Oto historia nie o umarłych, lecz o żywych. W dzisiejszej Bułgarii nikt nie ma powodu, by sądzić, iż jego to nie dotyczy.

Widok na główną ulicę w Radjuwene. / Źródło: Wikimedia Commons.
Widok na główną ulicę w Radjuwene. / Źródło: Wikimedia Commons.

Radjuwene, mała wieś w północnej Bułgarii. Niedaleko miasta Łowecz. Na centralnym placu tej miejscowości stoi pomnik z takim oto napisem: „Człowiekowi, który wyzwolił się ze strachu”. Monument został wzniesiony z inicjatywy Fundacji „Obywatele przeciw przemocy” i przy wsparciu byłego wiceprezydenta – Todora Kawałdżijewa oraz pisarza Georgi Miszewa. Powiada się, że w tej abstrakcyjnej kompozycji zakodowane zostało przesłanie sprzeciwu wobec politycznej przemocy.

Podstawowym problemem tej wsi nie jest jednak strach, lecz głód.

Miejscowi przeżyli różne polityczne i historyczne zmienności losu. Żyli i pracowali, niektórzy do śmierci. Bywało, że umierali młodo. Na wojnach, w powstaniach czy politycznych wendettach. Mieli żyzną ziemię, żyli biednie, chodzili boso, ale nigdy nie byli głodni.

Dziś lokalne społeczności w regionach, w których kiedyś kwitło rolnictwo i hodowla zwierząt są beneficjentami pomocy humanitarnej. Głównie unijnej z jednego z, a jakże, Programów Operacyjnych. Paczki żywnościowe są rozdawane  raz do roku i zawierają – 5 kg mąki, 3 kg soczewicy, 6 paczek makaronu spaghetti, słoik dżemu oraz 2 słoiki kompotu ze śliwek, oczywiście każdy z nich opatrzony jest specjalnymi banderolami i emblematami UE. Paczki te rozprowadza Bułgarski Czerwony Krzyż. Trafiają do 67 osób, co oznacza, że co dziewiąty mieszkaniec wsi uzyskuje pomoc humanitarną. Byli jednak i tacy, do których ona nigdy nie dotarła. Dwóje z nich już nie żyje.

Na początku stycznia br. gdy panowały największe mrozy, w swoim domu zmarli 86-letnia Dona Diszewa i 87-letni Wyłczo Diszew. Zwykli ludzie. Sieroty od szóstego miesiąca życia, etniczni Bułgarzy, byli pracownicy i emeryci. Ich życie skończyło się tam, gdzie kiedyś się zaczęło – w nędzy. Stary dom, w którym dożyli ostatnich dni, od lat nie ma prądu i wody.

Pierwsza zmarła kobieta, a dzień później mężczyzna. Zwłoki przez parę dni pozostawały w domu, w którym mieszkała również ich córka – 60-letnia Marija, była aptekarka. Ukrywała śmierć rodziców, by doczekać kolejnej emerytury, którą mogła spłacić w sklepie, to co kupowała „na zeszyt” oraz wydatki związane z pogrzebem. Uważała bowiem, że jeżeli od razu zgłosi śmierć rodziców, to emerytur nie otrzyma. Dopiero 11 stycznia (rodzice zmarli 6-7 stycznia) zgłosiła zgon.

Przybyli na miejsce policjanci byli zszokowani nędzą, jaka panowała w tym domu. Początkowo Marija nie chciała ich nawet wpuścić do środka. Wyjaśniała, że staruszkowie zmarli z wychłodzenia. Jesienią kupili dwa metry sześcienne drewna na opał, ale nie było komu go narąbać. Ogrzewali się, zbierając drobne kawałki, które spalały się w minutę.

Bułgarski dziennik „24 godziny”, którego dziennikarze zareagowali jako pierwsi, opisał katastrofalną sytuację domu Diszewów. Poczerniałe od grubych warstw sadzy ściany, piec kuchenny bez płyty wierzchniej, zapchane  przewody kominowe. Niektóre media informowały o tym incydencie zdawkowo, poświęcając mu, w porywach, kilkanaście linijek tekstu, inne po prostu zignorowały temat.

