Share Button

26 marca w Moskwie i dziesiątkach innych rosyjskich miast na ulicę wyszły tysiące ludzi, których do protestu wezwał rosyjski opozycjonista i bloger Aleksiej Nawalny. W Moskwie na placu koło pomnika Puszkina zebrało się, według różnych szacunków, od 5 do 12 tysięcy ludzi. W związku z tym, że była to manifestacja nielegalna z punktu widzenia rosyjskiego prawa, policja manifestację rozbiła, choć, jak na tutejsze warunki, działała dość wstrzemięźliwie. Zatrzymano od 800 do 1100 osób, w tym samego Nawalnego.

Kreml słusznie uznał to za rozpoczęcie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi w Rosji, które odbędą się w 2018 roku. Nie chodzi o to, by wygrać z Putinem – to dość trudna sprawa, jeśli zważyć, że poparcie dla rosyjskiego prezydenta wciąż oscyluje koło 70 proc. Rzecz tylko w tym, by policzyć niezadowolonych i pobudzić do aktywności, która od czasów pamiętnych protestów na pl. Błotnym trochę przysiadła.

Co istotne, hasłem, pod którym zbierali się demonstrujący nie były kwestie stricte polityczne – Nawalny wezwał do protestów przeciwko korupcji. To hasło zawsze chwytliwe w Rosji, która z korupcją na najwyższych szczytach władzy zmaga się od setek lat, niezależnie od ustroju. Fundacja Walki z Korupcją, założona przez Nawalnego wzięła tym razem pod lupę premiera Dmitrija Miedwiediewa, wykazując z jak oszałamiająco bogatych nieruchomości korzysta on na terytorium całej Rosji. Ich wartość sięga miliardów rubli, sumy dla przeciętnego Rosjanina niewyobrażalnej. Formalnie, żadna z nich nie jest własnością premiera, lecz fundacji, organizacji charytatywnych, które albo wydzierżawiły, albo przekazały w użytkowanie swoją własność.

Protesty marcowe okazały się ważne, a ich wpływ na rosyjską scenę polityczną może być znaczący. Nie chodzi oczywiście o enuncjacje red. Wacława Radziwinowicza z „Gazety Wyborczej”, że Putin „boi się Nawalnego” i inne tego podobne niegłębokie, delikatnie rzecz ujmując, wnioski dyżurnego rusofoba GW. Kreml i jego otoczenie – owszem – zareagowały, ale o wiele ciekawiej niż widzi to dziennikarz „Wyborczej”. Pierwsze reakcje były, trzeba powiedzieć, dość kompromitujące. Niemal wszystkie oficjalne media nabrały wody w usta i milczały. Jedynie RIA Nowosti późnym wieczorem dały depeszę o protestach. Poza tym – nikt i nic. To oczywiście gigantyczny wstyd dla rosyjskich mediów i ich dziennikarzy. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow indagowany o to, zdystansował się, twierdząc, że Kreml nie wpływa na media i nie chce tego robić. Pewnie tak było, tym jednak gorzej dla dziennikarzy, że autocenzura jest tak mocno wdrukowana w ich mentalność, że nie pozwoliła reagować na wydarzenia, które zauważyli wszyscy, tylko nie ci, których obowiązkiem jest informowanie o nich. Dopiero po kilku dniach w mediach rozpoczęła się kampania informacyjno-analityczna, ale wstyd pozostał.

