Czy medialne zainteresowanie reprywatyzacją przełożyło się na prawdziwą poprawę sytuacji lokatorów? Czy komisja weryfikacyjna Patryka Jakiego faktycznie była, jak ostrzegała lewica, tylko wydmuszką? Dlaczego wyroki sądów nie zastąpią dobrego ustawodawstwa?  Portal Strajk rozmawia z Piotrem Ciszewskim, działaczem Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Jan Śpiewak napisał niedawno, że Rafał Trzaskowski i ludzie rządzący Warszawą najchętniej wróciliby do dzikiej reprywatyzacji. Był to komentarz do postawy miasta stołecznego, które odwołuje się od postanowień komisji weryfikacyjnej uchylających decyzje reprywatyzacyjne i nakazujących wypłacać poszkodowanym lokatorom odszkodowania. Śpiewak ma rację?

Jak najbardziej.

Grozi nam nowa fala skupywania roszczeń za grosze, zwracania budynków razem z mieszkańcami i „przekonywania” mieszkańców do opuszczenia lokali, które zajmują od lat?

Reprywatyzacja warszawska została wstrzymana, kiedy zrobiło się o niej zbyt głośno, ale w żadnym wypadu nie jest zakończona. Pozostaje tylko w zawieszeniu i tak będzie, dopóki nie zostanie uchwalona ustawa reprywatyzacyjna.

Komisja Weryfikacyjna zajmująca się sytuacją w Warszawie okazała się, co zresztą podejrzewaliśmy, nieskuteczna – Wojewódzki Sąd Administracyjny podważył już nie pierwszy raz jej rozstrzygnięcia odbierające skupywaczom roszczeń nieruchomości. Anulował m.in. decyzje komisji w sprawach budynków przy Dahlberga 5 i Nabielaka 9 – w głośnych, bulwersujących sprawach, gdzie lokatorzy byli bezpośrednio zaangażowani w udowodnienie, dlaczego reprywatyzacja nigdy nie powinna mieć miejsca. Nabielaka 9 to ostatni adres zamieszkania Jolanty Brzeskiej – współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, zamordowanej w 2011 roku.

W nowej kadencji Sejmu nie liczycie na przełom?

Najgłośniej o dużej ustawie reprywatyzacyjnej mówił Patryk Jaki, który obecnie jest europosłem i nawet nie zasiada już w komisji łączonej z jego nazwiskiem. Temat systematycznie upadał, przestawał się opłacać. Obecnie nie wiążemy już z rządzącą prawicą żadnych nadziei. Nie spodziewamy się nie tylko „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”, ale nawet takiego kroku naprzód, jakim byłaby choćby decyzja w sprawie wypłaty odszkodowań dla osób, które na reprywatyzacji już ucierpiały.

Twitter/Patryk Jaki

W mediach było głośno, gdy komisja Jakiego ogłaszała przyznawanie im wysokich rekompensat. Ale miasto stołeczne się skutecznie odwoływało…

… i nikt nie miał odwagi zaproponować żadnego całościowego rozwiązania. Nawet najprostszego, jak wypłata odszkodowań przez Skarb Państwa. Fakt, że w takim wypadku na rekompensaty w istocie zrzucaliby się wszyscy obywatele, nieponoszący przecież winy za aferę reprywatyzacyjną. Niemniej skoro urzędnicy i politycy dopuścili się tylu nieprawidłowości i zaniedbań, to państwo powinno uznać swoją odpowiedzialność w tym względzie. Inna sprawa, że tak samo można uznać, że odpowiedzialność powinno wziąć na siebie miasto, nie odwołując się od decyzji komisji.

Nie ma żadnej możliwości, by pociągnąć do odpowiedzialności bezpośrednio winnych?

Byłaby, gdyby była taka determinacja. Tymczasem politycy PiS lubią piętnować udział Platformy Obywatelskiej w grabieży reprywatyzacyjnej, przedstawiać bilans jej rządów w Warszawie, a „zapominają” o tym, że warszawski PiS też nie interesował się sprawami lokatorów, a powiązani z partią Kaczyńskiego ludzie korzystali na reprywatyzacji. Część ludzi z Biura Gospodarki Nieruchomościami, instytucji, która słusznie jest uważana za centrum całej grabieży, została powołana jeszcze wtedy, gdy w ratuszu rządził PiS. Oni się świetnie urządzili i także za kadencji konkurencyjnej partii uważano ich za niezatapialnych.

Odszkodowań de facto nie ma, nagłośnienie tematu reprywatyzacji okazało się krótkotrwałe, w WSA upadają kolejne decyzje komisji Jakiego. Czy udało jej się osiągnąć cokolwiek?

