Site icon Portal informacyjny STRAJK

Czy PiS zlikwiduje podatkowe przywileje dla najbogatszych?

Wydaje się to mało prawdopodobne, choć uwagę zwracają słowa ministra Henryka Kowlaczyka. W wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej stwierdził m.in.: „jest decyzja polityczna, by nie było podatkowego uprzywilejowania najbogatszych”.

Henryk Kowalczyk / wikipedia commons

Obecna władza nie odstąpiła w kategoryczny sposób od kultury opartej na fałszywym etosie polskiego przedsiębiorcy nieustannie torturowanego przez państwo i jego instytucje. PiS nie przełamał także społecznej zapaści wynikającej z niemal totalnej likwidacji systemu wsparcia socjalnego. Niemniej, należy uczciwie przyznać, iż w swych zapędach ku porządkowaniu i podporządkowaniu struktur oraz dla stabilizacji powszechnego poparcie Kaczyński i Szydło dokonali co najmniej jednego ważnego kroku wprowadzając program Rodzina 500 plus, który zdaniem dr. Ryszarda Szarfenberga – lewicowego socjologa – może wydobyć ze skrajnej biedy nawet półtora miliona osób. Czy obecne zapowiedzi Henryka Kowalczyka to także rykoszet czyszczenia rozlicznych polskich stajni Augiasza?

Możliwe. Kowalczyk jest szefem Stałego Komitetu Rady Ministrów i jest odpowiedzialny za prace nad tzw. jednolitą (jedną) daniną. Chodzi o to, aby odprowadzane na rzecz państwa sumy przez osoby zatrudnione i zatrudniające, tudzież osoby fizyczne i osoby prawne nie były podzielone na wiele segmentów i osobno kierowane do poszczególnych instytucji, lecz aby stanowiły właśnie jednolitą daninę. To jednak nie koniec zmian. Kowalczyk zapowiedział również modyfikacje w skali podatkowej.

– Stawek ma być kilka – cztery, pięć. Minimalna 19,5 proc., a maksymalna około 40 proc., łącznie z ZUS-em – powiedział PAP minister – i dodał – więc to będzie niski podatek.

Faktycznie oznaczać to może – w ostatecznym rozrachunku – zmniejszenie obciążeń dla osób o najwyższych dochodach. Niemniej, Kowalczyk broni swojej deklaracji o „likwidacji uprzywilejowania” w następujący sposób.

– Osoby zarabiające od 120 tys. zł brutto rocznie teraz płacą znacznie mniej. W tej chwili od tego progu zaczyna się uprzywilejowanie – podatnicy przestają płacić składkę na ZUS, a my nie chcemy, żeby to uprzywilejowanie pozostało, chcemy to wyrównać. Jednak maksymalne obciążenie będzie wynosić ok. 40 proc., podczas gdy obecnie maksymalne obciążenie to ok. 60 proc. Dotyczy ono grupy, która płaci 32-proc. PIT, a do tego składkę ZUS, rentową, wszystkie dodatki, co w sumie daje ok. 60 proc.

Tłumaczenie dość pokrętne, jednocześnie Kowalczyk puentuje ten wywód w następnym zdaniu.

– Zarazem obciążenia z tytułu ZUS dla drobnych przedsiębiorców spadną z obecnych 1200 zł do ok. 500 zł.

Z gmatwaniny, którą przez cały wywiad Kowalczyk próbuje zaznajomić dziennikarza PAP i Czytelników, jasno wynika, iż pomysłodawcom i architektom tej ustawy cały czas towarzyszy idiotyczny paradygmat nadzwyczaj ostrożnego postępowania z tzw. przedsiębiorcami wykreowanymi na swoiste genetyczne skrzyżowanie księżniczki uwieranej przez ziarnko grochu i hipstera ze stołecznego pl. Zbawiciela, którego poszarpana fabrycznie koszula za 600 zł pije pod pachami, co czyni komfort picia latte przygotowanego na mleku z orzechów macadamia o wiele niższym od spodziewanego. O ile wprowadzenie rzeczonej jednolitej daniny może być ważnym krokiem porządkującym rzeczywistość ekonomiczną i da rządowi o wiele większą elastyczność w dysponowaniu środkami budżetowymi, to fiksowanie się na konieczności wykorzystania tego do kolejnych ukłonów w stronę biznesu świadczy o tym, iż odejście Szałamachy, uznawanego za czołowego neoliberała w rządzie Beaty Szydło mogło być przypadkowym kadrowym przesunięciem bez żadnego symbolicznego wymiaru.

Exit mobile version