„Świat ucieka z Afganistanu” – tytułuje dziś na pierwszej stronie Wyborcza z charakterystycznym dla niej umysłowym prowincjonalizmem, który nie dopuszcza, by „świat” mógł być czymś innym niż Stany Zjednoczone z ich żałosnymi wasalami. Dwadzieścia lat temu, gdy Amerykanie napadli na Afganistan, Gazeta, jak inne media oddane propagandzie wojennej, natychmiast popadła w stare, sprawdzone myślenie kolonialne, nadając niszczycielskiej wojnie rys rycerski, szlachetny: mogło się zdawać, że imperium postanowiło podbić Afganistan, by Afganki przestały nosić burki, owe „worki”, które sprawiają, że są niemal niewidzialne.

 

Mit napastniczej wojny „niosącej cywilizację”, jako fragment wojennego dyskursu propagandowego, bardzo spodobał się niektórym czytelnikom Portalu Strajk, z owej NATO-lewicy, która do dziś myśli, że celem wojny było równouprawnienie płci, godna pochwały zbrojna zmiana lokalnych obyczajów. Miałem kiedyś kolegę, który na początku wojny pojechał podłączony pod oddział amerykański, by filmować dla telewizji jak uzbrojeni żołnierze w kamizelkach kuloodpornych rozdają misie w jakiejś afgańskiej szkole. Gdyby ten propa-wątek dobrze utrwalić i częściej powtarzać, nasza NATO-lewica byłaby przekonana, że celem bombardowań i okupacji Afganistanu jest sympatyczne rozdawanie misiów przestraszonym dzieciakom.

Wpajanie „cywilizacji” poprzez walenie maczugą w jakiś kraj ma oczywiście wielkie tradycje w świecie zachodnim. Matryca propagandowa, która odgrzebała pełen fałszu „etos” kolonializmu, służyła jak zawsze zakryciu rzeczywistej codzienności wojny. „Dobroć” imperialnych podbojów była dodatkowo podkreślana kontrastowym „złem” tubylców, którzy sprzeciwiali się najazdom. Jeśli wierzyć niektórym komentarzom pod naszymi materiałami informacyjnymi, zdaniem polskiej, mieszczańskiej NATO-lewicy, są to „dzicy”, „barbarzyńcy”, „kozojebcy” itd., cały wachlarz epitetów, żywy w Europie od bardzo dawna, w zasadzie bez względu na zaatakowane terytorium.

Historia nie ma tu resztą wielkiego znaczenia, bo najwyraźniej niewiele uczy. Ale co do powszechności burek w Afganistanie, to jednak wielki „sukces” Amerykanów. Był to rezultat uboczny operacji CIA „Cyklon”, tj. niezwykle szerokie finansowanie medres, szkół islamskich na pograniczu pakistańsko-afgańskim, zgodnie z pomysłem politycznym Zbigniewa Brzezińskiego. To ten wielki piewca hegemonii amerykańskiej radził ożywić koncept dżihadu, by zadać „śmiertelny cios” ZSRR, którego wojska przybyły do Afganistanu na zaproszenie tamtejszego rządu. Rygoryzm religijny był amerykańską receptą geopolityczną, więc nikt nie martwił się losem kobiet. Zresztą, gdyby nasza NATO-lewica chciała walczyć o równouprawnienie płci, musiałaby bombardować powyżej setki krajów świata, w tym sojuszników Ameryki. Można też w tej sprawie interweniować bombardując indiańskie plemiona Amazonii, dlaczego nie?

Nieszczęsne burki miały dla miejscowych kobiet również dobre strony, bo w czasie nieustannej wojny lepiej nie być celem seksualnym ad hoc. Burka znacznie eliminuje seksualność, ewentualną kokieterię kobiet i pożądanie mężczyzn w miejscach publicznych. Kobiety mogły też ukrywać swoje protezy, nóg czy rąk, bo amerykańska napaść uczyniła z Afganistanu światowe mocarstwo protezowe: to dziś najbardziej okaleczony kraj naszej planety, nie wyłączając dzieci.

Amerykanom i NATO udało się też zrobić z Afganistanu kontrolowane mocarstwo narkotykowe, największego producenta i eksportera heroiny na świecie, ale poza kilkoma ulicami w Kabulu, kobiety ciągle nosiły burki.

Popularność wizji kolonialnej wśród polskiej NATO-lewicy nie powinna dziwić, to w jakiś sposób poprawia jej morale. Co tam szalone zbrodnie amerykańskie i brytyjskie w Afganistanie ujawnione przez Assange’a, który wskazał jedynie czubek tej góry lodowej, co tam dzikie barbarzyństwo i gwałty Australijczyków w tym kraju, i co z tego, że polscy żołnierze stanęli za to przed sądem? Zmiana obyczajów w dalekim kraju za pomocą lufy przystawionej do skroni zaowocowała totalną klęską, ale klęski przecież lubimy.

Podczas gdy media pokazują zdjęcia z prób ucieczek afgańskich kolaborantów, zafrapowały mnie nieco surrealistyczne wideo afgańskich partyzantów w Kabulu, którzy odkrywają karuzelę z konikami i cieszą się jak dzieci, jeżdżą samochodzikami z parku rozrywki, czy biorą w posiadanie amerykańską siłownię pełną dziwnych urządzeń, jak do chodzenia, czy pedałowania w miejscu. Tak, to ludzie ze wsi, którzy odbili swą okupowaną stolicę bez jednego wystrzału: lud po prostu wszedł do śródmieścia. Powiedzmy, że projekt społeczny talibów (Pasztunów) nie może odpowiadać Europejczykowi, ale Afganistan na Europę nie napadł, ani na Amerykę. Trzeba po prostu dać Afgankom stracony czas wojen, jeśli chcemy by zmieniły garderobę i zdobyły prawa, zamiast marzyć jeszcze o „cywilizujących” bombach i masakrach, jak polska NATO-lewica.

 

 

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

„Pandora papers”, czyli jak Ameryka okrada resztę świata

„Pandora papers” – ktoś to jeszcze pamięta? To było raptem trzy tygodnie temu, gdy a…