Site icon Portal informacyjny STRAJK

Armia fejsbukowa

(„Trybuna” nr 95/2017)

W najbliższych wyborach przegra każda partia, która nie potrafi przeprowadzić sprawnej i skutecznej kampanii w internecie.
W tym roku mija 20 lat, gdy pierwszy raz, w roku 1997, podłączyłem swój domowy komputer do internetu. Pamiętam emocje, gdy na ekranie czarno-białego monitora pojawiła się strona internetowa amerykańskiej biblioteki. Wraz z całą rodziną śledziliśmy obraz zza oceanu niemalże tak, jak 28 lat wcześniej lądowanie człowieka na księżycu. Loty w kosmos nie upowszechniły się, dzisiaj ludzie nie lądują ani na księżycu, ani na innych planetach. Ale internet w domu ma niemalże każdy z nas.

Telewizja, kościół i …

W czasie licznych podróży na trasie z Wrocławia do Warszawy, mijam miasta pełne blokowisk i rozliczne wioski z pojedynczymi zagrodami. Obserwując je zza okien pociągu zastanawiam się, jak dotrzeć do mieszkających tam milionów ludzi? I przekonać do poparcia politycznej drogi, którą idę wraz z lewicą. Wiem, nie jestem oryginalny w takim myśleniu. To problem każdego polityka. I z lewa, i z prawa.

Telewizja. Statystyczny Polak spędza codziennie przed telewizorem 4 godziny 21 minut i 45 sekund. To tak, jakby jedną czwartą roku, przez całą dobę nie robił nic innego, tylko oglądał telewizję. Wieczorne wiadomości trzech największych telewizji ogląda niemalże 10 milionów widzów. To niewyobrażalna widownia. Jakby w jednej chwili toczył się mecz na 170 wypełnionych po brzegi stadionach wielkości warszawskiego Stadionu Narodowego.

Jeszcze więcej, bo 15 milionów Polaków słucha coniedzielnych kazań w kościołach. Tak przynajmniej twierdzą duchowni. Ale zarówno z telewizją jak i z kościołem jest jeden problem. W pierwszym wypadku, o tym co usłyszymy, decydują telewizyjni bossowie i dziennikarze. W drugim – biskupi i księża. Zupełnie inaczej jest w internecie. Tam, sami jesteśmy „sterem, żeglarzem i okrętem”.

… i internet

Według danych GUS w roku 2016 dostęp do internetu miało 80,4 proc. gospodarstw domowych w Polsce. Z grubsza tyle, co widownia telewizyjnych dzienników i publika zgromadzona w kościołach razem wzięte. Informacja pojawiająca się w internecie ma szansę trafić do 25 milionów dorosłych odbiorców. Polityk powie: wyborców.

Podczas wyborów parlamentarnych w Polsce w 2011 roku internetowe kampanie dopiero startowały. Byliśmy wtedy pod wrażeniem genialnego marketingu politycznego przygotowanego przez sztab wyborczy Obamy. Popularność Obamy w amerykańskich mediach społecznościowych w istotnym stopniu przyczyniła się do jego wygranej w 2008 roku.

Następne wybory, samorządowe i parlamentarne, dla wielu partii i polityków były czasem „łóżek polowych” i „szczęk”. W internecie pojawiły się tysiące wideoklipów i innych prób zaistnienia w wirtualnej rzeczywistości. Jednak większość z nich tak się miała do profesjonalnej kampanii, jak dawny handel na Stadionie Dziesięciolecia do dzisiejszych marketów. Ale jedna z partii wyprzedziła konkurencję.

Z piwem przed monitorem

„Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota” – mówił prezes PiS wiosną 2008 roku. To był komentarz do propozycji głosowania przez internet. Ale równocześnie pokazywał lekceważący stosunek Jarosława Kaczyńskiego do obcego mu wówczas medium. Siedem lat później, tym „oglądającym filmiki i pornografię” Prawo i Sprawiedliwość zaserwowało profesjonalnie przygotowaną kampanię internetową. To, że dzisiaj Kaczyński ma samodzielną większość w Sejmie, to zasługa nie tylko fanek Ojca Dyrektora i wyznawców religii Macierewicza. Ale również młodych ludzi, spędzających wiele czasu w wirtualnym świecie internetu. W 2015 roku PiS zdecydowanie wygrał wybory w grupie wiekowej 18-29 lat – w istotnym stopniu dzięki Internetowi. Na Prawo i Sprawiedliwość głosowało 25 proc. młodych, na drugą w kolejności Platformę – 14 procent.

Spotkania z wyborcami, plakaty i billboardy, wiece na rynkach miast i miliony rozdanych ulotek – to wszystko nadal pozostanie atrybutami najbliższych kampanii wyborczych. Ale jestem zdania. że ten kandydat i ta partia, która przegra w internecie, nie będzie miała szans na wygraną w realu.

SLD 2.0

Co jest źródłem siły internetu? Wcale nie możliwość przeczytania na stronie partii długiego i nużącego opracowania programowego. Siłą internetu jest możliwość dotarcia w jednej chwili do milionów internautów. Przekazania im informacji lub zaproszenia na wspólną manifestację. Parę lat temu, wielotysięczne marsze przeciwników podpisania umowy ACTA miały swój początek w internecie. I były na tyle skuteczne, że premier Tusk wycofał się z podpisania niekorzystnej dla Polski umowy. Komitet Obrony Demokracji też powstał w internecie. Choć tym razem, całe przedsięwzięcie kończy się właśnie klapą, za sprawą niejasności w finansach ugrupowania.

Sojusz Lewicy Demokratycznej odrabia zaległości w korzystaniu z możliwości internetu. Systematyczna analiza wskaźników naszej obecności w sieci wskazuje, że należymy do grona najaktywniejszych sił politycznych w wirtualnym świecie. To zresztą też w jakimś stopniu przyczynia się do wzrostu notowań SLD.

