Filmy Państwa Islamskiego (PI) z libijskiej Syrty nie są tak dobrze zmontowane, jak te z syryjskiej Rakki, ale dają szerszy obraz sytuacji. Zapomniane miasto stało się nową bazą dżihadystów.

Syrta to miejsce narodzin pułkownika Kaddafiego i jego ostatnia reduta w 2011 r., zamieniona przez naloty NATO i naziemne walki w morze ruin. Kilka miejsc ocalało. Również zbudowane niegdyś z przepychem sale kongresowe, które przyjmowały szczyty Unii Afrykańskiej i inne spotkania międzynarodowe, choć dziurawe tu i tam, jakoś się trzymają. Po owej wojnie wydawało się, że nikt już tam nie został i… wszyscy zapomnieli o Syrcie. A jednak ci, którzy przeżyli, mniej więcej jedna trzecia dawnej populacji, zostali w mieście. Załatali partery, porobili ścieżki przez gruzy, założyli ogródki, część utrzymywała się ze spokojnego wyprawiania afrykańskich migrantów na Lampedusę. Żadnej policji, żadnego państwa, żadnej elektryczności – nie było tu zbyt bezpiecznie, ale właściwie życie w Syrcie nie różniło się specjalnie od innych, podobnych miejsc w powojennej Libii.

W lutym zeszłego roku miasto nagle się ożywiło. Wcześniej, w Benghazi na wschodzie kraju, dawnym ośrodku antykaddafistowskiej „rewolucji”, doszło do scysji w łonie rządzącej tam Al-Kaidy Maghrebu Islamskiego (AKMI). Nowe, prężne PI obrosło w różne pomniejsze ugrupowania i postanowiło poszukać sobie terytorium. Syrta, jako zapomniane miasto z otaczającym je regionem, była idealna. Od sierpnia 2014 r. Libia ma dwa parlamenty i dwa rządy. Jeden, opanowany przez konserwatywnych islamistów, rządzi w Trypolisie, na zachodzie kraju, a drugi, też z szariatem, ale uznany przez Zachód, w Tobruku, na skrajnym wschodzie. Syrta leży mniej więcej w środku, nad morzem. Stała się zresztą trzecią, nieformalną, dumną stolicą libijskiego PI. Dumną, bo na propagandowych wideo widać z jaką dumą dżihadyści pokazują „życie wracające do Syrty”. Pootwierali piekarnie, zapraszają kobiety, dzieci i starców do dwóch ośrodków zdrowia, zorganizowali nawet szpital. Oczywiście „wprowadzanie porządku” ilustrują też publicznymi egzekucjami, „złodziei, szpiegów i apostatów”, ale nie robią z tego takiego leitmotivu, jak w Iraku i Syrii. Dawne hale kongresowe zamienili w mega-meczety, gdzie ludność może wysłuchać kazań na temat dobrodziejstw szariatu i przemówień o agresywnym Zachodzie. Są też przebitki z ćwiczeń wojskowych. Amerykanie utrzymują, że w Syrcie wytrenowano już co najmniej 5 tys. bojowników.

Jeszcze gorzej?

22 stycznia w Paryżu szef połączonych sztabów armii amerykańskiej, Joseph Dunford, spotkał się ze swym francuskim odpowiednikiem Pierrem de Villiers i obaj zgodzili się co do „konieczności podjęcia decydującej operacji zbrojnej przeciwko PI w Libii”.  Ale są delikatne problemy polityczne: Amerykanie nie chcą stawać na czele przyszłej koalicji, a i Francuzi, którzy byli głównymi pomysłodawcami i wykonawcami obalenia Kaddafiego w 2011 r., tym razem nie palą się do tej funkcji. Padło na równie krygujących się Włochów, jednak ci, powołując się na oficjalną politykę Unii, twierdzą, że bez zaproszenia przyszłego libijskiego rządu jedności narodowej, nie da się tego przeprowadzić.