Część decyzji komisji została jednak podtrzymanych, więc nie można mówić, że bilans tego ciała jest zerowy. Ale to raczej kolejny dowód na to, że zdawanie się na sądy administracyjne w kwestii sprawiedliwych rozwiązań, gdy nie ma ustawy, jest wyjątkowo niepewne. Spójrzmy na ostatnią decyzję w przypadku nieruchomości przy ul. Skorupki. Sąd wprawdzie uchylił decyzję komisji, jednak zadecydował, że miasto powinno ponownie rozpatrzyć sprawę reprywatyzacji. Teraz piłka jest po stronie ratusza i pozostaje nam czekać, jaka będzie decyzja.

Dla lokatorów i ogólnie ludzi, którzy nie siedzą w prawie, decyzje sądów mogą być też zwyczajnie niezrozumiałe. W sprawie działek przy Szarej i Czerniakowskiej sąd orzekł w październiku, że decyzję komisji Jakiego uchyla, ale cofnięcie decyzji reprywatyzacyjnej nie jest niemożliwe. Z tym, że uzasadnienie musiałoby być inne.

Tak, bo sąd administracyjny sprawdza przede wszystkim, czy dotrzymano procedur, dokumentów, terminów. Tymczasem procedury działania komisji Jakiego nie są nawet do końca uregulowane ustawowo. Kiedy jest tak duża dowolność, ogromne jest też pole do popełniania błędów. Z drugiej strony nie można oczekiwać, że sąd administracyjny będzie zastanawiał się nad społecznymi konsekwencjami obowiązującego prawa. On nie od tego jest.

Na pewno natomiast już na gruncie obowiązującego prawa mogłyby przyspieszyć sprawy osób, którym zarzuca się fałszowanie dokumentów w celu odniesienia korzyści z reprywatyzacji. Takie wyroki już zapadały, ale jest ich zdecydowanie za mało. Nieustannie też trzeba mówić o prawach lokatorów. Nie tylko z reprywatyzowanych budynków, chociaż sprawy związane z nimi pokazały właśnie najdobitniej, że potrzebujemy regulacji, które lepiej chronią lokatorów. Tymczasem rząd PiS chce iść dokładnie w drugą stronę.

Chodzi o zapisy umożliwiające ekspresową eksmisję, jakie powiązano z programem Mieszkanie Plus?

Nie tylko. Z katalogu osób objętych ochroną przed wylądowaniem na bruku po cichu mają być wykreślone całe grupy osób. Rząd PiS rozważa pozbawienie ich prawa do lokalu socjalnego. Co zaś się tyczy Mieszkania Plus – zakusy, by rozszerzać zastosowanie przepisów o najmie okazjonalnym to jeden z dowodów na to, jak PiS łatwo przejmuje optykę liberalną. To właśnie wolnorynkowcy mówią najchętniej o zwiększaniu rotacji wynajmujących i pozbawianiu ich ochrony. „Prospołeczna” partia się z nimi najwyraźniej zgadza. Gdyby była naprawdę prospołeczna, przyjęłaby raczej nasze argumenty.

Wzmocniłaby ochronę lokatorów i zakwestionowałaby samą ideę reprywatyzacji?

Kiedy budynki były przekazywane razem z lokatorami, powoływano się na art. 678 kodeksu cywilnego, który dotyczy zbywania lub nabywania umów ciążących na jakimś dobrze. My mówimy: reprywatyzacja to nie jest zwykłe zbycie/nabycie budynku. Dlaczego nie postarać się o podważenie samego mechanizmu przejmowania umów najmu? Wtedy miasto nadal byłoby odpowiedzialne za ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach. Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów dysponuje opiniami prawnymi idącymi w tym kierunku. Co więcej, w podobnym tonie wypowiadali się członkowie komisji Jakiego.

Rząd nie ma woli uchwalenia ustawy, miasto Warszawa nie chce płacić odszkodowań, a tragedie lokatorów dzieją się dalej. W jednej z takich bulwersujących spraw odbyła się 25 października demonstracja. O co chodziło?

fot. Wojciech Łobodziński

Upominaliśmy się o prawa lokatorki z kamienicy przy Łochowskiej 36, na warszawskiej Pradze Północ. Właściciel budynku najpierw prowadził remont obiektu w taki sposób, że praktycznie nie dało się w nim dalej mieszkać, a mieszkań zastępczych na czas tego remontu nie zapewnił, chociaż był do tego zobowiązany. Dodatkowo wątpliwości budzi nawet tytuł prawny, na podstawie którego kamienicznik przejął ten budynek.

