Powyborczy pejzaż w Bułgarii podsumować można prostą frazą: wszystko zgodnie z planem. Karawana pojechała dalej. Psy, które w ubiegłym roku szczekały, teraz ochoczo klaszczą. Zaś lewica umiera na peryferiach.

Wybory przeprowadzone w Bułgarii 14 listopada nasuną każdemu, kto choćby pobieżnie obserwował proces polityczny w tym kraju, ten sam zestaw pytań.

Dlaczego w najbiedniejszym kraju UE, zdewastowanym przez neoliberalizm, gdzie nierówności społeczne i kompletnie dysfunkcyjny system opieki zdrowotnej powinny były uczynić co najmniej połowę społeczeństwa rewolucyjnymi komunistami, lewica trwa w coraz bardziej bolesnej agonii?

Dlaczego Bułgarki i Bułgarzy powtarzają od dziesięcioleci ten sam błąd? Dlaczego ochoczo podpisują carte blanche jakimś przypadkowym, wystruganym z banana bohaterom?

Czemu arystokratyczne zadęcie (Symeon II), ludyczna przaśność (Bojko Borisow) czy młodzieżowa przebojowość z kanadyjskim paszportem (Kirił Petkow) są tak atrakcyjne, że bez żadnego zastanowienia zdolna elektoralnie cześć narodu mianuje tego rodzaju nieporozumienia na swoich nowych zbawców?

Odpowiedź na każde z tych pytań wymaga osobnej rozprawy, ale wspólnym zbiorem dla każdej z nich będzie tchórzostwo i indolencja bułgarskiej lewicy, jej kapitulacja polityczna i moralna wobec swoich przeciwników i lekceważenie własnego elektoratu.

Wybory

Pomimo swojej przewidywalności były to jednak stosunkowo interesujące wybory. Jedyne w swoim rodzaju – pierwszy raz połączono prezydenckie z parlamentarnymi. Obecnie wiadomo o nich już niemal wszystko.

Ich prezydencki segment przeciągnie się jeszcze do następnej niedzieli, albowiem przesądzone zwycięstwo obecnego prezydenta Rumena Radewa na tyle zdemotywowało jego wyborców, że konieczna będzie dogrywka. Jako się jednak rzekło, wynik jest przesądzony.

Bardziej godne uwagi są wyniki wyborów do Zgromadzenia Narodowego (jednoizbowy parlament Bułgarii). Aż siedem stronnictw wyśle tam swoich przedstawicieli, ale tylko jedno z nich klasyfikowane jest jako lewicowe. To Bułgarska Partia Socjalistyczna (BSP). Jednak jest tam ona chyba wyłącznie po to, by ostatecznie skonać po latach agonii pod przywództwem obecnej szefowej – Kornelii Ninowej. Zepchnięta na poniżające piąte miejsce, zmieszana z egzotycznym dla Bułgarii planktonem liberałów (Demokratyczna Bułgaria) i nacjonalistów (Odrodzenie), zmierza na cmentarz, wlokąc za sobą bagaż osiągnięć, którego pozazdrościć mogłaby jej niejedna zachodnioeuropejska prawica.

Kornelia Ninowa – grabarz bułgarskiej lewicy parlamentarnej

Udało się BSP przez trzydzieści lat skutecznie strzec lewicowego trawnika, nie dopuszczając żadnej innej organizacji do minimalnej choćby konkurencji programowej, to po pierwsze. Po drugie – partia ta wdrożyła w Bułgarii, wzorem najbardziej upadłych państw, podatek liniowy na poziomie 10%. Wysłała też wojska do Iraku, zaprosiła jankesów do budowy baz wojskowych nad Morzem Czarnym, wspierała otwarty skok bułgarskiej mafii na służby specjalne, ucięła głowę jedynemu poważnemu projektowi przemysłowemu, w który zaangażowana miała być Bułgaria – Gazociągowi Południowemu, aż w końcu wyruszyła na wojnę z Konwencją Stambulską i „ideologią gender”.

