Site icon Portal informacyjny STRAJK

Czy Grudinin pomoże Putinowi?

https://vk.com/id8244651?z=photo8244651_283038721%2Fphotos8244651

Wygląda na to, że na wyborach prezydenckich frekwencja będzie nie tyle głównym, co jedynym problemem. I administracja obecnego prezydenta odczuwa z tego powodu jawny dyskomfort. W tym właśnie kontekście trzeba rozpatrywać wysuniecie przez Komunistyczną Partię Federacji Rosyjskiej jako kandydata na prezydenta milionera i przedsiębiorcy Pawła Grudinina.

Pawieł Grudinin / fot. http://sovhozlenina.ru/руководство/

Choć szerokiej publiczności nazwisko Grudinina niewiele mówi (poziom jego rozpoznawalności jest nieco niższy niż 1 proc.), to w polityce na pewno nie jest on nowicjuszem. Właściciel 42 proc. akcji wielkiego podmoskiewskiego rolniczego holdingu pod dumną nazwą „Sowchoz im. Lenina”, zdążył już być okręgowym deputowanym z ramienia Jednej Rosji, zaufanym człowiekiem Władimira Putina, pozującym z Władimirem Żyrinowskim, opowiadał dziennikarzom, że jest za takim socjalizmem, który dzisiaj istnieje w Niemczech. Nie budzi więc zdziwienia, że dla urzędników z administracji prezydenta taki „lewicowy” kandydat jest atrakcyjny. Po tym, kiedy stało się jasne, że kandydatura Kseni Sobczak bardziej odpycha niż przyciąga wyborców, pojawiła się pilna potrzeba poszukiwania nowej przynęty. Czasu zostało mało a i wariantów nie ma w nadmiarze. Przecież musi pojawić się nie tylko kandydat, gotowy udawać polityczną opozycję, ale jeszcze i taki, który w żadnym wypadku nie zerwie się ze smyczy. Człowiek nie tylko zaufany, ale i pozostający pod pełną kontrolą. Grudinin nadaje się do tej roli.

Wysuniecie kapitalisty z ramienia partii nazywającej się komunistyczną już nikogo nie dziwi, takie rzeczy wciąż się zdarzają na poziomie regionów. Ale problem nie tylko w klasowym pochodzeniu kandydata z ramienia KPFR (w końcu historia zna przypadki przedstawicieli burżuazji, którzy poświęcali interesy swojej klasy, wspomnieć można choćby Engelsa czy moskiewskiego fabrykanta Szmidta). Ale Grudininowi daleko do Engelsa. I, co najważniejsze, wszyscy doskonale wiedzą, że we współczesnych rosyjskich warunkach występować przeciwko władzy na poważnie – to znaczy ryzykować swoim biznesem. Grudinin na to nie pójdzie, sam przecież podkreśla, że występuje jako „przedsiębiorca” a nie jako polityk. Będzie całkowicie pod kontrola administracji, nawet bardziej niż Ziuganow, którego jeszcze coś tam łączy z partyjnymi kadrami. A Grudinin nie jest członkiem partii. I nawet jeśli w rezultacie jego kampanii wyborczej partia zjedzie w dół w rankingach, to już nie jego problem.

Sama KPRF rozdzierana jest ostrymi przeciwnościami, przy czym wielu oponentów kierownictwa nie prezentuje wspólnego stanowiska, jednoczy ich jedynie negatywny stosunek do postaci Giennadija Ziuganow, z którym wiążą wszystkie porażki i klęski ostatnich lat. Doświadczony aparatczyk doskonale wyczuł skąd wieje wiatr. Wysunąwszy zamiast siebie Grudinina, pozbawił partyjną opozycje zębów. Wszyscy doskonale rozumieją, że KPRF nie będzie walczyła o władzę, wysuniecie innego kandydata niczego nie zmienia, ale przyczyna niezadowolenia została usunięta. Nie chcieliście Ziuganowa? Proszę bardzo, do wyborów pójdzie nie-Ziuganow.

Z punktu widzenia kremlowskich polittechnologów wszystko wyszło w jak najlepszy sposób. Bunt w KPRF, który groził przekształceniem tej partii w coś w rodzaju opozycji został stłumiony, zanim się jeszcze rozpoczął. Niezadowoleni podczas tajnego głosowania rzucali czarne kule, potem narzekali w palarni, a potem spuścili głowy i rozjechali się po domach. A konferencja prasowa i hasła „nowego człowieka” Grudinina choćby w jakiś sposób ożywiają temat wyborów pozbawionych alternatywy. Alternatywa się oczywiście nie pojawi, ale pojawi się choć jakaś nowa twarz. W tym sensie mała rozpoznawalność kandydata to raczej plus niż minus.

Bilbord zachęcający do udziału w wyborach prezydenckich, Moskwa, grudzień 2017 r. Władze walczą jak mogą o frekwencję / fot. Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Niestety, to nie wystarczy na całą kampanię wyborczą. Zainteresowanie „nową twarzą”, która nie przedstawi nowych idei ani programów, jest niezdolna do przeprowadzenia masowej politycznej mobilizacji, dość szybko się wyczerpie i znudzi. Informacyjny efekt wysunięcia Grudinina już następnego dnia przyćmiły wiece zwolenników Nawalnego, które przeszły przez cały kraj mimo obowiązujących zakazów.