Tytułowe SLD 2.0 nie oznacza żadnej nowej partii, ani nawet frakcji. To parafraza określenia Web 2.0, oznaczającego nowoczesny internet. Dawniej z internetu korzystaliśmy jak z gazety – otwieraliśmy i czytaliśmy. Dzisiaj piszemy o naszych sprawach na Facebooku, komentujemy to, co piszą inni. Porozumiewamy się za pomocą Twittera – mając do dyspozycji zaledwie 140 znaków. Publikujemy zdjęcia, a niekiedy nawet samodzielnie przygotowane filmiki. Ta aktywność tworzy nową jakość w polityce. To jest właśnie SLD 2.0.

Internet 50+

Nie dajmy sobie wmówić, że internet jest domeną ludzi młodych. Jedno jest oczywiste, poruszają się po nim najsprawniej. Nic dziwnego, skoro niemowlaki XXI wieku wcześniej poznają sztukę posługiwania się tabletem, niż własnymi nogami. Ale jeśli chodzi o dostęp do informacji, internet jest niezbędnym „oknem na świat” niezależnie od wieku.
Również obecność na portalach społecznościowych, takich jak Facebook, jest istotna dla ludzi starszych, w tym szczególnie dla emerytów. Pozwala zachować kontakty i więzi towarzyskie, często zrywające się z chwilą zaprzestania pracy zawodowej. Nie mówiąc o tym, że w sieci w każdej chwili czekają na nas partnerzy chętni do wspólnego wylicytowania szlema lub rozegrania partyjki szachów.

Armia fejsbukowa

Na Dolnym Śląsku powstaje „armia fejsbukowa”. Z inicjatywy sekretarza Rady Wojewódzkiej SLD, Arkadiusza Sikory w kolejnych miastach odbywają się bezpłatne szkolenia komputerowe. Cel: przekonanie tych, którzy jeszcze z internetu nie korzystają, że powinni. Po zakończonym szkoleniu, będą mogli obracać się samodzielnie w towarzystwie facebookowych znajomych. Wielu uczestników szkoleń, zwłaszcza starszych członków SLD, przyznaje, że pojawienie się w sieci jest dla nich „otrzymaniem drugiego życia”.

„Armia fejsbukowa” Dolnego Śląska liczy 600 członków, czyli niezły batalion. Jeszcze w tym roku liczymy na pułk. Dorobiliśmy się też kadry internetowych „oficerów”. Co parę dni swój felieton publikuje na Facebooku Czesław Cyrul – wiceprzewodniczący Rady Wojewódzkiej SLD. Również Jan Janiszewski na stronach internetowych SLD zamieszcza teksty dotyczące działań i programu partii. I zachęca do dyskusji. Dzięki internetowi, co tydzień śmiejemy się, czytając nową porcję fraszek, napisanych przez Jana Zacharskiego. Jan Janiszewski i Jan Zacharski działają we wrocławskim Klubie Weteranów i Sympatyków Lewicy. Bo w „armii fejsbukowej” nikt nie przechodzi do „rezerwy”, niezależnie od wieku.

Fake news

Tylko Jarosław Kaczyński, jak sam kiedyś powiedział o sobie, „jest samym dobrem”. Poza tym, wszystko na świecie ma swoje dobre i złe strony. Internet też. Politykom i partiom politycznym internet daje kapitalną szansę na wypromowanie siebie i swoich ugrupowań. Ale jest dla nich również śmiertelnym zagrożeniem. Zaledwie parę tygodni temu przekonał się o tym boleśnie prezydent Francji Emmanuel Macron. A nieco wcześniej Hillary Clinton.

Plotka – od zarania odgrywała ważną rolę w historii. Mówią, że plotki „rozchodzą się lotem błyskawicy”. W internecie poruszają się z prędkością światła.

Na finiszu kampanii wyborczej we Francji, w internecie pojawiły się rozliczne fake news. Po polsku: fałszywki. Że Macron jest amerykańskim agentem. Że jest gejem. Że ma konta w rajach podatkowych. Wrzucane do sieci, zaczynały żyć własnym życiem i docierały do milionów. Miały za zadanie osłabić pozycję Macrona. Nie jest w tym momencie istotne, czy „dywersja” przyszła z Rosji od Putina, jak twierdzą niektórzy, czy ze sztabu wyborczego Marine Le Pen. Ważne, że wyborcy prezydenta Macrona potrafili obronić się przed zalewem oskarżeń, kierowanych pod adresem własnego kandydata. Dzięki politycznemu doświadczeniu i wiedzy o funkcjonowaniu internetu.

Dziadek z internetu

W polskich kampaniach wyborczych nie mieliśmy jeszcze do czynienia z internetową ofensywą fake news. Zalewem nowych wcieleń „dziadków z Wehrmachtu”. Do czasu.

To jest drugie ważne zadanie dla powstającej „armii fejsbukowej”. Stworzenie w wirtualnym świecie swoistej „obrony terytorialnej” (nie mylić z tą Macierewicza). Gdy notowania lewicy będą rosły i będzie stawała się coraz wyraźniejszym zagrożeniem dla duopolu POPiS-u, polskie wydanie „fake news”, skierowane przeciwko SLD, jest niemal pewne. A stawić odpór plotkom rozsiewanym w złej wierze jest trudniej, niż poradzić sobie z konkurencją zrywającą plakaty lub dorysowującą wampirze kły uśmiechniętym kandydatom. Ale jak udowodnili francuscy wyborcy: można. Trzeba tylko zawczasu dobrze poznać wszystkie tajniki internetu.

A więc?

Widzimy się na fejsbuku

Exit mobile version