Virginie Despentes „Teoria King Konga”, przekład: Anastazja Dwulit i Magdalena Kowalska, Warszawa, Fundacja Feminoteka, 2015

Virginie Despentes stwierdza otwarcie już w pierwszym akapicie swego zbiorku esejów: „Piszę w imieniu brzydkich i dla brzydkich, starych, schłopiałych, oziębłych, niedorżniętych, pasztetowatych, histerycznych, steranych: dla wszystkich, które nie kwalifikują się na rynek super lasek. Mówię to od razu na początku, bo chcę, żeby było jasne: nie zamierzam za nic przepraszać ani na nic się skarżyć. Nie zamieniłabym się z nikim innym. Być Virginią Despentes to najbardziej interesujące przedsięwzięcie jakie mogę sobie wyobrazić”.

Autorka „Teorii King Konga” należy – jak sama przyznaje – do „proletariatu kobiecości” i utożsamia się ze wszystkimi przegranymi w walce o prestiż i zasoby ekonomiczne. Niezwykłe to wyznanie, prawdopodobnie nieodbiegające od autoidentyfikacji większości radykalnych, szeregowych feministek. Z pewnością jednak szokujące dla tych, którzy swe zdanie o feministkach ukształtowali w oparciu o przekaz polskich skrajnie konserwatywnych mediów. Mediów, w których widzimy głównie ugrzecznione feministki-intelektualistki, starające się przekonać do swoich poglądów przy pomocy w pełni racjonalnych środków.

Despentes nie cytuje statystyk i nie układa petycji. Pisze głównie o sobie i tym co ją boli, mierzi, śmieszy, wkurza. O sobie, z humorem: „jestem raczej King Kongiem niż Kate Moss” oraz, że wszystkiego ma trochę dużo – jest zbyt gruba, zbyt głośna, zbyt agresywna. Zbyt owłosiona i zbyt męska. „Oto więc miejsce, z którego piszę: miejsce kobiety, która nie przyciąga uwagi mężczyzn, nie umie zadowolić ich potrzeb, ale też nie zadowala się pozostawaniem w cieniu.(…) Jestem zadowolona z siebie takiej jaką jestem – bardziej pożądająca niż pożądana”- wyznaje bezczelnie autorka, nazywana często żeńskim Michaelem Houellebecqiem.

Autorka „Teorii King Konga” deklaruje, że pisze również w imieniu kobiet, „które czują się jak towar niesprzedany lub uszkodzony (…), którym mężczyźni nie dają prezentów, które poszłyby do łóżka z każdym, kto by je zechciał (…), kobiet o za dużych dupach, albo o czarnych gęstych włosach na nogach, których nie chcą depilować (…), kobiet do niczego niepodobnych, które mogą liczyć tylko na siebie, które nie potrafią być wspierające (…) kobiet, które nie potrafią się zachować”.

Mówiąc krótko, Despentes wypowiada się z pozycji tych, które przekroczyły chcąc lub nie chcąc pewne granice. Bo właśnie przekraczanie granic, stawanie się kimś innym, odkrywanie, tworzenie, stawianie sobie nowych celów jest, jak pisała Simone de Beauvoir w „Drugiej płci”, czymś, co kobietom było zawsze surowo wzbronione.

Despentes powtarza argumentację słynnej egzystencjalistki: kobieta w historii albo była przedstawicielką gatunku – samicą, albo obiektem adoracji – słodką damą, albo świętością jako matka lub bogini. Nigdy nie była jednak indywidualnością. Należała albo do świata biologii albo sacrum. Rzadko natomiast na równych z mężczyzną prawach należała do świata społecznego. By zobrazować tę tezę, autorka „Teorii King Konga” cytuje liścik, jaki Jean Paul Sartre wysłał kiedyś swej partnerce Simone de Beauvoir, a który ta umieściła ironicznie na pierwszym miejscu swej książki „Listy do Bobra” (słynna filozofka miała wśród przyjaciół przezwisko „Bóbr”):

„Czy będzie pani tak dobra, żeby rano oddać praczce moją bieliznę (wewnętrzna szuflada w szafie)? Klucz zostawiam w drzwiach. Kocham panią czule, miłości moja. Gdy myślę o tej słodkiej mince, z jaką mówiła pani wczoraj „Ach patrzyłeś na mnie, patrzyłeś na mnie”, moje serce topnieje z czułości. Do widzenia mój skarbie”.

