O skomplikowanej sytuacji świata, opóźnionej Polsce i bezmyślnej lewicy strajk.eu rozmawia z prof. Mirosławem Karwatem, kierownikiem Zakładu Filozofii i Teorii Polityki Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem Komitetu Nauk Politycznych PAN.

– Panie Profesorze, znajdujemy się w szczególnym momencie. Stary świat się kończy, padają trwałe, wydawałoby się, wartości i pojęcia. Ale co się zaczyna? Tego, jak się zdaje, nie wiemy. Próbował Pan choćby sam sobie odpowiadać na to pytanie?

– Nie będę odkrywczy, ale z pewnością porządek liberalny zachwiał się podwójnie: gospodarczo i społecznie. Nie tylko bowiem recepty gospodarcze na podział dóbr, na przyspieszenie rozwoju społecznego, na dobrobyt okazały się krótkowzroczne. Potwierdziła się po raz kolejny prawda, że kapitalizm jest bardzo dynamicznym ustrojem, ale za cenę marginalizacji najpierw, jak się wydawało, tylko pewnej części społeczeństwa, ale z czasem okazało się, że tym zagrożona jest większość. Afery finansowe na Wall Street udowodniły, że w gruncie rzeczy bardzo wąska grupa ludzi ma w swoich rękach wszystko i może na dodatek czuć się bezkarnie. „Zbyt wielcy, by upaść”; a mniejszych naprawdę czeka bankructwo.

– A co z klasą średnią, która miała być motorem wszelkiego postępu?

– Mityczna klasa średnia, ba, menadżerowie, przyzwyczajeni do wielkich apanaży i do poczucia bycia władcami świata, nagle przekonali się, że nawet oni nie mają gwarancji bezpieczeństwa. Ale w najgorszej sytuacji są zwykli ludzie pracy najemnej. Praca – ten fundament ludzkiej egzystencji, poczucia godności i wartości własnej – wciąż ulega degradacji i alienacji. Rób byle co, za byle jakie wynagrodzenie, byle się jakoś utrzymać, i ciesz się, że w ogóle coś „złapałeś”. Stałe miejsce i stałe warunki pracy -dotychczas podstawa planowania przyszłości dla siebie i dla swoich dzieci, stabilizacji zawodowej, dorobku – zaczyna być uważana za przeżytek i fanaberię. „Zapomnij bracie o etacie”. W imię dobrobytu bardzo nielicznych utracjuszy, pasożytów, buduje się świat, w którym nikt nie jest pewny, co będzie robił i z czego będzie żył za lat nawet nie dwadzieścia, ale już za pięć, gdzie nikt nie jest pewien, czy otrzyma emeryturę, a najnowsze projekty rządu PiS wskazują na to, że ileś osób w majestacie prawa zostanie pozbawionych źródeł utrzymania. Zatem nikt nie powinien mieć wątpliwości, że stary porządek oparty na życiowej stabilności się skończył.

Wielkie humanitarne zdobycze – prawa człowieka i wolności obywatelskie nadal mają tyle treści, ile wynosi stan konta. Marksowskie i marksistowskie przestrogi, że w społeczeństwie burżuazyjnym demokracja i wolność jest bardziej dla kapitału niż dla reszty społeczeństwa, jeszcze do niedawna uważano za dogmatyczną bzdurę i anachronizm. Teraz poniewczasie odkrywa się ich klasowy kontekst, przezornie jednak bez przypomnienia źródła. Wszystkie te wolności były i są dostępne dla tych, którzy mają środki na korzystanie z nich. Wolność prasy jest dobrodziejstwem, ale na czym polega? Każdy może założyć i wydawać gazetę (o ile go na to stać), każdy może czytać i porównywać co chce – z przebogatej oferty medialnej, o ile wydatek na gazetę, nie mówiąc już o książce, nie jest dla niego zbytkiem, o ile jego czas wolny jest proporcjonalny do jego dochodów. Wolność zgromadzeń jest dostępna dla każdego, jeżeli stać go na wynajęcie stadionu, sali i nagłośnienia. Trzeba wyjątkowej ślepoty, żeby nie widzieć albo hipokryzji, żeby udawać, że się nie widzi tego, że bariery podziału dóbr powodują orwellowski podział na równych i równiejszych. Ale liberałowie w Polsce jeszcze dzisiaj upierają się, żeby tego nie widzieć.