Dramat ten zbiega się w czasie ze śmiercią młodego człowieka w wyniku ulicznej bójki w mieście Wraca. Reakcją były masowe protesty. W sprawie śmierci tych dwojga starszych osób nie protestował nikt. Nie bardzo też wiadomo, w kogo taki protest miałby być wymierzony. Niełatwo wskazać kogoś palcem. O, proszę, oto jest morderca Diszewów. Wydarzenie to nie doprowadziło również do żądań zwołania specjalnej Rady Konsultacyjnej ds. Bezpieczeństwa Narodowego, ani do żywiołowych kłótni między partiami politycznymi.

Marija, córka Diszewów ze wsi Radjuwene, żyje gdzieś na peryferiach, poza zasięgiem państwowego systemu. Nie ma dostępu ani do służby zdrowia, ani do pomocy społecznej, do transportu, do sądów, nie mówiąc o systemie politycznym. Dyskutowana w Bułgarii szeroko możliwość elektronicznego głosowania w wyborach jej nie interesuje. Nie ma prądu. Nie ma nawet dowodu osobistego (upłynął termin ważności), nie posiada adresu zameldowania we wsi, nie ma lekarza POZ. Jeśli chodzi o leki – korzysta z ziół i aspiryny. Nie chodzi do dentysty, więc prawie nie ma zębów. O braku dostępu do pomocy psychologicznej głupio nawet wspominać.

Funkcjonujący przed 1989 rokiem system oświaty pozwolił jej skończyć szkołę średnią oraz tzw. studia półwyższe w ówczesnym Instytucie Medycznym im. Jordanki Filaretowej w Sofii. Formalnie biorąc Mariji nie ma w tej wsi, pomimo iż mieszka tam faktycznie ponad 20 lat. Ostatnie miejsce jej zameldowania, a także jej zmarłych rodziców, to miasto Łowecz. Nikogo to jednak nie wzrusza. Od lat pomiędzy państwem a Mariją ustały wszelkie kontakty czy stosunki. Ostatni ich ślad, to jej nr PESEL używany do celów statystycznych. A czym jest dziś Bułgaria dla tej kobiety?

Przed transformacją Bułgaria to – jej studia w Sofii, brygady robotnicze we wsi Newestino, praca w aptekach w miastach Trojan i Łowecz, wakacje w Warnie i raz w Sandanski (odwiedziła tam przy okazji znaną bułgarską mistyczkę – Wangę), wycieczki z kolegami do muzeum w Plewnie. Ostatni przystanek to dom jej dziadków na wsi.

Miejsce, gdzie rozegrała się tragedia jest widoczne z daleka, na głównej  ulicy wsi, mimo że brakuje nekrologu (to przecież kosztuje). To zapadający się stary dom. Niektórzy mówią, że wyglądający na okaleczone zwierzę, które wyje o pomoc. – Tata podupadł na zdrowiu i już nie było komu zająć się domem – wyjaśnia ostatnia jego mieszkanka. Wyłczo był pracownikiem budowlanym i przyzwoicie zarabiał. W 1979 roku ledwo ocalał z wypadku i został przekwalifikowany. Został zatrudniony jako portier w szpitalu. Po zmianach w 1989 r nie uzyskał odpowiedniego stażu pracy i przeszedł na emeryturę socjalną w wysokości 115 lewów (ca. 250 zł). Jego żona pracowała jako kucharka w lokalu gastronomicznym na dworcu kolejowym w Łoweczu. Otrzymała „normalną” minimalną emeryturę – niecałe 160 lewów (ca. 330 zł).  Średnio na jednego człowieka w tej rodzinie, z dwóch emerytur, przypadało ok. 90 lewów (niecałe 200 zł).

