Ostatniego dnia stycznia ulice Rio de Janeiro, Brasilii, Sao Paulo i innych miast kraju wypełniły się protestującymi. Brazylijczycy wyszli z domów by wyrazić sprzeciw wobec nieudolnej polityce urzędującego prezydenta w kwestii ochrony zdrowia. Wśród postulatów znajduje się m.in. żądanie dymisji i rozpisania nowych wyborów.

Krytyka na administrację Jaira Bolsonaro, pochodzącego ze środowisk skrajnej prawicy, spada już ze wszystkich stron. Do niedawna publicznie wypowiadali się głównie eksperci ds. epidemiologii, lekarze oraz działacze opozycyjni. Poparcie społeczne dla prezydenta jednak nie malało. Dopiero pod koniec ubiegłego roku procent mieszkańców oceniających jego rządy negatywnie zrównał się z procentem obywateli, którzy myślą o jego działania dobrze. Sondaże z roku 2021 roku ewidentnie wskazują już, że pozycja Bolsonaro podupadła. Jak wynika z badania ośrodka Exame/Ideia pozytywnie prezydenta ocenia 27 proc. Brazylijczyków, podczas gdy 45 proc. – negatywnie. To największa różnica od czerwca zeszłego roku. Powód, dla którego brazylijskie społeczeństwo znów odwraca się od Bolsonaro jest taki sam jak wcześniej – chodzi o tragiczne w skutkach zaniedbania w walce z koronawirusem.

Najgorzej sytuacja zdaje się wyglądać w Manaus, mieście położonym w dżungli amazońskiej. Lekarze i eksperci ds. służby zdrowia od kilku tygodni alarmowali, że nie są w stanie odpowiednio dbać o pacjentów. W szpitalach brakuje wszystkiego – od sprzętów ochronnych aż po tlen, którego potrzebują osoby w ciężkim stanie.

Od początku pandemii w Brazylii zmarło ponad 224 tysiące osób tylko z powodu COVID-19. To drugi najwyższy wynik na świecie, zaraz po Stanach Zjednoczonych.

Za protestami stały głównie lewicowe organizacje i partie polityczne. Przybrały one formę podobną do tych, które oglądaliśmy i oglądamy w Polsce – poza typową demonstracją polegającą na przemarszu przez miasto, ulice blokować zaczęli rowerzyści oraz kierowcy tworząc masę krytyczną. W stolicy kraju grupa ponad 200 osób zorganizowała pikietę przed budynkiem Kongresu. Część zebranych założyła na głowy plastikowe torebki. Była to forma upamiętnienia tragicznej śmierci pacjentów z Manaus, którzy zmarli, bo w szpitalu zabrakło tlenu.

Jak podaje France 24, za kryzys w brazylijskiej służbie zdrowia odpowiadają nie tylko dramatyczne zaniedbania Jaira Bolsonaro, który mimo tego, że sam był zakażony koronawirusem, nadal nazywa pandemię „niegroźną grypą”. Część ekspertów stawia tezę, iż nowa mutacja wirusa również przyczyniła się do tragedii kolejnych tysięcy Brazylijczyków.

Sondażownia Atlas Político zapytała Brazylijczyków pod koniec stycznia o to, kto otrzymałby ich głos, gdyby wybory prezydenckie odbyły się dziś. Przyjęto scenariusz, w którym wystartowałby były prezydent tego kraju i związkowiec, Luiz Inácio Lula da Silva z Partii Pracujących (PT). Choć nie miałby szans na zwycięstwo w pierwszej turze, to wszedłby do drugiej i w niej pokonałby Bolsonaro.

Domniemanie, że Lula wystartuje w przyszłorocznych wyborach jest jednak bardzo wątpliwe. Kto więc reprezentowałby lewicę w tym starciu o kolosalnym znaczeniu dla całego kontynentu? Być może swoich sił znów spróbuje Fernando Haddad, były burmistrz Sao Paulo i kandydat na prezydenta w przegranych wyborach z 2018 roku. W starciu rewanżowym z Bolsonaro mógłby dziś liczyć na 53 proc. głosów w drugiej turze.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Nigeria: panika po kolejnym porwaniu uczennic

W Nigerii mnożą się masowe porwania uczniów, wywołując gniew ludności ze środkowej i półno…