– A Komitet Obrony Demokracji nie jest formą przebudzenia klasy średniej?

– Na pozór tak. Popatrzmy na przekrój społeczny uczestników protestów. Są wśród nich klasyczni inteligenci – najemni lub wolnych zawodów oraz ludzie utrzymujący się z różnych usług, działalności rzemieślniczej. Wśród nich ci, których gospodarka neoliberalna wypchnęła z etatu na samozatrudnienie, w jednoosobowe firemki. A kogo nie ma? Związkowców – jako reprezentantów produkcyjnej czy usługowej pracy najemnej. Za tymi obrońcami demokracji (choć są wśród nich i zwykli ludzie) nie pójdą młodzi, którzy jeszcze 5 lat po studiach nie mają widoków na pracę, ani pracownicy zakładów i instytucji publicznych doświadczający rozkoszy cięć budżetowych, widma upadłości – zwłaszcza, gdy na estradzie KODu widzą tych, których dopiero co pogonili.

– Demokracja, obowiązkowo z przymiotnikiem liberalna, jednak się chwieje.

– Mamy istotnie definitywne podważenie demokracji liberalnej. Okazało się to szokująco proste. Wszystkie instytucje, które, wydawałoby się, gwarantują wszystkim równoprawność, ochronę praw,
zaskakująco łatwo zostały podważone.

– A co nadchodzi po tej formie demokracji?

– Prawdopodobnie po paru latach zamieszania powstanie ustrój fasadowo demokratyczny. Kłaniają się latynoskie i afrykańskie oligarchie (tudzież… ukraińska), a teraz Turcja i Węgry, w których owszem, funkcjonują formalne instytucje demokracji, ale i tak wiadomo, kto naprawdę rządzi i czy musi się liczyć z kontrolą społeczną. Być może czeka nas nawet kilkanaście lat, może i więcej, funkcjonowania – pod szyldem demokracji – rządów autorytarnych opartych na mechanizmie paternalizmu i klientelizmu, odwołujących się do populistycznej, a nie demoliberalnej legitymacji.

– W Polsce też?

– Tak. Wprawdzie jestem optymistą i sądzę, że PiS przewróci się na własnych błędach, na rozmachu, który przerośnie tę partię i Wodza. Ale kapitał przyzwolenia społecznego, odświeżany dawkami „marchewki” pozwoli przedłużyć czas tej quasi-rewolucji, zwłaszcza, że marchewka dla jednych pozwala na kij dla innych. Polityka masowych czystek i ustawiania swoich ludzi na lukratywnych posadach jest możliwa dzięki neutralizacji zwykłych ludzi programem 500 +. Bierz forsę i nie zadawaj niepotrzebnych pytań. Zmiany narzucone polityką PiS – klerykalizacja, ksenofobia, ideologiczna uniformizacja szkolnictwa i mediów, kumulacja władzy arbitralnej zamiast podziału i wzajemnej kontroli władz – nie będą łatwe do odwrócenia, a jeden skutek tych rządów z pewnością okaże się trwały. Mianowicie: poszerzenie zasięgu apatii politycznej lub politycznego indyferentyzmu zwykłych obywateli, utrwalenie oligarchicznego charakteru polityki, choćby pod hasłami powrotu do liberalnych wzorców demokracji. Wątpię też w zdolność kolegów lub następców Schetyny do praworządnego rozliczenia nadużyć władzy i naruszeń Konstytucji. Tak czy inaczej prawdopodobna jest ewolucja systemu w kierunku demokracji sterowanej, suwerennej czy jak tam jeszcze się nazywa. Ta tendencja nie przypadkiem właśnie zwycięża wokół Polski i my jej też doświadczamy.