Na początku stycznia Federica Mogherini, przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, proponowała obu libijskim rządom spore pieniądze w zamian za zjednoczenie, które ma być warunkiem interwencji zbrojnej Zachodu w Libii, jednak nie zrobiło to na nich specjalnego wrażenia. Z jednej strony obiecywane przez Unię pieniądze może i wystarczą na łapówki, ale są śmieszne w porównaniu z gigantycznym, idącym w dziesiątki miliardów dolarów deficytem budżetowym obu rządów, a z drugiej sama idea kolejnych bombardowań, nawet, gdyby były ograniczone tylko do regionu Syrty i PI, nie budzi entuzjazmu, szczególnie w Trypolisie. Wielu libijskich polityków uważa, że „będzie jeszcze gorzej”: pięć lat po obaleniu Kaddafiego w kraju dalej nie ma państwa, powszechna opieka zdrowotna stała się niewyraźnym wspomnieniem, szkolnictwo upadło, a według ONZ aż połowa ludności niegdyś najbogatszego kraju Afryki wymaga pomocy humanitarnej z powodu chronicznego niedożywienia. Nowa wojna doprowadzi, według nich, do dalszej radykalizacji i tyle.

Przemilczenia i przecieki

Kandydatem Zachodu na „jednoczącego” premiera jest niejaki Fayez Al-Serraj, słabo znany w Libii, choć urodził się w Trypolisie. Pojechał tam w styczniu, ale pobył tylko kilkanaście godzin, ledwo uszedł z życiem. Mediacje między oboma parlamentami od wielu miesięcy prowadzi specjalna misja ONZ, ale ma pecha. Jej poprzedni szef, włoski dyplomata Bernardino Leon musiał ubiegłej jesieni zrezygnować, bo okazało się, że oprócz pensji z ONZ pobierał dużo wyższą ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, reprezentujących zapewne Arabię Saudyjską. Podobno nawet niekoniecznie chodziło o politykę, tylko kwestię przyszłego zarządzania opuszczonymi instalacjami naftowymi, trudno powiedzieć, bo o owym skandalu korupcyjnym szybko zrobiło się cicho. Po Leonie misję przejął z wielką energią Niemiec Martin Kobler i już trzy razy doprowadził do podpisania przez przedstawicieli obu parlamentów odpowiednich umów zjednoczeniowych, ale jak pech to pech, raz jedni, raz drudzy, odmawiają ich ratyfikacji. W Trypolisie co piątek odbywają się manifestacje przeciw misji ONZ, a tamtejsi watażkowie i politycy odgrażają się, że jeśli ci z Tobruku („sprzedawczyki”) zechcą pojawić się w dawnej stolicy, źle się to dla nich skończy.

Można by sobie pomyśleć, że jeden rząd rządzi powiedzmy północnym zachodem kraju, a drugi północnym wschodem – jak sugeruje czasem zachodnia prasa. Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Libijska struktura społeczna jest w zasadzie klanowo-plemienna. Kaddafi miał porządne zaplecze polityczne i umiał układać się z najróżniejszymi lokalnymi „radami  starszych”, a teraz brak kogoś takiego. Oczywiście istnieją koalicje plemion popierających jeden lub drugi rząd, lecz pozostają one chwiejne i zmienne, a część miejscowości i ugrupowań woli sama się rządzić. Jeśli spojrzeć na mapę, to taki Tobruk jest samotną wyspą w swoim regionie. Prawie wszystkimi miejscowościami wokół rządzi AKMI lub ugrupowania stowarzyszone. Na początku lutego jakieś niezidentyfikowane bombowce, prawdopodobnie egipskie (ale kto wie?), zbombardowały sąsiednią Darnę. Wiadomo, że w Libii punktowo działają oddziały specjalne państw zachodnich (USA, W. Brytania, Francja), jednak do prasy nie przedostaje się, co tam właściwie robią. Kiedy w zeszłym tygodniu francuski „Le Monde” ujawnił, że w Libii jest francuskie wojsko, minister obrony  mówił o „zdradzie narodowej” ze strony dziennikarzy. Wszczęto nawet śledztwo w sprawie „przecieku”…