Pewnie już zadajecie sobie pytanie, a gdzie była opieka społeczna? Oto jest i odpowiedź.

Zgodnie z prawem, pomoc socjalna małżeństwu Diszewów nie przysługiwała z dwóch przyczyn. Po pierwsze – byli właścicielami mieszkania w mieście, które uważa się za potencjalne źródło dochodów. Po drugie – ustalony próg na tzw. zasiłki grzewcze dla osób powyżej 70. roku życia , to dochód na gospodarstwo poniżej 268,68 lewów, a oni mieli razem 272,59. Pomoc ta wynosi 72,20 lw na osobę w rodzinie za każdy z pięciu zimowych miesięcy.

Paradoks pierwszy. Nawet wspomniana wcześniej europejska pomoc humanitarna nie przysługiwałaby temu małżeństwu, ponieważ przysługuje ona tylko tym, którzy otrzymują zasiłek grzewczy i dopiero to kwalifikuje ich jako najbiedniejszych. Dochód dwojga zmarłych przewyższał próg o 3,91 lewów.

Paradoks drugi. Za życia ludzie ci nie mieli prawa do pomocy socjalnej, lecz mają prawo do tzw. pogrzebu socjalnego. Jeżeli będziemy zagłębiać się w szczegóły dojdziemy do kolejnych kuriozów. Usługa taka zawiera: zakup trumny i transport na cmentarz, ale nie pokrywa kosztów samego wykopania grobu. Roboty takie wykonują osoby długotrwale bezrobotne, w ramach nakazu prac społecznie użytecznych przez 14 dni w miesiącu po 4 godz. i otrzymują za to miesięczne wynagrodzenie w wysokości 40 lewów (ok. 85 zł).

Paradoks trzeci. Gdyby Dona zmarła parę lat wcześniej, to jej mąż i córka  mieliby łatwiejsze życie niż ich trójka. W takim przypadku Wyłczo otrzymywałby 50 proc. emerytury zmarłej żony i swoją, czyli razem ojciec i córka mieliby miesięcznie nie 90,86 lw, a całe – 96,94 lw. Los jednak nie zrobił im tego prezentu. Gdyby z kolei pierwszy zmarł Wyłczo, to córka i żona żyłyby nędzniej, ponieważ emerytura socjalna nie podlega takiemu „dziedziczeniu”.

Jak widać, kryteria określające prawo do pomocy socjalnej nie były skrojone na miarę państwa Diszewów. Nie można jednak tego samego powiedzieć o córce Mariji. Gdy straciła prace w państwowej aptece w Łoweczu, 36-letnia kobieta nie poszukała pomocy.

– Mnie jakoś krępuje chodzenie i pukanie do drzwi, takie proszenie się – wyjaśnia dziś Marija. Tym sposobem, blisko ćwierć wieku temu zniknęła z systemu socjalnego, a system jej nie poszukał. Nikt ma takiego obowiązku prawnego. Ot, bułgarski sposób oszczędności. Kto sobie przypomniał i wie jak wyrwać jakąś zapomogę – będzie żył (może). Kto nie potrafi zająć się sobą – niech umiera.

Tu nie chodzi jednak o oszczędność, lecz o bardzo podstępny proceder, o dominujący światopogląd przejawiający się w nienawiści do ludzi słabszych i biednych. Stał się on jakąś ideologią uniwersalną zaszczepianą prostackim twierdzeniem, iż jest to droga jedyna możliwa, jedyna słuszna i jedyna odpowiadająca  naturalnym porządkom rzeczy. Ideologia ta wdarła się wszędzie, wyznają ją nawet rzesze biedaków. Filozofowie i ekonomiści  nazywają to zjawisko neoliberalizmem, a oto jak wygląda jego praktyka.