– Czy to jest groźne? Bo może skuteczne?

– Skuteczne tylko z punktu widzenia partykularnego interesu rządzących. Im jest wygodnie, jeśli rządzeni nie są zbyt myślący. To znakomita pożywka dla rządów autorytarnych. Mogą przybierać różne formy: „demokratura” o obliczu tyleż manipulacyjnym, co represyjnym, ale równie dobrze menadżeryzm, rządy technokratyczne, fetyszyzujące socjotechniczną sprawność bez oglądania się na koszty społeczne i opór społeczny, bardzo brutalne w decyzjach ekonomicznych, ale pomysłowe w manipulacji indoktrynacyjno-medialnej. Przedsmak tego dały już rządy Platformy. „Pałka w szmatce”: wydziedziczanie, pozbawianie źródeł utrzymania ludzi, ale i całych regionów. Już teraz spełnione są wszystkie warunki do „demokratury”. Formalnie wolne wybory, może nawet uczciwe w tym sensie, że nikt ich nie fałszuje, bo nie ma takiej potrzeby, bo ludzie zostali urobieni przez sieczkę informacyjną w mediach, katechezę, patriotyczne nabożeństwa i szkolne wychowanie w kulcie męczenników.

– Czarno Pan rysuje. Coś jest temu w stanie przeszkodzić?

– Barierą dla odwrotu od tej sytuacji jest narastający rozziew dwóch światów: świata ludzi wykształconych i „światowych” oraz świata ludzi „prostych”, którzy są nie tyle ciemni i niekształceni, ile pozbawieni nawyku myślenia krytycznego, samodzielnego, dokonywania wyboru, a nastawieni na konformizm. Wielu „wykształciuchów” wspiera dziś obskurantyzm z powodu osobistych frustracji i kompleksów oraz okazji do awansu za gorliwość. Młodzi, kształceni masowo w chałturniczych szkołach prywatnych i uniwersytetach, które stały się fabrykami dyplomów, uczą się tam konformizmu i kombinowania, a nie etosu pracy, profesjonalizmu i dociekliwości. Wyszukane słownictwo, jakiego używa się w indoktrynacji na poziomie szkół wyższych często uwzniośla naukę egoizmu, sobkostwa i pogardy dla tych, którym się nie powiodło. Czy to nie jest zastanawiające, że kolejne pokolenia młodych ludzi głosują na Korwina Mikke? Albo na jego sezonową mutację – Kukiza? Na drapieżny socjaldarwinizm podszyty teraz nacjonalizmem? Dwie połowy naszego społeczeństwa nie są w stanie ze sobą rozmawiać, bo ich kompetencja kulturowa jest inna, ich mentalność jest niekompatybilna.

– Wydawałoby się, że wyższy poziom materialnego życia sprzyja rozwojowi, również intelektualnemu.