Widzimy tutaj, jak ubóstwienie miesza się z realizacją przez mężczyznę – światłego, zdawałoby się i postępowego, komunistę – swych interesów. Bo to zawsze kobieta ma być przywiązana do mężczyzny i dla niego użyteczna, a tę niesymetryczną relację okupuje się słodkimi słówkami, lub płaci za nią w gotówce (ileż związków jest w istocie niewypowiedzianym kontraktem pieniężnym).

I to właśnie ta idealizacja, której warunkiem jest, że mężczyzna może „swoją” kobietę postrzegać jako uosobienie wiecznej, niezmiennej, upoetyzowanej, będącej w istocie wytworem mediów, wielkich korporacji i instytucji państwa Kobiecości – przeszkadza w realnej partnerskiej rozmowie między mężczyznami i kobietami. Służy bowiem przykryciu codziennego wyzysku kobiet.

Despentes mówi o tym w eseju „Dziewczyna King Konga”. Opisuje moment, kiedy w filmie Petera Jacksona z 2005 roku King Kong-Bestia szuka po uwolnieniu się z cyrku swojej Pięknej: „I następuje scena, która wcale nie jest erotyczna, przywodzi na raczej na myśl wspomnienie dzieciństwa: wezmę Cię za rękę i popłyniemy razem jak w walcu. Będziesz się śmiała jak dziecko na zaczarowanej karuzeli. Nie ma w tym erotycznego uwodzenia. Jest za to ludyczna zmysłowość, w której siła nie jest tożsama z dominacją. King Kong – albo chaos przed podziałem na płcie”.

Autorka wspomina przy tym swoje życie jako punkówy – czas, kiedy śpiewała „mega chłopackie” piosenki, „paliła pety jak facet,” sępiła, pogowała, wrzeszczała, haftowała piwem, naparzała się na manifach. Kiedy do niej, ogolonej na łyso, zwracano się w sklepach „proszę pana”. Kiedy mogła okazywać nieerotyczną, koleżeńską serdeczność swoim ziomkom z punkowych ekip. W tę stronę moglibyśmy dążyć. Do społeczeństwa, gdzie kobieta i mężczyzna mogliby się komunikować zwyczajnie, jak kumple, jak znajomi, jak przyjaciele. Jak kochankowie, ale bez walki o dominację i bez targowania się o siebie nawzajem.

Taka nowa, feministyczna, egalitarna kultura byłaby szansą na nieskrępowany rozwój dla tych mężczyzn, którzy „nie chcą się nikim opiekować, albo chcieliby, ale nie potrafią, (…) są pozbawieni ambicji i namiętności do rywalizacji, (…) którzy woleliby zajmować się domem niż iść do pracy (…) zbyt biednych by się podobać, którzy boją się zostać sami wieczorem”. Byłaby też szansą dla kobiet, które nie pasują do wzorca: „szczęśliwej białej kobiety, atrakcyjnej, ale nie kurwy, zamężnej, ale nie zahukanej, pracującej zawodowo, ale nieprzyćmiewającej męża, (…) zachowującej dobrą figurę, ale nieznerwicowanej na punkcie jedzenia, (…) kobiety wykształconej, ale zawsze troszkę mniej niż mężczyzna (…)”.

Lecz siłą byłej punkówy nie są abstrakcyjne rozważania, ale ironia i czasem słodkie, a czasem gorzkie własne doświadczenia życiowe, z których obficie czerpie. Despentes jest autorką książki „Baise moi” („Rżnij mnie”), na podstawie której powstał słynny film „Gwałt”, opowiadający o dwóch prekariuszkach, podróżujących po Francji i mszczących się okrutnie za doznane krzywdy (gwałt i zabójstwo bliskiej osoby). Książkę tę oparła autorka o epizod z własnego życia, epizod, który jak twierdzi, ustanowił ją jako pisarkę i jako kobietę – choć zarazem skrzywił.

