Gdy kończy się rok i nadchodzi czas podsumowań, warto przypomnieć światu, że mieliśmy w 2019 r. okrągłą, pięćdziesięcioletnią rocznicę zbrodni, o której mało kto pamięta.

Hasło „Czerwoni Khmerzy” jeszcze wielu coś mówi. O amerykańskiej agresji lotniczej na Kambodżę słyszeli tylko najbardziej zainteresowani historią. Mało kto więc wie, że zanim w Phnom Penh zaczęła działać skrajnie agresywna, fundamentalistyczna w swoim rewolucjonizmie siła, na biedny, rolniczy kraj w Indochinach z całą bezwzględnością napadło światowe mocarstwo. I bez tej napaści nie da się zrozumieć dalszych wydarzeń. 

Późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla – jakiż to „chichot historii” – ówczesny sekretarz stanu USA Henry Kissinger tak oto określił cele interwencji: „bombardować wszystko, co się rusza”. Wiosną 1969 r. ruszyły najpierw pojedyncze rajdy, potem rozpoczęły się tzw. naloty dywanowe na Kambodżę, równające z ziemią faktycznie wszystko, co przedstawiało sobą jakiekolwiek oznaki ludzkiej działalności. A jako że poza stołecznym Phnom Penh ówczesna Kambodża była typowym trzecioświatowym państwem rolniczym, ze zdecydowaną przewagą ludności wiejskiej, bomby spadały na wioski z chatami krytymi liśćmi palmowymi, pola ryżowe, kanały irygacyjne. W latach 1969-71 zrzucono na wiejską część głównie wschodniej Kambodży ekwiwalent 5 bomb z Hiroszimy. Według szacunków niezależnej Rządowej Komisji Dochodzeniowej z Finlandii Amerykanie zrzucili na Kambodżę 2 756 941 bomb różnego kalibru. Jest to 1,5 razy więcej niż na III Rzeszę w czasie II wojny światowej. Obracali w totalną perzynę wioskę za wioską, a następne naloty zacierały ślad nawet po gruzach i trupach. Z powietrza widać było gigantyczne naszyjniki, tworzone przez krwawe leje po bombach. Przerażenie i żądza zemsty były w ocalałych niewyobrażalne.

Jak Waszyngton uzasadniał potrzebę napaści na Kambodżę? Kraj ten miał być zapleczem dla partyzantki Vietcongu działającej głównie w Wietnamie Południowym, która z kolei walczyła z proamerykańską juntą w Sajgonie i amerykańską interwencją na Półwyspie Indochińskim, zakładając zjednoczenie Wietnamu pod egidą Hanoi. Innymi słowy: niewygodny dla Ameryki ruch narodowowyzwoleńczy i wszyscy, którzy z nim choćby potencjalnie współpracowali, mieli zostać starci z powierzchni ziemi.  

Brytyjski nestor dziennikarstwa, reportażysta wojenny, autor wielu filmów dokumentalnych, działacz antywojenny John Pilger nazywa dwie amerykańskie operacje lotnicze w Kambodży powietrznym barbarzyństwem. To on zwraca uwagę na fakt umykający większości komentatorów zachodnich: właśnie owo barbarzyństwo, trwające cztery lata bombardowania doprowadziły do władzy Pol Pota i Czerwonych Khmerów. Kim bowiem oni byli na początku swej działalności? Mieli mniej niż 5 000 źle uzbrojonych partyzantów, niepewnych swojej strategii, taktyki, lojalności i przywódców. Byli po prostu grupami luźno powiązanych band i rzezimieszków, jakich było pełno w krajach dopiero co wyzwolonych z pęt kolonializmu. 