– W gruzach legło jedno z założeń „optymizmu pedagogicznego” – o tradycji starej, poczynając od Sokratesa (że uświadamianiem można wyleczyć z przesądu, głupoty), ugruntowanego w epoce Oświecenia i w nurtach światłego liberalizmu oraz lewicy. Tego zresztą nie rozumieją współcześni liberałowie we Polsce, nadal wierząc w siłę perswazji, edukacji. Od czasów Oświecenia postępowi ludzie wmawiali sobie, a i ja sam bardzo długo w to wierzyłem jako marksista, a coraz bardziej z tym złudzeniem się rozstaję, że kiedy wyciągniemy ludzi ze stanu nędzy, poniżenia, ogłupienia, zapewnimy im godną pracę, uczynimy ich podmiotami, to wówczas tak się ucieszą z tego powodu, że każdy z nich będzie się rozwijał, rozmyślał, studiował, pielęgnował w sobie myślenie kreatywne. I co? Warunki życia ludzi poprawiły się wydatnie. Każdy, nawet bezrobotny i lump może być uzbrojony w nowoczesną technikę, ma dostęp do informacji, wiedzę, ale użytek z tego czyni raczej bezmyślny. Marksowską tezę „byt określa świadomość” zinterpretowano nie tylko jako wyjaśnienie, ale i jako prognozę – zmiana warunków bytu umożliwi przemianę świadomości. Tymczasem okazało się, że ludzie nie przestają być prymitywni lub zakłamani tylko dlatego, że żyje im się lepiej, że żyją w społeczeństwie otwartym, informacyjnym i konsumpcyjnym zarazem. Na wyższym poziomie „kultury” mogą już nie podpierać się co słowo przecinkiem „kurwa”, ale nadal mają trudności z myśleniem i komunikacją. Inercja psychiki ludzkiej i w skali zbiorowej inercja kulturowa okazała się bardzo silna. To widać jeszcze wyraźniej na przykładzie religijności. Nie potwierdziły się nie tylko przewidywania, że w miarę postępu społecznego, intelektualizacji mas religijność będzie zanikać. Nie potwierdziły się nawet prognozy, że postęp cywilizacyjny spowoduje, wymusi subtelniejsze i funkcjonalne społecznie typy religijności. Nawet inteligencja w większości nie podążyła w kierunku wolnomyślicielstwa, racjonalizmu, sceptycyzmu (choć mogłoby się wydawać, iż jej naturą i misją jest myśleć, szukać i wątpić), lecz masowo przytuliła się do Kościoła, co najwyżej naiwnie dziwiąc się raz po raz, że on się nie modernizuje. Mimo widocznego skoku cywilizacyjnego i otwarcia na świat w Polsce nie nastąpiła rewizja modelu religijności. Wydawało się, że są spełnione wszystkie warunki, by Polacy przeszli z pozycji katolicyzmu zaściankowego, zacofanego, autorytarnego w kierunku co najmniej katolickiego modernizmu i reformizmu, jeśli nie protestantyzmu jako wyznania lepiej przystosowanego do laickości świata i państwa, zdemokratyzowanego, przedkładającego etos pracy i kreatywności ponad obrzędowość. Nic takiego nie nastąpiło. Panuje u nas obskurancki model katolicyzmu spod znaku księdza Pirożyńskiego i księdza Oko.

– Chciałoby się jakiejś optymistycznej nuty, myśli człowiek o lewicy. Tylko o jakiej lewicy mówimy, skoro jej nie ma, ponieważ utraciła swój aparat pojęciowy… Nie ma już i nie używa się pojęć „lud”, „walka klas”, „praca”.

– Tak, nasza lewica (i w ogóle ta europejska) wyzbyła się własnego języka, a za „swój” przyjęła język liberałów i technokratów. Mówi np. ”pracodawca” – choć kto tu tak naprawdę komu daje pracę? Lewica nie potrafi nawet użyć słowa „kapitał”, które dzisiaj funkcjonuje wyłącznie jako „kapitał społeczny”, lub wyrażenie bankowe. W lewicowych lub paralewicowych mediach prędzej usłyszymy pochwałę ciężkiej pracy przedsiębiorcy niż analizę warunków pracy i mechanizmów wyzysku pracy pracowników najemnych. O polityce mówi się co najwyżej używając pojęć: „świeckość” lub jej antynomie, „elity”, „rządzący” i „rządzeni” (za oczywiste uznając, że ten podział jest stały – „klasa polityczna” – a można co najwyżej wybierać raz jednych, raz innych rządzących, nie – zastąpić ich samemu). Słowo „masy” jest dziś – nawet w środowiskach lewicy – epitetem. Nawet słowo-wytrych: „partycypacja” kompletnie zawłaszczyła orientacja liberalna. Lewica establishmentowa jak ognia unika problemu partycypacji pracowniczej. O partycypacji mówią aktywiści – skądinąd bardzo sympatyczni – ruchów miejskich, ekologicznych, inicjatorzy budżetów partycypacyjnych. Lewica dała się wypchnąć z tej płaszczyzny, na której miała rację bytu.

