Site icon Portal informacyjny STRAJK

Dlaczego Rafał Woś jest klasistą

Rafał Woś spaceruje po pociągu. Zagląda do przedziału, wzdycha rozczarowany, zasuwa drzwi. Idzie dalej. Tak mijają redaktorowi kolejne kilometry i wagony.

Co się dzieje? Dokąd zmierzasz, Rafale?  Czyżby zapracowany publicysta nie zdążył zakupić miejscówki? Skądże. Rezerwacja na pierwszą klasę wystaje z kieszeni jego eleganckiej marynarki, zwinięta w rulon z najnowszym numerem „DoRzeczy”. Redaktor Woś szuka czegoś więcej.

Wreszcie, zrezygnowany rozsuwa ostatnie drzwi w składzie. Uderza go smród. Nie dość, że napierdziane, to jeszcze zajeżdża jak z gorzelni. Przy oknie wytatuowany mężczyzna, stojąc w butach na siedzeniu, kopci szluga. Jego kolega, ten z kolei bez butów, bo za ciepło mu było, wycina nożem sprężynowym eLkę na ściance. Z włączonego na pełen regulator głośniczka JBL wydobywa się głos wokalisty Honoru. Po podłodze rozlewa się struga nieznanej cieczy.

Twarz redaktora się rozjaśnia. Pod wąsami pojawia się uśmiech. Rafał Woś rozsiada się wygodnie, zdejmuje okulary, przymyka oczy, zanurza się w poezji zapachu. Wstrzymuje oddech, jakby chciał zachować w sobie ten aromat na zawsze, albo przynajmniej do momentu, gdy zasiądzie wieczorem, przed laptopem, w swoim 100-metrowym bielańskim apartamencie, by dopieścić nasze umysły kolejną publikacją.

Rafał Woś karmi się widokiem siejących strach i wandalizm. Kiedy bandziory biją po głowach piłkarzy, redaktor zaleca oddanie im klubu we władanie. Kiwa głową z uznaniem, gdy skrajna prawica krzyczy o Polsce wolnej od migrantów. Mlaszcze nad rozsądkiem wyborców Donalda Trumpa i Jarosława Kaczyńskiego. Redaktor Woś lubi wyraziste i autentyczne. Jak każdy koneser. Redaktor jest bowiem smakoszem klasy ludowej. A dokładniej – własnego wyobrażenia na temat ludu i jego zwyczajów.

Dla redaktora lud jest ludem, gdy przejawia zachowania charakterystyczne dla prawicowego kodu kulturowego – jest niechętny obcym, religijny, konserwatywny, skłonny do agresji i miłujący własną prostotę. Tak więc, drogi czytelniku, jeśli harujesz na trzech śmieciówkach, wynajmując mieszkanie za dwa koła, lecz w twoim światopoglądzie jest miejsce na wspieranie praw kobiet, migrantów czy osób LGBT, to dla pana redaktora Wosia nie jesteś z ludu czy klasy pracującej, a jesteś libek-wielkomiejskie panisko. Gdy prawicowa władza i jej bojówki będą deptać ci po twarzy, redaktor Woś odwróci wzrok, by po chwili wysmażyć kolejny fantazmat o ludowej racji.

Rafała Wosia nie obchodzi to, kim naprawdę jest „zwykły człowiek” – co czuje, co go niepokoi, co jest dla niego ważne, jakie zestawy poglądów łączy. Jest klasistą-turystą ujeżdżającym na safari po sawannie własnych fantazmatów. Jego obraz klasy ludowej, przepełniony radykalnymi formami, nijak mającymi się do realiów życie codziennego w tym kraju, jest w istocie głęboko obraźliwy dla tych, w których imieniu zdaje się wypowiadać. Obraz ten tworzy na bazie chorobliwej ludomanii, a także własnego doświadczenia odrzucenia przez progresywną elitę –  ślad po rozstaniu z tygodnikiem Polityka. Jego krytyka społeczna, rzekomo umocowana na marksowskim prymacie bazy nad nadbudową, jest larpowym odbiciem lewicowej polityki tożsamości – ocenia twój styl życia i poglądy obyczajowe, nie to, gdzie się znajdujesz w kapitalistycznej hierarchii.

Wzorem formacji takich jak włoska Casa Pound czy polskich Autonomicznych Nacjonalistów Woś klasyfikuje każdego akceptującego różnorodność i odrzucającego konserwatyzm jako liberała, nie rozumiejącego „prawdziwego ludu”, nawet jeśli taka osoba stawia za kluczową kategorie równości ekonomicznej. Jednocześnie redaktor działa jak katalizator – chłonie wszelkie miazmaty prawicowej patologii, a następnie emituje je w kierunku lewicy, rzekomo prawdziwe i ludowo piękne.

 

 

Exit mobile version