Tak brutalne załamanie BPS, choć przewidywane, zaskoczyło wszystkich, jeśli chodzi o skale i nagłość zjawiska. Jest to wyłączną zasługą obecnej szefowej tej partii Kornelii Ninowej. Jej pomysł na epatowanie „lewicowym konserwatyzmem”, „ochronę rodziny przed genderystami” oraz zaangażowanie całego aparatu partyjnego w brutalną rozprawę wewnętrzną z przeciwnikami całkowicie wyparły resztki lewicowości, które co bardziej życzliwi w BSP jeszcze dostrzegali. Z wyborów na wybory BSP staczało się po równi pochyłej. Zważywszy, iż było ich w ostatnim tylko sezonie politycznym aż trzy w trudno było tego nie zauważyć. Kręgi opozycyjne wobec Ninowej, których jeszcze nie udało się jej rozjechać biurokratycznym walcem, od ponad roku rozpaczliwie biją na alarm. Przewodnicząca jest jednak nieugięta i nawet wczoraj, po tym jak ujawniona została pełnia tragedii dla BSP, powiedziała dziennikarzom, że dymisja kierownictwa „nie jest brana pod uwagę”. I to skonstatowawszy przeszła do apokaliptycznych scenariuszy dla „bułgarskiej demokracji” jeśli frekwencja będzie utrzymywała się na tak niskim poziomie.

Ninowa, w swej trosce o zaangażowanie elektoralne obywateli, pomija jednak wygodnie pewien niezwykle ważny czynnik – siebie.

BSP od początku transformacji była fundamentem bułgarskiej demokracji. Tak, karłowatej i koślawej, ale jednak jakiejś tam, liberalnej demokracji. Tylko na pozór brzmi to paradoksalnie. To wszak jedyna partia, która funkcjonuje zgodnie z paradygmatami, które przewiduje dla takich organizacji obecny porządek ustrojowy. Jest to partia, która, jeszcze do niedawna, miała swój elektorat, a w nim stosowne segmenty: twardy i miękki. Miała program, którym sobie szczególnie nie zawracała głowy, ale jednak nim epatowała i w dużej mierze dzięki postulatom politycznym, a nie emocjonalnym, utrwalała swoją pozycję. Była też swoistym parasolem psychologicznym dla większości społeczeństwa, które już we wczesnych latach 90. zatęskniło za Bułgarską Republiką Ludową.

Żadna inna partia w najnowszej historii Bułgarii nie spełniała żadnego politologicznego kryterium; to były i są przypadkowe kluby, zbieraniny biurokratów (byłych i obecnych), bezpryncypialne, kompletnie niepolityczne, nastawione jedynie na wspólny wysiłek w rozgrabianiu wszystkiego co wytworzyła Bułgaria epoki Żiwkowa. Szczytem tej patologii z pewnością jest post-milicyjne bractwo mafijnych warchołów pod wodzą Bojko Borisowa, czyli partia GERB. Dodajmy – najukochańsza duszeńka Angeli Merkel i jej politycznego zaplecza, które faktycznie stworzyło tego potwora.

Tymczasem teraz Ninowa, swoim godnym lepszej sprawy uporem doprowadziła do tego, że rozpadł się nawet elektorat BSP. Oto najbardziej zagorzali i niekiedy bezmyślni popieracze tej partii nie wytrzymali tak silnego naporu prawicowej narracji, którą nie powinna ich przecież atakować „partia matka”. Dodatkowym elementem odstręczającym sympatyków i aktywistów jest ostentacyjna perfidia, którą Ninowa demonstruje wobec wewnętrznej opozycji. Kampanie oszczerstw i obelg, które uruchamia, mogą doprawdy służyć za wzór nawet pionowi prześladowczemu w polskim IPN-ie. Trudno powiedzieć, na ile kobieta ta zdaje sobie sprawę z szerszego kontekstu własnych działań, jednak fakt jest faktem – to jej postępowania najbardziej przyczyniło się do obniżenia frekwencji, gdyż zadała ona bardzo poważny cios własnemu elektoratowi, czyli najważniejszej dla „bułgarskiej demokracji” społecznej grupie. Teraz obsesją przewodniczącej BSP jest „gotowość do dialogu”.

