedy zaciekle krytykuje? Zamiast narzekać na chłopów, konkurować między sobą, zdobywać wiedzę, z pasja podchodzi do pracy i własnego życia. Feministki jako alternatywę widzą zamkniecie się we własnym gronie, tworzenie żeńskich typowo organizacji, nie postrzegając, że to tylko krzywa replika kółka różańcowego. I to ciągłe przekonanie, o odmienności płci i narzuconym przez naturę obowiązku rodzenia. Całkowicie błędne. Chłopu też nikt nie nakazuje posiadania potomstwa. Każdy, również dawniej, wybierał własną życiową drogę, w rodzinie z licznym potomstwem, a często z przyczyn naturalnych żyli tylko we dwoje. Dla singli były klasztory, bądź życie samotne. Ileż to rezydentek bywało na szlacheckich dworach. Dziś, w warunkach otwartego świata bez granic takie opowieści odbieram jako bajdurzenie, albo ściemę walczących o przywództwo dusz. Też dla takich jest miejsce w świecie. Niech tylko nie maja pretensji do innych i nie narzucają swojej wizji świata. Inaczej staną się kolejnymi więźniami własnej doktryny. Zatem otwarte spojrzenie na życie.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*