Otóż gdy jako 17-latka Virginie wracała z koleżanką autostopem z koncertu w Paryżu, obie zostały brutalnie zgwałcone w samochodzie przed trzech, młodych, wyglądających sympatycznie, wcześniej potrafiących rozmawiać o piosenkach Renauda (francuskiego pacyfisty) mężczyzn. Despentes pisze o prawdopodobnym sposobie myślenia swoich krzywdzicieli: „Skoro nosimy miniówy, jedna ma zielone włosy, a druga pomarańczowe, to z pewnością pieprzymy się jak króliki, a więc gwałt, który się właśnie dokonuje, nie jest wcale gwałtem. Jak w przypadku większości gwałtów zapewne. Przypuszczam, że mimo tego, co się stało żaden z tych trzech kolesi nie uważa siebie za gwałciciela. Bo w ich przypadku, to było, co innego. Ich trzech i spluwa przeciwko dwóm dziewczynom pobitym do krwi to wciąż nie gwałt. Dowód, gdyby nam naprawdę zależało, żeby nas nie zgwałcono, wolałybyśmy umrzeć albo ich zabić”.

Despentes spotkała jeszcze później, po wydaniu „Baise moi”, mnóstwo kobiet, które twierdziły, że zostały zgwałcone. Jak sama przyznaje, zastanawiała się, czy nie kłamią. Tak działają skrypty kulturowe, które nawet jej kazały mniemać, że „słowo kobiety oskarżającej o gwałt jest zawsze słowem podejrzanym”.

Znaczący jest tytuł eseju, w którym Despentes opowiada o swoim traumatycznym przeżyciu – „Tej grzesznej kobiety nie da się zgwałcić”. Zwykle – pisze Virginie – mężczyźni racjonalizują dokonane przez siebie i przez innych mężczyzn gwałty. „Sama chciała”, „trochę jej pomogłem” – oto typowe racjonalizacje. Sądzimy, że za gwałty odpowiadają tylko pedofile, psychopaci, seksualni zboczeńcy, seryjni gwałciciele. Każemy kobietom milczeć, boimy się słowa „gwałt”. Sama Despentes, gdy początkowo próbowała – będąc zawsze przy tym kompletnie pijana – opowiedzieć komuś o strasznym zdarzeniu, które uczyniło z niej pisarkę, nie używała słowa gwałt, mówiła „atak”, „napaść”, „zaczepka”, „ten koszmar”.

Gwałt – mówi autorka – jest nieodłącznym ryzykiem związanym z byciem kobietą. Jednak – trzeba go oddramatyzować – da się wyjść z cienia gwałtu. Nie ma innego wyjścia niż pozbierać się, stanąć na nogi, otrząsnąć się, zająć się czymś innym. Nie pozwólmy, dziewczyny, by gwałt zdominował nasze myślenie o sobie! – apeluje pisarka. Nie zapominajmy też jednak, że należymy do płci strachu i poniżenia, płci mężczyznom obcej, która przez swoją rzekomo brudną cielesność, skazana jest na wykluczenie w wielu dziedzinach życia społecznego – dodaje.

Zaskakujący jest esej: „Sypiając z wrogiem”. Otóż okazuje się, że autorka, wcześniej pracownica supermarketu, gdzie zarobki ledwo pozwalały na przeżycie, była w pewnym okresie życia prostytutką. I wcale się tego nie wstydzi. Podobnie, jak nie wstydzi się tego, że jej inicjacja seksualna miała miejsce w wieku 14 lat. Powody podjęcia pracy prostytutki? Materialne – stwierdza otwarcie Despentes. Przygnębiająca, otępiająca, kiepsko płatna, pozbawiona perspektyw praca w supermarkecie. Obserwacja 50-letnich koleżanek, które zmarnowały w ten sposób kawał życia i które muszą się tłumaczyć, kierownikowi, że chcą siku… I zasłyszane, początkowo przyjmowane z niedowierzaniem (to chyba podstęp!) plotki, że są szczodrzy mężczyźni gotowi zapłacić za numerek tysiąc franków.

Zyski? Poczucie empowerment, sprawowanie władzy nad mężczyznami. Przeistoczenie się z niewidzialnej, grubawej, nieśmiałej chłopczycy w trampkach – w kogoś, kto przyciąga wzrok, kusi, uwodzi. A wszystko za pomocą kilku atrybutów kobiecości w stylu: obcasy i seksowne pończochy, oraz za gotowość, by spełniać życzenia samotnych, nieatrakcyjnych facetów, nie przejmując się ich fizycznymi defektami i nie brzydząc dziwnymi fantazjami.

