Od początku pandemii koronawirusa poparcie dla wielu światowych rządów znacznie wzrastało. Powodem tego zjawiska był znany w politologii efekt flagi – wyborcy skłaniają się do sprawdzonych rozwiązań w czasach kryzysu. Gdy okazało się, że walka z pandemią nie jest prosta, a COVID-19 jest z nami prawie od roku, tylko nielicznym rządom udało się utrzymać rekordowo wysokie poparcie. Do tego grona należy lewicowy rząd Danii, kierowany przez Mette Frederiksen.

Socjaldemokraci w kwietniu zeszłego roku zaczęli notować wyniki oscylujące w granicach 35 proc. poparcia. W państwach nordyckich, gdzie od lat scena polityczna jest bardzo zbalansowana, a elektoraty wierne, był to dowód na to, że mieszkańcy Danii naprawdę zaufali lewicowemu rządowi. Ku Socialdemokratiet zwracać zaczęli się coraz częściej wyborcy innych partii – najczęściej centrystów i umiarkowanej prawicy. Przyczyną tych zmian w elektoracie jest głównie silna i zdecydowana polityka Mette Frederiksen, pełniącej urząd prezesa rady ministrów. Premierka cieszy się bardzo dużą popularnością, nawet wśród zwolenników innych ugrupowań.

Frederiksen utworzyła swój rząd wyłącznie z członków centrolewicowej, proeuropejskiej Partii Socjaldemokratycznej (na załączonych wykresach A). Rząd wspierają jednak inne, mniejsze partie, w tym socjaliści oraz ugrupowania ludności inuickiej na Grenlandii. Największą partią opozycyjną do niedawna było Venstre – choć nazwa tej formacji w dosłownym tłumaczeniu oznacza „lewicę”, to jest ona de facto ugrupowaniem konserwatywno-liberalnym. W wyborach z 2019 roku liberałowie ci zdobyli jedynie o dwa i pół punktu procentowego mniej głosów, niż Socjaldemokraci.

Dziś poparcie dla Venstre, partii współpracującej w Unii Europejskiej m.in. z .Nowoczesną nieustannie spada. Gdyby wybory odbyły się dziś, to konserwatywni liberałowie mogliby liczyć na zaledwie 9.2 proc. głosów. To najniższy wynik nie tylko w historii pomiarów, ale od samego założenia partii, istniejącej w obecnym kształcie na duńskiej scenie politycznej od 1910 roku. Spadek znaczenia Venstre wynika przede wszystkim z utraty zaufania wyborców do tej głównej siły opozycyjnej. Ponadto, od 2015 w duńskiej polityce działa nowe ugrupowanie, znacznie bardziej dosadne w prawicowym przekazie. W wyborach z 2019 roku Nye Borgerlige zdobyło zaledwie 2.4 proc. głosów. Pozwoliło to na wprowadzenie 4 posłów do duńskiego parlamentu – Folketingu. Grając na sentymentach antymuzułmańskich i nacjonalistycznych przez ostatnie dwa lata stabilnie zyskiwali poparcie. Opowiadają się nie tylko za całkowitym ograniczeniem imigracji, ale także za opuszczeniem Unii Europejskiej. Wpisują się w nurt nordyckiej skrajnej prawicy, która zyskuje na poparciu po kryzysie migracyjnym z połowy minionej dekady. Gdyby wybory odbyły się dziś, to Nye Borgerlige mogłoby liczyć na prawie 12 proc. głosów, co byłoby rekordem poparcia dla tej partii.

Linus Folke Jensen, duński korespondent Europe Elects w rozmowie z Portalem Strajk wskazuje, że gdyby lewica zdecydowała się na doprowadzenie do przyspieszonych wyborów parlamentarnych, to mogłaby odnieść mocne, strategiczne zwycięstwo. Wyniki sondażowe zarówno Socjaldemokratów, jak i innych partii z pogranicza lewicy są bardzo dobre. Jednocześnie przedterminowe wybory mogłyby zatrzymać wzrost znaczenia skrajnej prawicy. Ostatnie badanie sondażowni YouGov wskazuje, że dziś Socialdemokratiet miałoby przewagę 20 punktów procentowych nad drugą formacją – centroprawicową Konserwatywną Partią Ludową.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Kobiety znowu wyszły na ulice. Na Manifach domagały się pełni praw i wyższych płac

Międzynarodowy Dzień Kobiet dopiero 8 marca, ale przez niektóre miasta Polski już przeszły…