Pani Grażyna zamiast lokalu zamiennego znalazła się w kolejnych lokalach podnajmowanych. Z ostatniego została nielegalnie, przed końcem okresu wynajmu, wyrzucona, dokonano przy tym zaboru jej rzeczy osobistych, w tym leków i dokumentacji medycznej. Nie zwrócono jej tych rzeczy. Do dziś mieszka na skłocie, a lokal, który kiedyś zajmowała, fizycznie już nie istnieje. Mamy nadzieję, że chociaż władze dzielnicy zaproponują jakieś wyjście z tej sytuacji. Celem demonstracji było też zwrócenie uwagi na dzikie eksmisje, które stają się coraz częstszym problemem.

Władze dzielnicy pomogą? Czy nie jest tak, że również na Pradze Północ, ale też Południe, te same władze rezygnują z remontów budynków, bo wiedzą, że są one objęte roszczeniami?

Niestety, taka praktyka faktycznie utrzymuje się od lat. Efekt jest m.in. taki, że na Pradze Południe większość budynków komunalnych nie ma podłączenia do centralnego ogrzewania. Dzielnica celowo wstrzymuje się z wykonaniem tych podłączeń właśnie powołując się na kwestię roszczeń. W tej sprawie lokatorzy również starali się protestować, tym bardziej dlatego, że niektóre roszczenia, które wchodziłyby tutaj w grę, w sposób dość jednoznaczny zostały – lub mogą zostać – obalone.

A może z reprezentacji Lewicy w Sejmie lokatorzy będą mieli pożytek? W kampanii hasło utworzenia publicznego developera i działań na polu polityki mieszkaniowej było dość mocno eksponowane.

Współpraca z odpowiedzialnymi społecznie ludźmi na poziomie samorządów będzie o tyle ważniejsza, że to właśnie tam ustalane są obecnie lokalne zasady polityki mieszkaniowej. Tam zapadają decyzje w tym zakresie, są przyjmowane wieloletnie plany gospodarowania miejskim zasobem mieszkaniowym.

Niemniej zamierzamy spotkać się z parlamentarzystami, jesteśmy gotowi udzielić opinii na temat przygotowywanych projektów ustaw, ale mówimy też: sprawdzam. Już teraz, na początku kadencji, właśnie dlatego, że w kampanii o mieszkaniach wspominano faktycznie często. Będziemy głośno mówić, że ustawowe wsparcie budownictwa społecznego – komunalnego i spółdzielczego – to nie tyle dobry pomysł, co konieczność. Tak samo, jak sprzeciw wobec komercjalizacji miejskich zasobów mieszkaniowych, co w Warszawie staje się kolejną plagą. Oczekujemy, że parlamentarzyści i parlamentarzystki podzielą nasze przekonanie, iż przerzucanie administrowania zasobem komunalnym na podmioty prywatne powinno zostać ustawowo zabronione.

Zza granicy płyną jeszcze bardziej radykalne pomysły – berlińska koncepcja, by regulować ceny czynszów i nie dopuścić do dalszego rozwoju spekulacji nieruchomościami, przebiła się nawet do polskich mediów. Ty uczestniczyłeś w demonstracjach w Barcelonie, z podobnymi hasłami. Da się to implementować w Polsce? Warto?

Pewnie, że warto, ale żeby się dało, potrzebujemy jeszcze silniejszej niż obecnie aktywności i zorganizowania samych lokatorów – oraz poparcia dla nich ze strony lewicy, która chce być godna tego miana. Zmiany w Barcelonie czy Berlinie nie spadły rządzącym z nieba, ale zostały wywalczone w toku protestów i działań ruchów lokatorskich. Właśnie dzięki nim miasto w Katalonii aktywnie stara się, by lokale służyły mieszkańcom, osobom pracującym i studiującym, a nie, by rynek był kształtowany przez spekulantów i praktykę wynajmu dla turystów, na chwilę. Ten problem już zaczyna dawać o sobie znać w Warszawie czy Trójmieście. Z pomysłów berlińskich natomiast bardzo podoba mi się i regulacja czynszów oraz zamiar zrekomunalizowania tego zasobu, który swojego czasu został oddany w prywatne ręce. Tego nam trzeba – koszty mieszkania w Warszawie już są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków.

Rozmawiała Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

„Podręcznikowy przykład zamachu stanu”. Oceny i reakcje na wydarzenia w Boliwii

Michael McFaul, niegdysiejszy ambasador USA w Rosji za czasów Baracka Obamy i jeden z nacz…