Nawalny też oczywiście nic nowego ani oryginalnego nie proponuje, ale choćby mówi o tym, co dla władzy jest nieprzyjemne, prowokując ją do nerwowych reakcji, w ten sposób stawiając się na pozycji jedynej alternatywy. W odróżnieniu od pozostałych, naprawdę walczy o władzę, prowadzi kampanię. Jeśli go nie dopuszczają, to oznacza, że jest jedynym, kogo władza się boi i do kogo odnosi się jak do poważnego przeciwnika. Jeśli go jednak dopuszczą, to będzie wyraziste zwycięstwo już na samym starcie, choć to mało prawdopodobne. (Kandydatura Aleksieja Nawalnego nie została ostatecznie dopuszczona do wyborów przez Państwową Komisje Wyborczą – przyp. MW)

Scenariusz wyborów jest mniej więcej jasny. Niejasne jest tylko jedno: czy urzędnicy potrafią przekonać ludzi, by pojawili się przy urnach?

W tej sytuacji największym błędem, jaki mogą popełnić ludzie, nazywający się lewicą, jest uczestnictwo w tej oszukańczej grze, przyjście na wybory i przekonywanie innych, pomaganie administracji w rozwiązaniu jej problemu. Pożytku z tego, nawet dla władzy, z tego nie będzie. Wyborcy nie zmienią swoich przekonań nawet wtedy, kiedy parę osób, których oni znają jako radykałów, pojawi się na wiecach KPRF i pomacha swoimi flagami. Uczestnicy takich manifestacji tylko sami się kompromitują. Wypada zgodzić się z Konstantinem Sieminem, który dość cynicznie ocenia sytuację: „Wydaje się, że ten numer im wyjdzie. Dlatego komunistyczna propaganda powinna pracować nad zniszczeniem iluzji o „cudownym ozdrowieniu” społeczeństwa. Żaden „swój chłop” niczego nie poprawi. Degradacja świadomości klasowej, nadzieją na „swojego chłopa” obecnie to główny wróg komunisty. I główny wróg samego chłopa”.

Oczywiście, kierownictwo KPRF może robić, co chce i co uznaje za potrzebne. Szkoda tylko, że media wiążą wysunięcie Grudinina z jego sukcesem w badaniu opinii przeprowadzonym na stronie internetowej Lewego Frontu i nazwanej tam „ludowymi prawyborami”. Niestety, z prawdziwymi prawyborami nie miało to wiele wspólnego – nie było ani debat, ani dyskusji, ani spotkań z wyborcami, ani osobistej rejestracji głosujących, ani kampanii. Głosujących w pierwszej turze na Grudinina było mniej niż dwa i pół tysiąca (niewiele wiemy, co to za ludzie i jaką część z nich stanowią, na przykład, pracownicy jego holdingu?). Zauważmy, że kierownictw KPRF początkowo zablokowało uczestnictwo wielu swoich polityków w prawyborach i praktycznie zerwało je. Dlatego też obecnie powoływać się na rezultaty tego sondażu jest absolutnie błędne.Wymagać od lewicy poparcia Grudinina na tej podstawie będzie co najmniej dziwne.

Czy to oznacza, że trzeba popierać bojkot wyborów? Niewątpliwie. To jest jedyne, co może przeszkadzać kremlowskim polittechnologom. Ale jak i kiedy rozpoczynać własną kampanię – oto jest pytanie. Jak zrobić tak, by grając przeciwko władzy, nie poprzeć Nawalnego?

Mityng Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, Moskwa 2012 r. / fot. Wikimedia Commons

Uważam, że to jedyny sposób, by zdemaskować i ośmieszyć wybory oraz demagogię Nawalnego jednocześnie. Wezwanie do bojkotu powinno zabrzmieć zaraz po ostatecznej rejestracji kandydatów, gdy stanie się jasny fikcyjny charakter całego przedsięwzięcia. Nie powinno być żadnych złudzeń: wygrać tego wyścigu nie możemy. W marcu 2018 r. nie staniemy się nagle bardziej popularni ani silniejsi. Ale jeśli teraz nie zajmiemy pryncypialnej i uczciwej pozycji, to ryzykujemy potężne osłabienie. Problem nie w tym, co zyskamy, tylko co możemy stracić.

Stracić możemy najważniejsze – autorytet, reputację, szacunek do samych siebie i szansę aktywnie uczestniczyć w kolejnych wydarzeniach, kiedy skala obecnej hańby stanie się oczywista.

Za każdym razem, kiedy słychać wezwania do bojkotu fałszowanych wyborów, pojawia się mnóstwo miłych ludzi, którzy udowadniają nam, że nawet w takiej farsie trzeba uczestniczyć, ponieważ „wasz głos wykorzystają bez was”. Spokojnie, panowie. Zrobią to i tak. Problem w tym, czy zrobią to z waszą pomocą czy bez niej. Można głosować nawet na Myszkę Miki, można zabierać lub niszczyć karty do głosowania, to bez znaczenia. Urzędnicy chcą tylko otrzymać od was wasz podpis i wasze dane osobowe. A kart mogą w ogóle nie liczyć. Porażające, że ten oczywisty w aspekcie ostatnich lat fakt jest i tak zbyt trudny do zrozumienia przez niektórych. Liczy i tak samo sobie narysują. Po prostu, jeśli przyjedziecie na głosowanie, ułatwicie zadanie rysownikom.

Jedyne, co można zrobić, kiedy zderzacie się z szulerką, to ją zdemaskować. Jedyna rola, jaką może odegrać lewica na podobnych wyborach, to rola przedstawicieli kontroli społecznej, obserwatorów, zajętych uczciwym ustalaniem frekwencji, by potem oszustom z władzy pokazać prawdziwe liczby i żądać od nich odpowiedzi. To niełatwe zadanie. Ale przynajmniej ma sens.

Borys Kagarlicki, radziecki dysydent, socjolog, lewicowy rosyjski publicysta. Materiał ukazał się na stronie www.rabkor.ru. Tłum. Maciej Wiśniowski

Exit mobile version