I pisze bez żenady Despentes – bycie prostytutką z możliwością wyboru klientów i scenariuszy, daje możliwość nieskrępowanego doświadczania własnej seksualności, jest sposobem na poznawanie seksu bez emocjonalnego zaangażowania. Sposobem na seks poza związkiem, co jest zwykle uznane za nieodpowiednie dla kobiet, a za całkiem w porządku, jeśli chodzi o facetów. Daje możliwość pracy przez kilka dni w miesiącu i wychodzenia na zakupy bez przejmowania się wydatkami. Czytając „Sypiając z wrogiem”, zrozumiałem – dla dziewczyny proletariuszki, bycie prostytutką to często sposób na choć częściowe zakosztowanie życia, jakie wiodą nadziani faceci.

Sama autorka opowiada się mocnym głosem za legalizacją prostytucji, argumentując, że pozwoli to na ucywilizowanie jej warunków. Bo problemem nie jest sam płatny seks – ileż kobiet godzi się na bycie utrzymanką pod przykrywką małżeństwa! – ale niebezpieczne aspekty wykonywania tego zawodu. Despentes argumentuje: „Gdyby prostytutka świadczyła swoje usługi w przyzwoitych warunkach, jak na przykład kosmetyczka, czy psychiatra, gdyby swoją działalnością nie narażała się, jak jest obecnie, na konflikt z prawem, pozycja mężatki stałaby się mniej atrakcyjna. Albowiem, w chwili, w której prostytucja staje się czymś normalnym, wyraźnie dostrzegamy, czym w istocie jest małżeństwo. Widzimy, że mamy do czynienia z umową, w ramach której kobieta zobowiązuje się do świadczenia po najniższej cenie pewnej liczby usług gwarantujących mężczyźnie wygodne życie i to głównie seksualnych”. Przykre to słowa, jeszcze bardziej nieswojo czytelnik, zwłaszcza męski, czuje się gdy czyta następujące po tych słowach wyznanie autorki, że klienci traktowali ją lepiej, niż inni faceci w jej życiu.

Z zażenowaniem trzeba też przyznać Despentes rację, gdy zarzuca mężczyznom: śmiejecie się z głupiutkich kobiet, wielbiących władzę, pieniądze, czy sławę, a sami dostajecie świra na widok kokietki w siatkowych pończochach… Albo gdy cytuje autora książki o fantazjach seksualnych mężczyzn Phetersona, który zauważa „Akceptujemy fakt, że kobieta dostaje materialną gratyfikację za zaspokajanie pragnień mężczyzny, nie do przyjęcia jest tylko żądanie tego wprost”.

Oto główna myśl autorki – całkiem nieskomplikowana – kobiety i mężczyźni rzadko ze sobą rozmawiają. Jak pisze, nie jest tak, że kiedyś, przed erą rewolucji seksualnej, kobiety i mężczyźni lepiej się rozumieli, po prostu rzadziej ze sobą przebywali. Despentes zwraca też uwagę, że kobiety stanowią często jedynie środek, za pomocą którego komunikują się ze sobą mężczyźni. Gwałt na kobiecie to komunikat „mogę ruchać twoją kobietę byle jak”. Zakaz pornografii lub cenzura zjawisk uznanych za pornograficzne, to komunikat warstw wyższych do lumpenproletariatu – wyuzdana erotyka to domena władców… Okiełznywanie kobiecej seksualności to zabieg, który ma służyć cementowaniu męskiej solidarności i pozycjonowaniu mężczyzn jako ze swej istoty rywalizujących i agresywnych.

teoria king kongaDespentes zadaje też ważne pytania: dlaczego potępiamy prostytutki lub aktorki filmów pornograficznych, a nie konsumentów ich usług? Dlaczego tolerujemy sytuację, gdy w obliczu dysproporcji w zarobkach kobiet i mężczyzn, awansują społecznie jedynie te kobiety, które najlepiej potrafią pieścić męskie ego? Dlaczego, mimo olbrzymiego postępu społecznego „nikt nie wynalazł odpowiednika Ikei do opieki nad dziećmi, albo Macintosha do zajmowania się domem”? Dlaczego kobieta brzydka nie może mieć ambicji, nie może żądać? Nie może cieszyć się życiem seksualnym i o nim opowiadać, podczas gdy najbardziej obleśny, czerwony, spocony, zaniedbany i z małym fiutkiem, mężczyzna – może o swojej i kobiecej seksualności mówić bez skrępowania? I może rechotliwie wypominać kobiecie jej niedostatki, krytykować, oceniać jej kobiecość, ustawiać ją jako niespełnioną? Wreszcie, dlaczego kobieta, szczególnie występująca przeciwko patriarchalnym porządkom, może mówić zawsze jedynie jako pojedyncza kobieta, a mężczyźnie przysługuje prawo do bycia uniwersalnym pomiotem i wypowiadania się w imieniu całej zbiorowości ludzkości?