Ważne było to, że około połowę demonstrantów w stolicy stanowili ludzie, którzy nie przekroczyli 22. roku życia. To z kolei oznacza, że nie brali raczej udziału w protestach na pl. Błotnym w 2011 r. To nowe pokolenie, które w zasadzie nie ogląda telewizji i nie czyta gazet. Żyją w internecie, tam mają przyjaciół i stamtąd oglądają świat. Teza, że w związku z tym są podatni na manipulację, jest w pewnej mierze prawdziwa, ale nie wyjaśnia wszystkiego. Część polityków zarzuciła im podatność na przekupstwo, a Nawalnemu korumpowanie młodzieży, co samo w sobie jest zgrabnym argumentem wobec demonstrantów antykorupcyjnych. Poszło o nieostrożny wpis Nawalnego na Twitterze, że gwarantuje każdemu zatrzymanemu demonstrantowi 10 tysięcy euro rekompensaty od państwa, bo na pewno ono przegra w sądzie, dokąd adwokaci udadzą się na skargę za nielegalne zatrzymania. Telewizja z lubością pokazywała jakiegoś młodego człowieka, który, będąc już po zatrzymaniu w policyjnym samochodzie, rozważał na żywo w sieci, co sobie kupi za te pieniądze. Oczywiście część młodych ludzi potraktowała sobotnie protesty jako formę ekstremalnej rozrywki, czego dowodem były liczne słitfocie z miejsca zdarzenia, ale to nie wyjaśnia sprawy. Chcą zmian.


Jeszcze nie za bardzo wiedzą jakich, na pewno chcą być zauważani i słuchani, chcą mieć poczucie wpływu i nie znajdują innego sposobu, niż wziąć udział w publicznym proteście. Z tego punktu widzenia oczywiście to bardzo zachęcająca grupa dla wszelkiego typu opozycji, bo dająca posłuch wszelkim hasłom opartym o ważne wartości. Z drugiej strony, niektórzy obserwatorzy zwracają uwagę, że samo zachęcenie do ulicznej aktywności młodych ludzi jest próbą powtórzenia ukraińskiego scenariusza z rozpoczęciem akcji na Majdanie. Wtedy, przypomnijmy, w listopadzie 2013 roku na Majdan wyszli młodzi i bardzo młodzi ludzie. Policja, kiedy już praktycznie demonstranci się rozchodzili, interweniowała niesłychanie brutalnie. Do dziś trwają spory, czy był to błąd czy umyślne działanie. W rezultacie za ciężko pobitą młodzieżą wstawili się ich rodzice, którzy tłumnie i w wielkiej desperacji wyszli na ulicę, potem w tłum weszły zorganizowane grupy prawicowych radykałów i stało się to, co się stać musiało. Skutki widzimy na Ukrainie do dzisiaj. Czy na taki scenariusz ktoś liczył w Rosji? Tego nie wiemy, wykluczyć tego nie można.

Policja miała podstawy do interwencji, ponieważ protest zorganizowany przez Nawalnego był nielegalny. Władze Moskwy zaproponowały dwa inne miejsca na przeprowadzenie tej demonstracji, ale organizatorzy odmówili ich przyjęcia, zatem świadomie szli na konflikt. Na szczęście wszystkim starczyło rozumu, by, jak wspomniałem, obeszło się bez większych ofiar, poza rannym policjantem. Znakomita większość zatrzymanych została wypuszczona kilkanaście godzin po zatrzymaniu. Pozostali zostali skazani na grzywny od symbolicznych po całkiem pokaźne. Sądzeni będą ci, którzy pełnili aktywną rolę w protestach lub wdali się w szarpaninę z policją – grozi im do 15 dni aresztu. Na taką karę skazany został sam Nawalny i odwołał się od wyroku. Jego odwołanie będzie rozpatrzone 4-5 kwietnia.

Oficjalni politycy ograniczyli się do wezwań, by opozycja nie wykorzystywała nieletnich w swoich działaniach politycznych – do tego wezwał m.in. Paweł Kraszeninnikow, przewodniczący parlamentarnej komisji ds. prawa. Kwestie składu społecznego ostatnich demonstracji będą jeszcze zapewne przedmiotem szczegółowych analiz.

Strona z Fundacji do Walki z Korpupcją A. Nawalnego z artykułem o Miedwiediewie

Co zaś się tyczy oskarżeń pod adresem premiera Miedwiediewa, to prezydent Putin natychmiast dał do zrozumienia, jak się do nich odnosi i odnosić będzie: w jego oficjalnej wizycie na dalekiej północy towarzyszył mu, obok ministra obrony Szojgu, właśnie premier Dmitrij Miedwiediew. Po prostu prezydent pokazał, że nie będzie poddawał się opozycji, w szczególności opozycji pozaparlamentarnej, jeśli chodzi o ruchy kadrowe. Ale to nie kończy sprawy premiera.