– Może właśnie udowadniamy bezpotrzebę lewicy? A jeżeli tak, to co zamiast?

– Niektórzy rzeczywiście dochodzą do takiego wniosku. Może czas lewicy przeminął i nie jest nikomu potrzebna, nawet związkowcy nie są już nikomu potrzebni? Mamy więc takich lewicowców, którzy za istotę lewicowości uznają gender i kwestie kulturowo-światopoglądowe – nie rozumiejąc, że propagowanie postępu moralnego, tolerancji, umysłu otwartego samo w sobie nie jest aż lewicowością, choć rzeczywiście jest obowiązkiem lewicy. Ale do obrony takich wartości zupełnie wystarczy uczciwy, prawdziwy liberał. Do jakich absurdów w Polsce doszło: jeśli ktoś publicznie twierdzi, że nie ma nic przeciwko gejom, to jest lewakiem.

– Pesymistycznie wciąż. Widzi Pan jakiś pomysł na powrót lewicy do gry?

– Pomysł jest odwieczny, choć warunki się zmieniają. Długi marsz, a w drodze praca organiczna. Niektórzy lewicowcy myślą, że wystarczy tylko przeczekać tę burzę, doczekać chwili, gdy PiS z PO się wzajemnie wykopią i tak się skompromitują, że ludzie zwrócą się gdzie indziej. Myślą sobie „może wtedy nas zauważą?”. Snują plany, by, pracować kadrowo, a potem jak najszybciej skrzydła rozwinąć (w salonach, gabinetach i w mediach), wrócić do parlamentu i będzie dobrze. Nie będzie. To jest krótkowzroczność. Nie uczymy się podglądając przeciwnika, nie uczymy się też na własnej historii. Na czym dziś polega siła nurtu prawicowo-populistycznego? Kluby Gazety Polskiej, kółka parafialne, nabożeństwa smoleńskie… a więc jednoczenie i konsolidacja oraz masowa mobilizacja ludzi na płaszczyźnie emocjonalnej, więzi psychicznych. Radiu Maryja pozazdrościć można takiej identyfikacji słuchaczy, takiej wiary i posłuchu dla proroka – ojca Tadeusza. Czegoś takiego po stronie lewicowej nie widać. Nie ma tu struktur ani postaci, za którymi masy poszłyby w ogień, a choćby tylko na pochód i na wybory. Lewica musi stworzyć przeciwwagę nie tylko dla skrajnej prawicy, ale i dla centrystów w infrastrukturze światopoglądowej. Skoro w szkołach rządzi katecheta pospołu z żołnierzem wyklętym, a w mediach biznes do spółki z kadzidłem, to gdzieś ludziom trzeba po prostu serwować edukację równoległą. Przypomnieć sobie tradycje uniwersytetów robotniczych, TWP, postępowego harcerstwa itp. Nie wolno zamykać się w getcie akademickim lub w mikroświatku zawodowych posłów i ministrów. Otworzyć się na zwykłych ludzi, do których nie mamy dotarcia, przede wszystkim do młodzieży. Jest kompletnie niezrozumiałe, jak można bez walki oddawać kolejne pokolenia Międlarowi, Kukizowi, Macierewiczom i żołnierzom wyklętym. Jeżeli taka walka o umysły będzie konsekwentnie prowadzona przez lata, nawet kilkanaście lat, to jest nadzieja, że lewica nie obumrze wraz z ostatnimi emerytami z PZPR i podstarzałym, a politycznie bezdzietnym Zandbergiem.

