Konserwatywny rząd Australii próbuje zakończyć kryzys polityczny, jaki wywołało ujawnienie brzydkiego antykobiecego oblicza tamtejszej polityki. Skompromitowani politycy, których premier Scott Morrison dotąd bronił, zostali przeniesieni na niższe stanowiska. Czy to wystarczy, by uspokoić tysiące kobiet, które w marcu wychodziły na ulice w „marszach po sprawiedliwość”?

Christian Porter, stracił dziś, 29 marca, stanowisko attorney general, naczelnego rządowego prawnika, bliskie naszemu ministrowi sprawiedliwości, ale bez uprawnień prokuratora generalnego. To odpowiedź na oskarżenie go o to, że przed 30 laty, będąc jeszcze 17-letnim uczniem, zgwałcił rok młodszą koleżankę, a ta mimo upływu lat nigdy nie podniosła się z traumy i w ubiegłym roku popełniła samobójstwo. Porter twierdzi, że oskarżenia są fałszywe, a portal informacyjny ABC i jego dziennikarkę Louise Milligan, autorkę materiału ujawniającego sprawę, pozwał do sądu. Tysiące kobiet, które protestowały przeciwko przemocy seksualnej, jakiej dopuszczają się w Australii wpływowi i zaangażowani politycznie mężczyźni, daje jednak wiarę tekstowi Milligan i ujawnionym przez nią fragmentom pamiętnika nieżyjącej już kobiety. Premier Australii Scott Morrison, aby ratować notowania gabinetu, najpierw wysłał Portera na urlop, a dziś poinformował, że jego stanowisko otrzymała Michaelia Cash, prawniczka i senatorka Partii Liberalnej, która do tej pory była ministrem zatrudnienia, kwalifikacji, małego i rodzinnego biznesu.

Skandal dotyczący traktowania kobiet w polityce wybuchł jednak nie za sprawą oskarżeń dotyczących Portera, a po publicznym wystąpieniu Brittany Higgins, aktywistki Partii Liberalnej. Kobieta była etatową pracownicą partii, wykonywała swoje obowiązki w parlamencie i właśnie tam, w gabinecie minister obrony Lindy Reynolds, została napadnięta przez kolegę i zgwałcona. Higgins złożyła formalne zawiadomienie na policji i w prokuraturze, a o toksycznych relacjach w pracy partyjnej i powszechnym poniżaniu kobiet opowiadała w lutym i w marcu w mediach oraz na marszach kobiet, które pod wrażeniem jej historii wyszły na ulice domagać się równego traktowania.

Minister Linda Reynolds jest drugą osobą, którą zwolniono ze stanowiska pod wrażeniem protestów: od poniedziałku nie kieruje już ministerstwem obrony. Zapewne utrzymałaby tekę, gdyby nie ujawnienie jej zachowania po tym, gdy zgwałcona Higgins szukała u niej pomocy: Reynolds nazwała ją „kłamliwą krową” i nie dopuściła do przeprowadzenia wewnątrzpartyjnego postępowania w sprawie kolegi-napastnika. Po tym, gdy opinia publiczna poznała te fakty, premier Scott Morrison przestał bronić Reynolds, która początkowo miała podobnie jak Porter pójść na urlop i na początku kwietnia wrócić do swoich obowiązków.

Scott Morrison chce ratować notowania swojego rządu również poprzez szybkie awansowanie polityczek ze swojej partii, by powstał rząd, który wśród ministrów i wiceministrów ma najwięcej kobiet w historii.  To jednak na razie tylko zapowiedź. Faktem natomiast jest, że i Porter, i Reynolds z polityki bynajmniej nie znikają, gdyż pozbawiono ich dotychczasowych stanowisk, ale otrzymali inne. Dotychczasowy minister sprawiedliwości będzie ministrem przemysłu, nauki i technologii, Reynolds wejdzie do resortu usług rządowych. Na pytania dziennikarzy, czy dla obojga to „zajęcie na chwilę”, Morrison odpowiadał wymijająco.

Australijski rząd do niedawna cieszył się pewnym poparciem większości społeczeństwa za sprawą skutecznej walki z pandemią, ale po skandalach dotyczących poniżania i molestowania kobiet działających w polityce ma w sondażach już „tylko” 52 proc. Z 48-procentowym poparciem depcze mu po piętach opozycyjna socjaldemokracja.
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Balcerowicz zapłacze. Polacy chcą, aby bogaci płacili wyższe podatki

Polacy przestają wierzyć w mit skapywania bogactwa. Badanie UCE Research pokazuje, że pona…