Nieuzasadnione aresztowania, zniknięcia i morderstwa – represje prowadzone przez prezydenta Pierre’a Nkurunzizy, który niezgodnie z prawem sprawuje trzecią kadencję, w każdej chwili mogą przerodzić się w otwartą wojnę.

Eric M.  / Pierre Nkurunziza
Eric M. / Pierre Nkurunziza

Druga kadencja Nkurunzizy zakończyła się w kwietniu tego roku, nie rozpisał on jednak nowych wyborów i nie oddał władzy. Trwające od miesięcy protesty opozycji nie przynoszą żadnych rezultatów.

W połowie grudnia siły policyjne i wojskowe zamordowały 87 bezbronnych cywilów. Według oficjalnego komunikatu, podczas egzekucji stracono osoby odpowiedzialne za próbę zamachu na ośrodki wojskowe, jednak według świadków ofiarami były przypadkowe osoby, wśród nich także kobiety i dzieci. Od tego czasu nasiliły się aresztowania, porwania i zabójstwa. Według ONZ od kwietnia zamordowano co najmniej 400 osób, ponad 200 tys. zdecydowało się uciec z Burundi, obawiając się powtórki krwawego konfliktu z lat 1993-2005.

Opozycja antyprezydencka jest zróżnicowana etnicznie, ale po działaniach Nkurunzizy widać wyraźnie, że zmierza on do odnowienia konfliktu etnicznego na linii Hutu-Tutsi – najostrzejsze są właśnie represje wobec Tutsi. Grupa ta, stanowiąca ok. 15 proc. społeczeństwa Burundi, przez lata była faworyzowani przez belgijskich kolonizatorów, a po uzyskaniu niezależności przez Burundi dalej pełniła wyraźnie dominującą funkcję. W 1972, po próbie dojścia Hutu do władzy, w Burundi doszło do ludobójstwa na mniej zamożnej i wpływowej grupie etnicznej – kontrolowane przez Tutsi wojsko wymordowało ponad 200 tys. Hutu, w tym ojca obecnego prezydenta. Pierwsze wybory w Burundi odbyły się dopiero w 1993 roku, wygrał je Melchior Ndadaye, lider ugrupowania pro-Hutu. Ndadaye padł jednak ofiarą wojskowego puczu, który stał się początkiem trwającej 12 lat krwawej wojny. Nkurunziza brał w niej udział po stronie rebeliantów, reprezentujących Hutu. W konflikcie tym zginęło 300 tys. ludzi.

Obecnie interwencję podjąć próbowała Unia Afrykańska, bezskutecznie. Nkurunziza uważa, że jego władza jest legalna i nie zamierza rozpisywać następnych wyborów. Oświadczył, że jakiekolwiek siły pokojowe, które przekroczą granice kraju, zostaną potraktowane jako wrogowie Burundi i zaatakowane. Zaplanowane na środę rozmowy pokojowe, które miały się odbyć w sąsiedniej Tanzanii, zostały odwołane.

– Panuje atmosfera strachu i bezprawia – mówi Rachel Nicholson z Amnesty International. – Arbitralne i nieuzasadnione aresztowania, zniknięcia, porwania i morderstwa odbywają się na porządku dziennym – mówi. Nicholson w grudniu opuściła Burundi, podobnie jak wszyscy działacze organizacji broniących praw człowieka – zostali wyrzuceni przez prezydenta. Z kraju uciekają też dziennikarze, stąd informacji o tym, co się dzieje, jest coraz mniej. Alexandre Buja, przewodniczący związku dziennikarzy, opowiada, że już w kwietniu radio, gdzie pracował, zostało otoczone przez policję. – Nie pokazali żadnego nakazu, po prostu kazali nam się wynieść – opowiada. – Kilkoro moich kolegów zostało pobitych, nie mieliśmy innego wyjścia – mówi. Buja po tym, jak do jego mieszkania wrzucony został granat, zdecydował się wraz z rodziną uciec do Rwandy.

[crp]
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Chiny: państwo nie pozwoli miliarderowi na rozrzutny tryb życia

Bardzo ciekawy wyrok zapadł wobec twórcy konglomeratu HNA Group Chen Fenga. Bogacz uchylał…