– No, jednak są jakieś wyspy. Jest partia Razem, są ruchy miejskie, anarchistyczne…

– Razem choruje na klasyczne sekciarstwo, znane z historii ruchu robotniczego. Słabością lewicy nieestablishmentowej jest jej niszowość i wzajemne skłócenie. Za wcześnie jeszcze, by mówić o wielkiej sieci, która pociągnie za sobą masy, ale działania ludzi w rodzaju Piotra Ikonowicza pokazują, że przynajmniej w mikroskali jest możliwe stwarzanie wzorców wrażliwości, nonkonformizmu. Można pokazać, że ma się jaja, poglądy. W większej skali środowiskom lewicowym brakuje tej wiary w siebie, nie próbują przebijać ściany i nie wznoszą się ponad urazy wzajemne.

– To pewnie też kwestia jakości klasy politycznej, której częścią jest lewica. Opozycja nie potrafi nawet sformułować w zmieniającym się świecie nowych pytań.

– Zmienia się sytuacja geopolityczna, a nasi politycy, z lewicowymi włącznie, uparcie tkwią w układzie, który przestaje być aktualny. Ich „Rzym” to USA, „Częstochowa” – to Unia. Nie zauważają, że nastąpiły już wielkie przesunięcia tych gór lodowych. I w sensie ekonomicznym (zadłużenie, dynamika wzrostu gospodarczego, potencjał militarny), i w sensie demograficznym. Starzenie się Północy, zmiany proporcji w strukturze etnicznej państw i całych regionów… Euroamerykański styl życia odrzuca spora część świata, a i w naszej części świata przeżywa kryzys. Trochę to jeszcze potrwa, ale zbliża się kres euroamerykańskiej dominacji w świecie. Lewica powinna już w tej chwili wzmacniać dotychczasowe i powoływać nowe fundacje, centra analityczne, komitety prognostyczne, grupy eksperckie, które zajęłyby się nie tylko diagnozą stanu problemów, potrzeb i zasobów społecznych w Polsce i w UE, ale również śledzeniem, antycypacją długofalowych tendencji gospodarczych, kulturowych i geopolitycznych. Nie ma racji bytu lewica działająca doraźnie, bez wizji przyszłości i bez strategii. Tymczasem prominentni liderzy lub eks-liderzy establishmentowej europejskiej i polskiej lewicy skrupulatnie trzymają się mainstreamu i kanonów poprawności, do których należy m.in. rusofobiczny straszak Putina żądnego podbojów i apologetyczny, niekiedy zgoła wiernopoddańczy stosunek do USA jako rzekomego gwaranta bezpieczeństwa, pokoju, demokracji i praw człowieka. Bez cienia refleksji, w jakim stopniu to mocarstwo-imperium właśnie te wartości podważa. Nawet jeśli gdzieś lewica jest w parlamencie, to śpiewa w chórze jak papuga w sprawie NATO, przywództwa światowego Stanów Zjednoczonych, zagrożeń ze strony Rosji. Jak obalić Macierewicza, w czym chcemy być od niego lepsi, jeśli – pomijając jego wyskoki i fantasmagorie – śpiewamy z nim w jednym chórze?

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Skąd wy bierzecie takich półinteligentów do wygłaszania bredni, z których nic nie wynika? Macie jakąś kopalnię odkrywkową…?

  2. To nie „masy” są problemem w Polsce tylko niski poziom elit i to od stuleci. Lewica potrzebuje silnego zaplecza intelektualnego, a u nas największą przestrzenią takich „dyskusji” stał się kościół rzymskokatolicki, który jako struktura feudalna jest odporny na jakikolwiek postęp.
    Ten model społeczeństwa – feudalizm, jaki petryfikuje u nas krk niestety musi być wyrugowany siłą, ale te czasy minęły – Reformacja, a we Francji kolejne rewolucje i ustanowienie państwa świeckiego. Sama laicyzacja tu nic nie pomoże, jeśli już w dzieciństwie zaszczepia się postawę poddaństwa, brak refleksyjności i przekonanie o boskim (czyli właśnie feudalnym, nierównym) porządku świata.
    Tak, najpierw nasze elity musiałyby podnieść się z kolan, ale do tego trzeba mieć jaja.

