Ani JOW-y, ani Bóg, ani honor, ani ojczyzna. Chodzi jak zwykle o kasę.

flckr.com/włodi
flckr.com/włodi

Ponad 20 proc. Kukiza w wyborach prezydenckich, nie wspominając już o wygranej Dudy, wywołało u celebryckich analityków rzeczywistości popłoch. W łeb wzięły radosne zapewnienia Czapińskiego, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się optymistyczniej.

Śmiech na parkiecie

Poszły w drebiezgi teorie, że motłochowi wystarczy dać igrzyska i autostrady. Cztery lata temu lud uwierzył, że dzięki światłości ekonomicznej Tuska suchą stopą przeszliśmy kryzys, w którym potonęły gospodarki wszystkich innych krajów. Ale od tamtego czasu o kilkunastoprocentowej recesji pozapominali ci, którzy jej doświadczyli, a u nas kicha. Amerykański indeks giełdowy S&P 500 skoczył z 900 punktów w 2008 roku do obecnych 2100 punktów. W tym samym czasie giełda najprężniej rozwijającej się – według zapewnień rządzących – gospodarki Europy nijak tego rozwoju nie oddaje. WIG 20 z 1800 punktów siedem lat temu, doczołgał się do 2350 punktów teraz. W Ameryce ponad 2 razy tyle, u nas ledwie o jedną trzecią więcej. Podobnie wyglądałoby porównanie z giełdą frankfurcką, czy londyńską.

Rechot historii

Kultywowane przez ekspertów i media karmienie publiki danymi statystycznymi i pochwałami ze strony Banków Światowych lub innych MFW przestało działać. Elektorat Kukiza i Dudy nie odczuwał deklarowanych przez GUS 4 tysięcy zł średnich zarobków. Polak widział paroprocentowe wzrosty tylko na ekranie telewizora, ale nijak nie dostrzegał ich we własnej kieszeni.

Opowieści Komorowskiego o historycznym skoku Polski w ostatnim ćwierćwieczu na znającego zasobność swojego portfela obywatela zaczynały działać jak płachta na byka.

Dwadzieścia pięć lat to szmat czasu. Dość, żeby od kraju, w którym wszystko, co nosiło znamiona przemysłu zostało zmiecione nalotami dywanowymi, a kobiety sprzedawały się okupantom za trochę żarcia, dojść do pozycji światowej potęgi ekonomicznej. Myślę tu o Niemczech lat 1946-1970. Przez ćwierć wieku zachodnioniemieckie PKB na głowę wzrosło z 2217 (wg. metodologii Geary-Khamis) do prawie 17 tys. dolarów. Niemieccy emeryci już w połowie lat 50. gremialnie zaludniali plaże Morza Śródziemnego i okolic. Niemieccy pracodawcy mieli zaś tyle zleceń, że musieli ściągać do siebie kelnerów z Włoch i sprzątaczki z Hiszpanii, o robotnikach z Turcji i Jugosławii nie wspominając.

Pal licho Niemcy. W takim PRL przez dwadzieścia pięć lat też zmieniło się wszystko. Miliony przemieściły się ze wsi do miast. Kolejne miliony zdobyły wykształcenie i kwalifikacje. Produkt Narodowy Brutto per capita szacowany w 1946 roku na 1390 baksów, w 1970 wynosił już 4428 dol. To oznacza wzrost gospodarczy o 219 proc. w ciągu pierwszego ćwierćwiecza PRL. I to bez tego, co zainkasowały Niemcy z Planu Marshalla – odpowiednika dzisiejszych 10 mld dolarów. Powojenną Polskę drenował ZSRR, wywożąc z niej tuż po 1945 roku wszystko, co nadawało się do demontażu, a przez następne lata wysysając węgiel i inne dobra za Bóg zapłać. Wyprowadzenie kraju z powojennej nędzy do gomułkowskiej „małej stabilizacji” było prawdziwym skokiem cywilizacyjnym. I to dokonanym w jednym pokoleniu.