Ma ona nadzieję, iż zwycięzcy wyborów, Bracia Kirił Petkow i Asen Wassilew (obaj są absolwentami Harvardu), bracia Harwardzcy, jak mówi się o nich w Bułgarii, zechcą z nią zasiąść do rozmów koalicyjnych. Po tym, jak sklejona przez nich na kolanie kolejna typowa bułgarska „partia” pod nazwą Kontynuujemy Przemiany (KP), wygrała wybory. Para ta deklarowała wszem i wobec, że gotowa jest do rozmów ze wszystkimi stronnictwami poza GERB i równie skompromitowanym Ruchem na Rzecz Praw i Swobód (DPS). Jest możliwe, że Ninowa jakoś zostanie zaangażowana w proces tworzenia rządu przez Harwardczyków, gdyż już wcześniej puszczali do niej oko. Między innymi wypowiadając słynną frazę o „osiąganiu lewicowych celów przy pomocy prawicowych instrumentów”. Był to, poza demonstracją ogólnej indolencji klasy politycznej w Bułgarii, wyraźny sygnał dla BSP, by ta zarzuciła walkę z „genderami”, ale by również powróciła na swoje najbardziej zdradzieckie pozycje z czasów wprowadzania podatku liniowego na początku wieku. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Bracia Harwardzcy to umacnianie i pogłębianie neoliberalnej dystopii w Bułgarii.

Porażka niczego nie nauczyła

To jednak dla Ninowej nie ma znaczenia. Liczy ona wyłącznie na to, że obiecując pełne poparcie dla nowego rządu skapnie jej, jeśli nie ministerialny, to choćby jakiś „ekspercki” stołek rządowy. Wówczas ogłosi się ona „zwycięzcą” i „wielkim strategiem”, który „wprowadził znów BSP do rządu”. Twierdzenie to będzie jednak prawdziwe jedynie w równoległej rzeczywistości, w której od dawna już funkcjonuje Kornelia Ninowa i jej klika. Tymczasem w świecie rzeczywistym jakość lidera politycznego determinują inne czynniki. W ciągu ostatnich 48 godzin Ninowej podpowiedziało to publicznie co najmniej kilku jej partyjnych kolegów, wzywając ją wprost do natychmiastowej dymisji. Jeden z nich, Anton Kutew, który pełni również rolę rzecznika rządu tymczasowego, również wystosował taki apel i dodał: „rezygnacja w tych okolicznościach jest aktem osobistej odwagi i dlatego podejrzewam, że Korelia Ninowa nie poda się do dymisji. Do tego potrzebna jest moralność i silna osobowość. Obu tych rzeczy przewodniczącej wyraźnie brakuje”.

Nie zabrakło jednak Ninowej determinacji do polowania na czarownice i wskazania kozła ofiarnego. Okazał się nim szef sztabu wyborczego BSP Kristian Wigenin. Cóż, porównując tę reakcję do postępowania liderów prawicowych ugrupowań. Trudno wobec takich okoliczności nie postawić tezy, iż bułgarska prawica ma kręgosłup moralny bardziej stabilny niż lewica. Np. Hristo Iwanow i Atanas Atansow szefujący zmieniającej ciągle nazwę kanapie bułgarskich liberałów Demokratyczna Bułgaria natychmiast wzięli odpowiedzialność za słaby wynik wyborczy swojej partii, choć zapewne to właśnie oni zostaną zaproszeni w pierwszej kolejności do rozmów koalicyjnych z KP. Nawet Krasimir Karakaczow, szef nacjonalistycznej z kolei kanapy pod nazwą WMRO, podał się do dymisji wraz z całym kierownictwem po tym, jak okazało się, że partia ta nie wprowadzi posłów do Zgromadzenia Narodowego.