Czytając „Teorię King Konga”, poczułem złość, gniew, frustrację, wściekłość, a następnie odrobinę zadowolenia. Bo, przyznam to, uświadomiłem sobie, że nie zamierzam być „uniwersalnym męskim podmiotem”, stoję podobnie jak autorka w konkretnym miejscu. W miejscu humanisty, człowieka, którego razi demonstracyjne okazywanie swej męskości, którego razi nawet sami słowo „dominacja”. Który parska śmiechem, gdy widzi „Dominatora” Pudziana i żądnych rozgłosu kogucików w rodzaju Szpilki, czy nacjonalistycznych raperów. Który z uwagi na „pewną nieśmiałość” (której często potem żałuje) i lęk przed przekraczaniem granic, nazwałby się „jednym z tych facetów, którzy wstydzą się sięgać po ostatnie ciasteczko na przyjęciu”.

Jesteśmy tutaj i my – faceci, którzy lubią poezję, którzy często czują się skrępowani, którym zarzuca się brak ambicji, którzy nie czują się dobrze w świecie, gdzie ten najbardziej bezczelny i pozbawiony empatii Samiec Alfa bierze wszystko. Jesteśmy i my, którzy często nie wiemy, gdzie przebiega granica między wrażliwością a tchórzostwem, między brutalnością a siłą. My introwertycy, my humaniści, my faceci bez fajnych bryk, my faceci bez pazura drapieżcy. My, którzy nie jesteśmy ludźmi sukcesu: informatykami, analitykami finansowymi. My, którzy nie lubimy piłki nożnej i przemocy oraz pokazów udawanej męskiej siły.

Despentes porównuje większość mężczyzn, korzystających z patriarchatu, służącego rozdymaniu nierówności i tak już chorego kapitalizmu – do aroganckich sługusów w wielkiej rezydencji finansowego arystokraty. Bowiem z prawdziwych podziałów na kobiety i mężczyzn korzystają przedstawiciele nielicznych: elity finansowe, polityczne i medialne. To im dzisiaj, „jednemu procentowi”, przypadają najsmakowitsze kąski z eksploatacji kobiecej pracy, a przede wszystkim seksualności. Powiedzmy sobie szczerze, obecny patriarchat (a neoliberalizm korzysta silnie ze skrajnie maskulinistycznej retoryki i imaginarium, dlatego często nazywany kapitalizmem drapieżców), nie jest kulturą stworzoną dla nas, zwykłych mężczyzn, którym obca hiperagresja, którzy źle się czują w rywalizacyjnym środowisku. Stańmy więc u boku kobiet – jako koledzy, przyjaciele, partnerzy; jako ludzie, którzy chcą widzieć w „słabszej płci” osoby, a nie tylko samice.

[crp]

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. świetna recenzja. podpisywanie się pod feminizmem przez mężczyzn zawsze jest nieco kłopotliwe – łatwo zostać oskarżonym o bycie feministą jedynie deklaratywnym, ten tekst zdradza jednak zaangażowanie w sprawę. No i wiem już, co dam dziewczynie na urodziny!

  2. Świetny artykuł. Tym bardziej, że mężczyźni na ogół boją się szczerości (kobiety zresztą też), a nam potrzebna jest szczerość, żeby się zorganizować i walczyć o swoje. Faktycznie patriarchat, feudalizm, przemoc – jedno wynika z drugiego, a z tego kolejne patologie. Taka dewiacyjna forma współżycia społecznego.

  3. Zamiast marudzić kobiety powinne wziąść się za siebie nie powodować sytuacji do agresji, chłop to samiec który zlazł niedawno z drzewa i jest jeszcze dziki i niestety mocniejszy od kobiety, ale są sposoby by temu zaradzić, ja uważam że nie ma brzydkich kobiet, są jednak kobiety które nie dbają o siebie i są bez krztyny honoru choćby dziewczyny w barach pijące i biorące narkotyki itp.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Nieznośna lekkość głosu

Wybory jak zwykle stały się okazją do niewesołych refleksji. Nie chodzi nawet o to, że nie…