Współmieszkańcy tej wsi opowiadają, że staruszkowie Diszewi kierowali się prostą filozofią życiową – mieszkanie w mieście zachowają dla córki tak, by po ich odejściu, w razie potrzeby, mogła przekazać mieszkanie państwu w zamian za zapewnienie opieki… Nieszczęśnicy widocznie myśleli, że państwo nadal kimkolwiek się opiekuje. To prawda, że czasami to robi, ale nie dla ludzi ich pokroju. Jeżeli chodzi o Mariję w charakterze beneficjentki pomocy społecznej, to powinna ona była stawić się w lokalnym biurze do spraw zatrudnienia. Tam należało się się zarejestrować, złożyć podanie, potem wędrówka do służb socjalnych, kolejny wniosek o zapomogę oraz deklaracja że zgadza się na udostępnienie swoich danych osobowych. To na początek…

Ludzie tacy jak Marija podpadają pod art.9 rozporządzenia do ustawy o pomocy społecznej. Tylko specjaliści potrafią zorientować się w licznych rozporządzeniach, wymaganiach, interpretacji, poprawkach i wyjątkach od tych przepisów, ale mówiąc w skrócie, była farmaceutka mogłaby liczyć na pomoc w wysokości 42,90 lewów miesięcznie (ok. 85 zł). Obecnie taka jest kwota zasiłku przeznaczonego dla osób długotrwale pozostających bez pracy i bez żadnych dochodów. Przy czym warunkiem jest, że osoba taka będzie wykonywała prace społecznie użyteczne przez 14 dni w miesiącu. Może być kopanie grobów.

Marija również mogłaby korzystać z pomocy rocznej na ogrzewanie w wysokości 361 lw. Nie zapominajmy też o spaghetti, dżemie i kompocie ze śliwek z UE! W razie wystąpienia okoliczności wyjątkowych (powódź, pożar, zawalenie się domu itp.), na podstawie oceny odpowiedniego pracownika socjalnego, hipotetycznie miałaby ona prawo do jednokrotnej zapomogi w maksymalnym rozmiarze 325 lewów (ok. 680 zł). Do roku 2003 taka zapomoga mogła być wypłacana siedem razy do roku, lecz później pod naciskiem Banku Światowego, kwota ta została zredukowana i w chwili obecnej jest to świadczenie jednorazowe.

Zlikwidowane w 1992 roku państwowe gospodarstwo rolne we wsi Radjuwene dysponowało wówczas dużymi stadami dorodnych zwierząt hodowlanych. Likwidatorzy niemalże siłą wpychali ludziom zwierzęta do prywatnych obejść. Zamykanie rolniczych gospodarstw zbiegło się z masowymi zwolnieniami w przemyśle i pierwszą falą bezrobocia. Większość tych ludzi, posiadających jeszcze pewne oszczędności, wolało wyjechać z miast do szeroko propagowanego raju farmerskiego i rozpowszechnianego idyllicznego obrazu bułgarskiej wsi.

Marija jest oszczędna w słowach w sprawie tamtych lat, ale daje do zrozumienia, że rodzina liczyła na rolnictwo. Duże obejście domu z wieloma zabudowaniami gospodarskimi również podpowiada, że hodowano tu zwierzęta (w tej chwili cały majątek gospodarstwa to jedna kura, którą przewidziano na święta, ale w końcu ocalała – w odróżnieniu od swoich gospodarzy). Praca w gospodarstwie przez pierwsze lata spowodowała że Marija niezbyt mocno odczuła oficjalne bezrobocie, ale życie socjalne stopniowo słabło. Urwały się  kontakty z rodziną, po których pozostały jedynie zawistne aluzje i „oferty” kupna mieszkania w mieście. Może to i dobrze, że Diszewowie go nie sprzedali, bo statystyki wskazują, że tacy jak oni najczęściej padają ofiarą mafii obracających nieruchomościami,  zresztą – Marija tego nie mówi, ale łatwo to wywnioskować – jest ono obciążone gigantycznymi długami. Piętrzące się problemy, nie tylko ekonomiczne, ale i zdrowotne rodziców Mariji skazały ją na alienację.