Chichot znad zmywaka

W przypadku III Rzeczypospolitej punktem wyjścia jest 1989 r. z PKB per capita 5684 dol. W odróżnieniu od roku 1945 kraj nie był spalony. Przemysł jako tako egzystował. Przez kolejne 25 lat było już tylko więcej i lepiej. Rośliśmy jak na drożdżach. Inkasowaliśmy miliardy euro z Unii. Darowano nam długi. No i w efekcie na koniec 2014 r. osiągnęliśmy 12 062 dol. PKB per capita.

Ups! Przez dwadzieścia pięć lat rozwoju w świet(l)nym tempie PKB na twarz wzrosło o 112 proc. Wzrost gospodarczy w PRL był więc prawie dwukrotnie wyższy.

Dzisiejszych polskich emerytów nie stać na lekarstwa. Polscy pracownicy mają zaś w kraju tyle pracy, że muszą z powodu much w nosie realizować się jako barmani w Londynie, sprzątaczki w Norwegii, czy opiekunki w Niemczech…

Rżenie Belki

Przedwyborcze diagnozy społeczne i sondaże nie pokazały, że przeciętny Polak czuje, że – wbrew temu co mu się wmawia – coś jest nie tak. W nauce nosi to nazwę dysonansu poznawczego.

Np.: miliony nowo upieczonych magistrów słyszą i widzą, że jest dobrze, a sami zarabiając na umowie o dzieło 1500 zeta nie znają nikogo, kto dostaje gusowskie 3 300 zł na rękę. Wręcz przeciwnie: wokół pełno ludzi, którzy częściej szukają pracy niż ją mają. Nie dziwota, że przestają wierzyć w bajki. Widzą, że w czasie jednego pokolenia, wszystkim wokół się pogorszyło. W PRL-u ich rodzice znaleźli pracę i mieszkanie się w miastach. Dziś migracji nie ma. W miastach praca co prawda jest, ale za najniższe stawki. Takie, które uniemożliwiają nawet wynajęcie pokoju na spółkę. Migracji nie ma, ale emigracja – jak najbardziej. Wyjechało już ponad 2 miliony. Kolejne pakują walizki.

Ci ludzie nie muszą znać statystyk mówiących, że bezrobocie spada. Owszem spada, tyle, że od lat utrzymuje się na tym samym, 2-milionowym poziomie. Dzięki temu pracodawcy mogą żyć nie umierać. Chętnych do pracy za psie pieniądze im nie zabraknie. Ludzi nie pasjonują radosne dane ekonomiczne i cała biznesowa statystyka. Oni mają własne portfele i portmonetki, które mówią im coś innego.

Dzisiejsze PKB per capita daje nam miejsce za Timorem Wschodnim, ale przed Trynidadem i Tobago. Dane te pochodzą z MFW i Banku Światowego, i rzecz jasna różnią się od tego co publikuje GUS, czy Eurostat. A zdawałoby się, że metodologię mają taką samą. Inna sprawa, że jak się człowiek naczyta, że co pięć lat jego efektywność rośnie dwukrotnie, to i serce rośnie. Tyle, że zaraz pojawi się pytanie o choćby minimalne przełożenie tego wzrostu na podwyżkę wynagrodzenia… I dlatego jakiekolwiek dane z udziałem PKB nie są już dla nikogo przekonujące.

Dla Marka Belki też. Odczarował polską gospodarkę stwierdzając, że choć mamy największy w Europie wzrost efektywności pracy, to zarobki na Węgrzech, w Słowacji i Czechach w ostatnich 10 latach wzrosły w stosunku do naszych 2,5-krotnie. Znaczy się, żeby ich dogonić, GUS musiałby podać, że średnie zarobki w Polsce wynoszą 10 tys złotych z haczykiem.

Uciecha statystyków

Na papierze wychodzi, że gospodarka rośnie. Skąd zatem dane GUS o tym, że od lat w skrajnym ubóstwie żyje co dwunasty obywatel „zielonej wyspy”? To 3 mln ludzi. Kolejne 1,600 tysięcy egzystuje poniżej minimum socjalnego.

Bogatych mamy jak na lekarstwo. Według tego co zeznają w PIT-ach jest ich niemal dokładnie tyle ile wynosi błąd statystyczny. Czyli jakieś 3 procent. Tylko tylu łapie się na najwyższą stawkę podatkową.