Na posiedzeniu Rady Federacji senator Wiaczesław Marchajew całkiem oficjalnie zażądał sprawdzenia dochodów i wydatków Dmitrija Miedwiediewa. Lider opozycyjnej partii parlamentarnej „Sprawiedliwa Rosja” Siergiej Mironow, do tej pory pozycjonowany jako dość mało aktywny koncesjonowany opozycjonista wezwał premiera, by odpowiedział obywatelom, którzy pytają go o jego dochody. Jeszcze przed protestami komunistyczny deputowany Dumy Walerij Rajkin zwrócił się z prośbą do przedstawicieli struktur siłowych, by sprawdzili „możliwą działalność korupcyjną” premiera. Takie śledztwo może zainicjować prawnie grupa deputowanych złożona z nie mniej niż 90 deputowanych, a frakcja komunistów liczy 42, ale po protestach z 26 marca może w pozostałych deputowanych opozycjonistów wstąpić odwaga. I wówczas i premier, i prezydent będą mieli kłopot. Oczywiście w Dumie karty rozdaje prezydencka partia „Jedna Rosja”, ale trudno im będzie sprzeciwiać się takim żądaniom w nieskończoność. Okazją do kolejnych ataków na Miedwiediewa może być kolejne sprawozdanie rządu przed parlamentem, które odbędzie się 19 kwietnia.

Nie trzeba dodawać, że protesty i ich rozbicie natychmiast spowodowały gniewne reakcje Zachodu. Przedstawiciel Departamentu Stanu USA Mark Toner i UE oskarżyły natychmiast Rosję o złamanie podstawowych praw człowieka i zażądały natychmiastowego wypuszczenia zatrzymanych podczas demonstracji.

Opatrzność lubi chyba jednak Putina, bo ledwie kilka dni po tych komunikatach światowe telewizje pokazały jak francuska policja pałuje bez litości demonstrantów w Paryżu, którzy ośmielili się wystąpić przeciwko zastrzeleniu 55-letniego członka chińskiej mniejszości narodowej w Paryżu, byli ranni, a działania francuskich „flików” były brutalne i bezwzględne. Zaś co się tyczy USA, to 31 marca eksperci ONZ opublikowali stanowisko, z którego wynika, że od czasu objęcia rządów przez Donalda Trumpa w 19 stanach wprowadzono poprawki, które ograniczają prawa wolności słowa i zgromadzeń. Nieco to osłabiło wymowę moralnych wzmożeń wobec Rosji.

Czy demonstracje z 26 marca to problem dla obecnej władzy w Rosji i czy to początek powszechnej fali protestów? Problem – możliwe, choć Rosja może to z powodzeniem przekuć w propagandowy sukces. Może udowodnić, że dopuszczalna jest swobodne ścieranie się poglądów, czego dowodem jest aktywność uliczna części obywateli, a w kampanii wyborczej może brać udział również pozaparlamentarna opozycja. Gdyby to nagle zaczęło wymykać się spod kontroli, zawsze można protesty zdusić i to za aprobatą znakomitej większości Rosjan. Oni wiedza, że Rosja ma za dużo do stracenia, gdyby teraz ją za bardzo rozkołysać.

P.S. 2 kwietnia w Moskwie oczekiwano kolejnej fali demonstracji i masowych aresztowań. Ludzi przyszło jednak niewiele, na pl. Czerwonym zatrzymano 7 osób, w całym mieście około 40.

Share Button

Na podobny temat

Skomentuj artykuł w sieciach społecznościowych lub bezopśrednio na stronach portalu.

2 komentarze

  1. kris napisał:

    Świetny wyważony tekst. Radziwinowicz pal się ze wstydu!

  2. Nikt napisał:

    A kto zamiast Sztyrlica? Coś podobnego do Jelcyna?

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*