Ludzie znajdujący się w podobnej sytuacji mają teoretycznie prawo do renty. Jeżeli chodzi o Mariję,  dostawałaby ona ok. 160 lewów (ok. 340 zł), ale system dostępu do tego świadczenia staje się coraz bardziej restrykcyjny. Instytucji socjalnych nie interesują badania, świadectwa i komisje lekarskie stwierdzające stan pacjenta oraz wydatki związane z dojazdem do miasta, które często okazują się bariera nie do przekroczenia. System pomocy socjalnej jest tak skonstruowany, że jeżeli raz wpadniesz w przepaść i nie będzie nikogo kto by ci podał rękę, to szanse na ewentualne wydźwignięcie się są praktycznie zerowe.

W związku z nagłośnieniem sprawy Mariji – może jej się jakoś uda. Pracownik socjalny był już u niej w domu. Może się jednak okazać, że sprawa jest trudniejsza do rozstrzygnięcia ponieważ jest ona, formalnie biorąc, właścicielką domu z dużym obejściem oraz dwupokojowego mieszkania w mieście. Jak już była o tym mowa ta własność mogłaby teoretycznie generować zysk. – Zimę jakoś przeżyję tu, a w kwietniu może los się uśmiechnie. Nie jestem leniwa, może gdzieś wezmą mnie do pracy – zamiatania, sprzątania – mówi dyplomowana aptekarka. Jeżeli w dalszym ciągu będzie żyła jak dotychczas, to za trzy lata osiągnie wiek, w którym przysługuje jej emerytura socjalna i nawet może ją uzyska.

W ciągu tych 22 lat bezrobocia Maria hipotetycznie zaoszczędziła (biorąc pod uwagę dzisiejsze stawki zapomóg) 11 325,60 lw pomocy socjalnej, zgodnie z art.9 oraz 7 942 lw na zasiłki grzewcze. W sumie dla Skarbu Państwa oszczędnościła 19 267,60 lw.

Składamy hołd Mariji i ludziom takim jak ona – na ich grzbietach trzyma się stabilność finansowa i niski deficyt budżetowy kraju!

Mamy już odpowiedź na to gdzie było państwo, gdzie opieka socjalna. Teraz pora zapytać – gdzie jest społeczeństwo?

Ludzie, pod ciężarem swoich własnych trosk, mogli nie zwrócić uwagi na to co się dzieje u Diszewów. Nie mogli jednak niczego nie zauważyć. Ktoś widział, że z komina domu staruszków nie leci dym. Ktoś inny musiał dostrzeć, że Marija coraz częściej kupuje duże opakowania zapałek… Wójt w tej wsi był nowy – młody, sympatyczny chłopak i jeszcze nie zdążył się we wszystkim zorientować.

Jednak gdy już doszło do tragedii, wielu ludzi, w miarę swoich bardzo skromnych możliwości, pospieszyło z pomocą. Z sąsiedniej wsi Katunec, mężczyzna przywiózł mięso i opłacił w lokalnym sklepie kilkadziesiąt bochenków chleba, by Marija mogła codziennie dostawać tam świeże pieczywo. Jakiś dzierżawca przekazał piec, brykiety na opał i trochę konserw. Wójt Wencisław Banczew opłacił z własnej, prywatnej kieszeni wykopanie grobu. Kilkanaście osób z Wracy i Plewny przekazało Marii zapomogę pienieżną. Ktoś z Płowdiwu wysłał na konto urzędu wójta przekaz z adnotacją, iż są to środki przeznaczone dla tej kobiety. Tylko nikt z rodziny się nie pojawił.