Czy w takim razie można jeszcze mówić o fenomenie wyniku populistów typu Duda i Kukiz? Absolutnie nie. Każdy socjolog i każdy ekonomista powinni byli to przewidzieć. Ludzie mają dość życia w piramidalnej hipokryzji. Wśród opowieści o tym, że państwo nie ma pieniędzy, że żeby dać, trzeba uciąć gdzie indziej. Jeśli w ciągu 10 lat liczba urzędników wzrosła o 100 tysięcy, a procedury biurokratyczne są dla obywatela wciąż nie do przeskoczenia, to aż dziw, że agresja społeczna przejawia się u nas nie w postaci barykad i koktajli Mołotowa, a w ramach retoryki politycznej.

Beka reszty świata

Co robią tuzy polskiej ekonomii, że na dźwięk słowa Polska światowa finansjera wybucha śmiechem? Bo wybucha.

Z raportu amerykańskiej pozarządowej organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynika, że w latach 2003-2012 wytransferowano z Polski dziesiątki miliardów dolarów. W roku 2003 – 1,96 mld, a w następnych latach odpowiednio: 0,42 mld; 0,79 mld; 3,3 mld; 12,16 mld; 10,04 mld; 10,46 mld; 9,92 mld, 4,06 mld. Odpowiedzialne są za to zagraniczne firmy, które rząd zwolnił od podatku dochodowego. Badania pokazały, że Polska jako jedyny kraj Unii Europejskiej znalazła się w pierwszej dwudziestce najbardziej wyzyskiwanych państw. Na tej samej liście Rumunia jest na miejscu 32.

W Polsce średni skorygowany dochód do dyspozycji gospodarstwa domowego netto na osobę wynosi 16 234 dol. na rok. Średnia OECD to 23 938 dol.

Ludzie w Polsce pracują przez 1929 godzin rocznie. Średnia OECD wynosi 1765 godzin.

89 proc. dorosłych Polaków w wieku 25-64 lata ma wykształcenie średnie, przy średniej OECD wynoszącej 75 procent.

Żony dziadków dzisiejszych 20 czy 30-latków nie musiały pracować. Dziadkowie byli je w stanie utrzymać z jednej pensji. Dziś, dzięki zgodzie rządzących na drenaż naszej gospodarki, pary magistrów na śmieciówkach nie stać nawet na obrączki.

Złotouści komentatorzy opowiadają o końcu epoki pokolenia „Solidarności”. Bzdura. Wyniki wyborów i sondaży partyjnych nie mają nic wspólnego z polityką. Są przejawem myślenia własną kieszenią. A dla kieszeni nie liczy się czy ktoś się będzie modlił, czy palił urzędy. Kieszeń chce być pełna pieniędzy.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Szanowny Autor pisze, że za Wrednej Komuny dochód na łba wyniósł w 1970 „już 4428 dol. To oznacza wzrost gospodarczy o 219 proc. w ciągu pierwszego ćwierćwiecza PRL… w 1989 r. z PKB per capita 5684 dol”, a za Wspaniałej Wolności „na koniec 2014 r. osiągnęliśmy 12 062 dol. PKB per capita”. Szanowny Autor przelicza procenty i stwierdza wzrost dochodów i wtedy i …. obecnie (!). A potem rozdział o drenażu naszego kraju. Dziwne? Jest lepiej (wzrost PKB), a gorzej (wzrost nędzy). Szanowny Autorze! Manipulujesz opinią publiczną nie gorzej niż ekipa Tuskowców! Dolar z 1946-gon nie równa się dolarowi z 1970-go, jeszcze mniej temu z 1989-go, a przy tym z 2014-go to już istny król! A gdzie wskaźnik inflacji?! I uwzględniając go okaże się, iż te wspaniałe 12 kafli to po prostu góra śmieci.