Etyczne oceny i deliberacje są jednak dalece mniej ważne w tej chwili od ocen i wniosków o charakterze politycznym. Tych bowiem brakuje na całej bułgarskiej lewicy najbardziej. Są jednak w jej szeregach postaci szczególne, które wciąż dają najbardziej wytrwałym nadzieję. Jednym z takich ludzi jest bułgarska europosłanka o stabilnych socjaldemokratycznych przekonaniach i jedna z najbardziej aktywnych opozycjonistek wewnątrz BSP – Elena Jonczewa. Oto komentarz, który wygłosiła ona w rozmowie z dziennikarką portalu Baricada.org Kydrinką Kydrinową:

„My, ludzie lewicy, mamy obowiązek chronić BSP; nie możemy dopuścić, by partia ta została wypchnięta z przestrzeni aktywnej polityki. Lewica musi stanąć na czele fundamentalnych przemian w Bułgarii. Potrzebujemy władzy by reprezentować ludzi pracy i by ich chronić. To oczywiste, że z Kornelią Ninową u steru partii nigdy do tego nie dojdzie. Po wyborach 14 listopada przewodnicząca publicznie ogłosiła, iż kwestia jej dymisji nie była podnoszona w partii. Zatem, aby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, podnoszę ją teraz ja. Porażka partii jest dramatyczna, wynik tych i poprzednich wyborów nie pozostawia żadnych wątpliwości. Jedynym słusznym postępowaniem w takich okolicznościach jest dymisja kierownictwa, bez specjalnych próśb. Kompas moralny każdego polityka w taki okolicznościach wskazuje tylko jedną drogę – rezygnacji z własnej inicjatywy. Wyniki BSP pokazują – już po raz trzeci w ciągu tego roku – że zaufanie do kursu obranego przez kierownictwo partii drastycznie spada. Po tym, jak 11 lipca 2021 r. partia otrzymała tylko 370 tys. głosów, niektórzy myśleli, że gorzej już być nie może. W minioną niedzielę 14 listopada okazało się, że owszem może. Poparcie spadło poniżej 200 tys. głosów. Nie ma przywódcy partii europejskiej, który przy tak druzgocącym wyniku nie podałby się do dymisji. Lewica w Bułgarii nie zasługuje na takie upokarzające traktowanie. (…) W całej Europie rośnie znaczenie partii socjaldemokratycznych. W Bułgarii zaś Ninowa przekształciła BSP w partię konserwatywną, bliską nacjonalistom i pozostającą w zmowie, niekiedy dość oczywistej, z GERB. Twarz Ninowej, to nie jest twarz zmian, to twarz status quo. Od ponad roku ostrzegałam o niebezpieczeństwach wyborów politycznych, których dokonuje przywództwo partii. Przyjęcie przez Ninową odpowiedzialności za porażkę BSP nie osłabi pozycji tej partii w zbliżających się negocjacjach w sprawie nowego rządu. Wręcz przeciwnie – skutek będzie pozytywny, gdyż będzie to wyraźny sygnał dla ewentualnych partnerów, że BSP ma przyszłość i że jest odpowiedzialnym stronnictwem, które potrafi rozliczyć własnych liderów. Czas już doprawdy przerwać milczenie w BSP i powrócić do modelu i kultury politycznej, który daje nam siłę – do otwartej debaty, krytycznego myślenia, polityki socjalnej i postępowych rozwiązań. Nie możemy odkładać najważniejszej rozmowy – tej o głębokim kryzysie przywództwa, braku prawdziwych lewicowych idei, niezdolności do inspirowania wyborców i proponowania adekwatnych rozwiązań problemów. Dość udawania! Nie zreformujmy i nie zmienimy kraju, jeśli nie potrafimy zreformować własnej partii!”

Jonczewa kończy swój komentarz optymistycznie – twierdzeniem, iż bułgarska lewica pod sztandarem Bułgarskiej Partii Socjalistycznej – może wybić się na polityczną autentyczność i niezależność i stanąć na czele systemowych zmian w tym kraju. Optymizm ten wymaga naprawdę wielkiego samozaparcia, chęci do ciężkiej pracy i pogody ducha, których wypada życzyć każdemu lewicowemu działaczowi w Bułgarii w tych niezwykle ciężkich czasach.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Jak izraelska cyberarmia weszła do korpo-świata

Niewyraźna granica między sektorem wojskowym a prywatnym w Izraelu pozwoliła na rozkwit br…