Służby socjalne w Łoweczu, to jeden urząd obsługujący dodatkowo gminy Ugyrczin i Letnica. Zatrudnia 38 pracowników. 31 z nich to etatowi pracownicy socjalni, którzy oprócz miasta okręgowego obsługują jeszcze 48 miejscowości, niektóre z nich są oddalone o 50 km, a zamieszkuje je łącznie 65 tys. ludzi. Urząd nie dysponuje  samochodem. Pracownicy socjalni zarabiają najgorzej w całej administracji państwowej. Płace młodszych pracowników nie osiągają nawet 500 lewów (nieco ponad 1 tys. zł). Między sobą żartują, że są potencjalnymi klientami systemu socjalnego, który obsługują.

Zapewne u niektórych rodzi się pytanie czy w związku z tragedią w tej wsi należy zmienić całą politykę socjalną? Okazało się, że instytucje nie dysponują oficjalnymi danymi o tym, ile osób w Bułgarii wypadło ze wszystkich możliwych systemów państwa. O ilościach tych ludzi możemy się pośrednio dowiedzieć z odpowiedzi ministra finansów. Na pytanie posłanki Desisławy Atanasowej, byłej minister zdrowia dotyczące liczby osób nie posiadających ubezpieczeń na dzień 31.12.2013 r. w odpowiedzi, ówczesny minister, podzielił te osoby na kilka grup: 1 190 000 długotrwale przebywa za granicą, 254 000 pracuje bez stałej umowy o pracę, nie ma środków finansowych i nie płaci składki, chyba że nastąpi krytyczna sytuacja i palący problem; 130 000 nie zna przepisów ustawy zdrowotnej (na pewno nie tylko tej) i swoich obowiązków składkowych; 460 000 zna te obowiązki, lecz jest trwale bezrobotnych, ma niskie dochody lub dostaje zapomogi socjalne. Wszędzie tam szukajcie wypadłych ze wszelkich systemów państwa. Jednym słowem „niepotrzebnych ludzi” w Bułgarii jest przynajmniej 400 000, co stanowi ponad 6,5 proc.  wszystkich obywateli i 7,5 proc. stale przebywających w kraju Bułgarów.

Zapis w protokole z autopsji stwierdza, że oficjalną przyczyną śmierci Wyłcza i Dony Diszewów jest skrajne wychłodzenie organizmu. Pomijając terminologię medyczną , chodzi o bolesną śmierć w wyniku ubóstwa, do którego doprowadziła polityka państwa, prowadzona systematycznie przez co najmniej 20 ostatnich lat. Istnieją wystarczające podstawy, by sądzić, że wszystko to zostało zaprogramowane i wykonane w pełni świadomie.

Po cichu zawieszono faktycznie konstytucję. Nawet w preambule jest zapisane, że „Bułgaria jest państwem demokratycznym, praworządnym i socjalnym”. Zawieszono art. 4, ust. 2: „Republika Bułgarii gwarantuje życie, godność i prawa jednostki oraz stwarza warunki do wolnego rozwoju człowieka i społeczeństwa obywatelskiego”. Ironią losu jest fakt, że sędzią, który miał dbać o przestrzeganie Konstytucji był Filip Dimitrow, premier w roku 1992, w którym to rozpoczynał się dramat Mariji.

 

[alert type=”info” title=””]Tytuł reportażu zaczerpnięto z artykułu Kalina Pyrwanowa w bułgarskim miesięczniku „A-specto”. W niniejszym tekście wykorzystano tłumaczenie obszernych fragmentów tego tekstu za wiedzą i przyzwoleniem autora. [/alert]

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. „W ciągu tych 22 lat bezrobocia Maria hipotetycznie zaoszczędziła (biorąc pod uwagę dzisiejsze stawki zapomóg) 11 325,60 lw pomocy socjalnej, zgodnie z art.9 oraz 7 942 lw na zasiłki grzewcze. W sumie dla Skarbu Państwa oszczędnościła 19 267,60 lw”
    I tak to państwo „zarabia” na biedzie. Państwo, czyli bogaci właściciele tego państwa.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Francja, lewica i multikulturalizm. Próba Mélenchona

Czyn 25-latka z siekierą, który pomylił adresy, ale i tak ciężko ranił dwójkę dziennikarzy…