  2. Tak, mamy świętowanie sukcesu trochę na wyrost (choć czy nie jest teraz trudniej niż tuż po wojnie?), ale z drugiej strony:

    Dwa razy większy wzrost za PRL niż przez 25 lat IIIRP? Hm… To zaokrąglenie dla pierwszych 25 lat PRL i wychodzenia z wojennych zniszczeń i 25 lat IIIRP. Gdyby wziąć cały okres PRL to też wypada lepiej, ale nie dwukrotnie, tylko o ok. 25% (stosując porównania jak w artykule i pozostawiając na boku kwestię, czy powstawanie ze strat wojennych nie przyspieszało przypadkiem wzrostu PKB).

    Wtręty o znajomych, którzy nie sięgają GUSowskich 3300… Cóż, różne są środowiska. Jest całkiem sporo takich, gdzie o pensji 3300 na rękę mówi się prawie jak o biedowaniu… Oczywiście, jest ich mniej niż tych biednych, ale są. (Swoją drogą, mówienie o 3 procentach jako ‚błędzie statystycznym’… wolę się nie wyrażać na ten temat…)

    Wyższe/średnie wykształcenie? Pięknie, że Polacy się kształcą, ale niewielu Polaków pracuje w zawodach, które wymagają wysokiego wykształcenia i sprzedają swoją wiedzę za granicę. W większości wypadków poziom wykształcenia ma pewne znaczenie w konkurencji między pracownikami w Polsce i nie ma sensu porównywać go z zagranicą.

    Żony dziadków dzisiejszych 20 czy 30-latków nie musiały pracować. Hm… Ja pamiętam coś zupełnie innego, z wyjątkiem niektórych zawodów (żony górników zwykle nie musiały pracować).

    Warunki ekonomiczne sprawiły, że Polacy musieli się zbuntować? To dlaczego nie buntowali się przy poprzednich wyborach? Przecież sytuacja nie była wtedy lepsza… I dlaczego buntując się, odwołują się do skrajnej prawicy, zwykle głęboko liberalnej (por. doradcy Kukiza)?
    (Na pewno jest źle, jeśli chodzi o typowe perspektywy młodych… Na pewno zachęca to do buntu, ale postać buntu, to co ogniskuje energię społeczną, to jest raczej wynik mody, która padła na podatny grunt, niż jakaś konieczność historyczna.)