Ale kiedy Amerykanie za pomocą bombowców B-52 rozpoczęli metodyczne niszczenie Kambodży, sytuacja się zmieniła. Jeden z wysoko postawionych członków kierownictwa Czerwonych Khmerów w dokumencie Pilgera opisuje, jak ocaleni z jatki wieśniacy, po kilkudniowej tułaczce po dżungli i zniszczonych polach ryżowych, przerażeni i  ogłupiali, gotowi byli uwierzyć we wszystko, co się im powie. To właśnie pozwoliło Czerwonym Khmerom pozyskać poparcie dla ich programu politycznego i społecznych rozwiązań. Obsadzenie przez Amerykanów rządów w Phnom Penh powolnymi sobie wojskowymi – premier gen. Lon Nol –  i przejście symbolu walki o niepodległości księcia Norodoma Sihanouka na stronę Khmerów spowodowało wybuch wojny domowej.  Pod jankeskimi bombami Czerwoni Khmerzy wyrośli na budzącą przerażenie i strach dwustutysięczną armię. Jej zwycięstwo nie przyniosło jednak krajowi szczęścia. Pol Pot kontynuował to, co zaczęli Nixon i Kissinger.

50 lat temu bombardowania Kambodży przez Amerykanów puściły w ruch cierpienia, z którym kraj ten walczy po dziś dzień. Zmieniają się systemy, nie kończy się niesprawiedliwość. Dlaczego przypomniałem sobie o Indochinach właśnie teraz? Bo słucham doniesień z Libii czy z Iraku, pamiętam Somalię i Bałkany. I wszędzie widzę, jak amerykański cowboy w saloonie (albo inny przedstawiciel „zachodniej cywilizacji”) najpierw strzela, potem patrzy na efekty i dopiero na koniec, jeśli potrafi, myśli. Gdy przypominam sobie triumf Czerwonych Khmerów, narzucają się analogie z genezą, istnieniem i funkcjonowaniem tzw.  Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii. Oba te ruchy, charakteryzujące się apokaliptyczną wręcz bezwzględnością, zaczynały jako małe i wojownicze, lecz pozbawione większego znaczenia politycznego i społecznego, sekty. Wypłynęły na szerokie wody dzięki przemocy zorganizowanej przez obcych interwentów.

Jedno się tylko zmieniło. Kissinger, mówiąc o bombardowaniu, był morderczo i cynicznie szczery. Dzisiejszych medialnych propagandystów na to nie stać. Gdy zaczyna się kolejna wojenna awantura Amerykanów, kłamią tylko o humanitarnych pobudkach i budowaniu demokracji. A potem jest to, co zawsze. Barbarzyństwo.

patronite

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. „O amerykańskiej agresji lotniczej na Kambodżę słyszeli tylko najbardziej zainteresowani historią” istotnie, prawda. Ale o ofiarach Czerwonych Khmerów, którzy z oszczędności zamiast strzelać, rozjeżdżali ludzi ciężarówkami, wie raczej każdy… Co tu dużo gadać, trafił swój na swego.

    1. Nie zupełnie Rysiek. Przeczytaj jeszcze raz jaka była kolejność wydarzeń.

  2. bardzo celnie… trzeba to bez przerwy przypominać wszystkim zachodnim hipokrytom… znów prącym do wojny, a polskim – wskrzeszającym bezkarnie trupa faszyzmu i nacjonalizmu

  3. Niektórzy wliczają ofiary Czerwonych Khmerów do wspólnego wora o nazwie „ofiary komunizmu”, zdaje się, że także „Czarna księga komunizmu” też tak zrobiła. Nie piszą oni jednak, że jedyne co Czerwoni Khmerzy mieli wspólnego z komunizmem było to, że na szczęście zostali odsunięci od władzy przez wojska KOMUNISTYCZNEGO Wietnamu, który widząc co wyprawiają, nie mógł podjąć innej decyzji, niż interwencja wojskowa.

    1. Zdecyduj się Toluś.
      ,,mówił tak o sobie”
      czy
      ,,tak o sobie myslał”.
      Tego drugiego – nie jesteś w stanie udowodnić.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Adam Bodnar zamyka oczy

Kto to powiedział? „Padają słowa i określenia naruszające ludzką godność, dzielące obywate…