  3. Bardzo dużo słusznych obserwacji, ale w połowie wywiadu coś się zaczyna rwać. Najpierw pan profesor mówi, że oświeceniowa edukacja i uświadamianie nie działają – a zaraz potem, że że trzeba iść i uświadamiać. Nie wiem, która z tych konstatacji jest bliższa rzeczywistości, ale one się wzajemnie wykluczają.

    Drugi problem to twierdzenie, że – mówiąc skrótowo – byt nie określa świadomości. Że bogatsi nadal jesteśmy „ciemni”. Ale rzeczywistość wcale tego nie pokazuje, wręcz przeciwnie. Ci, którym transformacja pozwoliła awansować społecznie i żyć z grubsza tak, jak chcieli żyć, to przecież (z grubsza) KOD. To są ludzie, którzy dotychczas chodzili do teatru i czytali książki, a teraz chodzą za Mateuszem, bo wygnano ich z raju. Ale oni nie są „ciemni”, nie są (z grubsza) ksenofobiczni, są (z grubsza) otwarci na świat i na nowości. Problem w tym, że w pakiecie z wolnością, różnorodnością i prawami człowieka kupili dogmaty neoliberalnej ekonomii. Ale byt określił im świadomość.

    Natomiast ci, do których lewica nie zdołała dotrzeć i nie potrafiła ich reprezentować, to są mniej-więcej ci sami ludzie, którzy dziś popierają PiS albo Kukiza. Nie awansowali po transformacji, a często czują się zdeklasowani, zmarginalizowani, poniżeni. Czują, że nie dla nich urządzono ten świat. Szukają winnego i znajdują go wśród tych, którzy traktowali ich właśnie tak, jak pan profesor to opisuje: „rządy technokratyczne, fetyszyzujące socjotechniczną sprawność bez oglądania się na koszty społeczne i opór społeczny, bardzo brutalne w decyzjach ekonomicznych, ale pomysłowe w manipulacji indoktrynacyjno-medialnej” – przecież to wypisz-wymaluj rządy neoliberalne, wszystkie od 1989 roku. Więc tym ludziom byt także „określił świadomość”.

    No i nie jest tak, że dobrobyt nie koreluje ze spadkiem religijności i wzrostem otwartości: ależ koreluje, choćby w krajach skandynawskich, we Francji, w Hiszpanii. Oczywiście nie ma prostej zależności, są silne czynniki kulturowe, jest różny wyjściowy poziom władzy i bogactwa kościoła, ale korelacja jak najbardziej istnieje. A większości ludzi w Polsce jeszcze daleko do tego poziomu (nawet względnego) dobrobytu, jaki stał się udziałem większości mieszkańców Europy Zachodniej od lat 60. do koca 70. Więc u nas to nie miało jeszcze szansy zadziałać.

    Wreszcie: „Lewica powinna już w tej chwili wzmacniać dotychczasowe i powoływać nowe fundacje, centra analityczne, komitety prognostyczne, grupy eksperckie”
    – Tak, powinna! Tylko że to bardzo dużo kosztuje i jak dotąd nie ma pomysłu, skąd wziąć na to pieniądze. Przy okazji warto zauważyć, jak system sprytnie zadziałał, żeby pozbawić partię Razem finansowania, które właśnie m.in. na taką działalność miało zostać przeznaczone (a przede wszystkim na centra społeczne, więc na tę pracę u podstaw, do której pan profesor nawołuje).

  4. Prof. Karwat utyskuje, że nawet dla lewicy słowo „masy” jest epitetem. Dla mnie to pojęcie odczłowiecza ludzi, a ponadto kojarzy się z „pasem transmisyjnym partii do mas”.

  5. wszystko się zmienia poza świństwem ochydą korupcją złodziejstwem kolesiostwem politykierów – najniższej warstwy społecznej

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

„6 dla uczniów”, czyli jak Czerwona Młodzież naprawi polską szkołę

Polska szkoła od dawna boryka się z wieloma problemami, a lista jest tak długa, że nawet n…