Share Button

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy Amerykanie dokonali w Iraku i Syrii ponad siedmiu tysięcy ataków z powietrza. Ile „przypadkowych” ofiar pochłonęły, zapewne się nie dowiemy.

3600 ataki powietrzne w styczniu i 3440 w lutym, tysiące zrzuconych bomb – to oficjalne statystyki opublikowane przez centralne dowództwo amerykańskiego lotnictwa. Wzmożone, praktycznie nieustające bombardowanie ma być metodą na pokonanie Państwa Islamskiego. Problem w tym, że zdecydowana większość bomb spada na miasta, które IS zajęło w poprzednich latach. W gęsto zaludnionych dzielnicach w takiej sytuacji nie może obyć się bez ofiar śmiertelnych. A te, jako że padają za sprawą „dobrych” Amerykanów, nie zasługują na szersze nagłośnienie w mediach głównego nurtu. Informacje i fotografie publikowane na portalach społecznościowych, w odróżnieniu chociażby od słynnych „ostatnich pożegnań z Aleppo”, nie są błyskawicznie podchwytywane i powielane dalej, nawet jeśli wyglądają wstrząsająco.

Jak Amerykanie tłumaczą swoją wzmożoną aktywność? Rzeczniczka sił powietrznych kapitan Kathleen Atanasoff ma proste wytłumaczenie: wspierają swoich irackich sojuszników w bitwie o Mosul, trwającym od kilku miesięcy koszmarze walk o każdą ulicę i dom. I tyle w temacie – do tego, ilu cywilów zginęło podczas bombardowań miasta, rzeczniczka w ogóle się nie odnosi. Co dopiero mówić o apelach np. o czasowe zawieszenie broni, dostarczenie pomocy humanitarnej. Atanasoff zapowiadała co innego – dalsze nasilenie bombardowań. Podkreśliła, że dotychczasowe sukcesy w walce z Państwem Islamskim dają Amerykanom możliwość przeprowadzania ataków z powietrza na kolejnych terytoriach. Analogiczna strategia ma zostać zastosowana także w Afganistanie.

Share Button

Na podobny temat

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*