Europejski egoizm

Na początku lutego prezydent Nigerii Muhammadu Buhari przyjechał do Strasburga, by przemówić przed Parlamentem Europejskim: zarzucił Europie egoizm, gdyż interesuje się wyłącznie północną Libią, podczas gdy całe południe tego kraju, gdzie nie sięga władza żadnego z libijskich rządów, nie mówiąc o ciągle hipotetycznym rządzie jedności, jest „jednym wielkim targiem broni promieniującym na całą Afrykę”. To w Libii zaopatrują się ugrupowania islamskie w krajach Sahelu i nigeryjski Boko Haram, który dołączył do PI. Ta broń pochodzi z dawnych składów wojska libijskiego i wielkich dostaw państw zachodnich z 2011 r. (również z Polski), gdy trwała operacja obalenia Kaddafiego. Ponadto Włosi alarmują, że do portu w Syrcie zawijają statki towarowe „pod fałszywymi banderami”. Czyli są państwa, które popierają i być może zbroją skrajnych islamistów. Istnieją podejrzenia, że chodzi o niektóre monarchie znad Zatoki Perskiej, lecz nie wiedzieć czemu sprawa nie została do tej pory wyjaśniona. Francuski wywiad donosi z kolei, że na wiosnę, kiedy Morze Śródziemne się uspokoi, w kierunku naszego kontynentu ruszy z Libii ok. miliona migrantów-uchodźców. Do tego alarmistyczne informacje, jakoby PI kontrolowało już 300 km libijskiego wybrzeża. Czyli zbliża się wojna.

Prasowe doniesienia, na które można natrafić w Polsce, jakoby francuski lotniskowiec „Charles de Gaulle” zakończył już misję w Syrii i wraca do Tulonu, są niedokładne. Oficjalnie okręt wraz z samolotami ma wziąć udział we wspólnych ćwiczeniach z marynarką egipską, więc zapewne płynie w stronę Libii. Polityczne parcie do interwencji wzmagają informacje jakoby Syrta stała się nową Mekką kandydatów na dżihadystów z Europy, Afryki i Azji – gdyż dostęp do Syrii stał się utrudniony. Wszystkie te doniesienia z kraju objętego chaosem są trudno sprawdzalne, ale można się spodziewać, że zainteresowane kraje zachodnie zechcą jeszcze trochę poczekać z interwencją na ukonstytuowanie się „rządu jedności”, by mieć jakąś prawną podkładkę. Ten czas nie będzie jednak przesadnie długi.

[crp]

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. 5 lat temu, po zabiciu Kaddafiego, kiedy zachód świętował „obalenie tyrana” ,a na cały świat szły relacje o tym jak to Libijczycy się rzekomo cieszą, że są „wolni”, na jakimś forum chyba na onecie, napisałem, że współczuje Libijczykom tego co ich spotkało, ale jeszcze bardziej tego co dopiero ich czeka… .
    Teraz po tych 5 latach okazuje się, że (niestety) sprawdzają się najgorsze scenariusze. Naprawdę żal mi tych zwykłych Libijczyków, którzy nie urodzili się popierdolonymi fanatykami.
    Dzisiaj w Polsce też są hodowani tacy popierdoleni fanatycy, nazi-PiSlamiści, gloryfikują psychopatycznych morderców „wyklętych”.
    Myślicie, że za kolejne 5 lat w Polsce będzie lepiej? Ja wam mówię, że za kolejne 5 lat Polska będzie miała swoich własnych „PiSlam-dżihadystów”.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

„Podręcznikowy przykład zamachu stanu”. Oceny i reakcje na wydarzenia w Boliwii

Michael McFaul, niegdysiejszy ambasador USA w Rosji za czasów Baracka Obamy i jeden z nacz…