  3. TO JEST PIERWSZA w historii RPjakiśtamnumer diagnoza RZECZYWISTYŚCI ale wg mnie stan jest o wiele bardziej dramatyczne niż tylko „chodzi tylko o kasę” bo jakby na to nie patrzeć to wygląda na to ŻE PAŃSTWO MA DAĆ TĄ KASĘ a tu nie ma zgody.
    PAŃSTWO – JEGO OBOWIĄZKIEM – jest takie „zarządzanie”, żeby ludzie zarabiali wytwarzając PRODUKTY FIZYCZNE a nie SYMBOLICZNE, które oczywiście muszą zostać SPRZEDANE-KUPIONE. Od tego podatki wydawane tak jak rzetelny WŁAŚCICIEL robi – racjonalnie wydawane.
    Jakby na to nie patrzeć to:
    – BYT KSZTAŁTUJE ŚWIADOMOŚĆ
    – AKTYWÓW „PRODUKCYJNYCH” NIE MA!!!! (bo prywatyzacja, etc) a to co jest JEST ZBRODNICZO EKSPLOATOWANE – EKSPLOATOWANE a nie wykorzystywane mając na uwadze, że niektóre aktywa (zasoby naturalne) nie są „odnawialne”.
    – mając na uwadze „AKTYWA” mam na myśli skilled workforce potrafiących coś ZAPROJEKTOWAĆ I WYPRODUKOWAĆ.
    – nie da się „wyżyć” – obywatele, państwo – z PKB. Co najwyżej kilka, kilkadziesiąt, kilkaset, kilka tysięcy ZAROBI żyjąc z PKB. W UK na 10 GBP PKB aż 8 GBP pochodzi z „sektora finansowego”.
    Żremy tą „niewidzialną rękę rynku” i możemy podziękować Sorosowi/Sachsowi, którzy sprzedali ją Kuroniowi w Wybiórczej. Podziękujmy Balcerowiczowi, podziękujmy „posłom kontraktowym” za złamanie umowy okrągłego stołu – a posłom „postkomunistycznym” pod przewodem Kwacha/Millera należy się HAŃBA za „trzymanie mordy w kubeł”. Byłbym wdzięczny za zauważenie, że to model tego co się działo w RP po 1989 zostało skopiowane w Rosji (w Rosji PKB spadło o 40% wg LeMonde Dipl), na Ukrainie, z tą drobną różnicą, że Rosja (Putin) się tropnęła. Na Ukrainie – dzięki Kwachowi (za „pomarańczowej rewolucji”) doszło do tego co jest dzisiaj. A będzie gorzej.
    W mojej ocenie sytuacja jaką mamy jest prawie identyczna jak w Grecji z tą różnicą, że Grecja nigdy nie miała przemysłu, nie miała „AKTYWÓW PRODUKCYJNYCH”. Dla mnie analogiczny jest okres po wojnie: TOTALNE ZNISZCZENIE. Polska po wojnie te AKTYWA odbudowała (gorzej lub źle ale ODBUDOWAŁA i POWIĘKSZYŁA) ale po 1989 je „sprywatyzowała” za bezdurno a na dokładkę, sprzedaliśmy „udziały w naszym rynku”.
    Ja rozumiem, że zasada „deko handlu jest lepsze niż kilo roboty” ale ci co odnieśli sukces raczej nie przejmowali się tą zasadą.
    A teraz wisienka na tort: CO NALEŻY ZROBIĆ? KTO TO „COŚ” ma wydumać? Kopacz, Komorowski, Tusk, a może Kaczyński czy JKM czy Kukiz? A może Palikot czy Biedroń lub Hartman albo Środa? Z całą pewnością tego nie zrobią Michnik-Balcerowicz-Sierakowiak-Solorz-BCC-Lewiatan-Gomułka-Góra-Bochniarzowa-Kwachu!!!
    A żeby było śmiesznie to w historii są przykłady „że się da” – tylko trzeba CHCIEĆ.
    A jeszcze jeden detal szczególnie istotny w dzisiejszym świecie: TO MA BYĆ ZROBIONE KOMPETENTNIE I TRANSPARENTNIE. Sorki ale mówimy o socjalizmie (a nawet „komunizmie” wojennym). Tak na marginesie, w czasie II WW Niemcy największą wydajność osiągnęły w 1944!!! – chodzi mi o zdolność organizacyjną!!!).
    Mam nadzieję, że redaktorzy Strajku.eu wzorem autora powyższego artykułu zaczną mówić o sprawach REALNYCH a nie SYMBOLICZNYCH (podoba mi się ten Badiou).

    1. > wygląda na to ŻE PAŃSTWO MA DAĆ TĄ KASĘ a tu nie ma zgody.
      Bo ja wiem? Państwo raczej kasą nie sypnie, choć czasem coś może wesprzeć.

      > PAŃSTWO – JEGO OBOWIĄZKIEM – jest takie „zarządzanie”, żeby ludzie zarabiali wytwarzając PRODUKTY FIZYCZNE
      Być może państwo musi umożliwić, by ludzie mieli za co kupować miejscowe towary. Wygląda na to, że popyt nakręca zatrudnienie.

      > W UK na 10 GBP PKB aż 8 GBP pochodzi z „sektora finansowego”.
      Nie wiem skąd te dane. Nie mam aktualnych, a te które mam (lata 90-te) wskazywały, że sektor usług (o wiele szerzej niż sektor finansowy) odpowiadał za nieco ponad 60% PKB Wielkiej Brytanii.

      > Rosja (Putin) się tropnęła.
      Rosja ma surowce energetyczne na eksport.
      A polityka Putina jest trochę taka, a trochę nie. On przecież nie tylko zachęcał państwo do inwestycji i wspierał konglomeraty państwowych firm, zwalczał oligarchów, ale i wprowadzał podatek liniowy.

      > Ja rozumiem, że zasada „deko handlu jest lepsze niż kilo roboty” ale ci co odnieśli sukces raczej nie przejmowali się tą zasadą.
      We współczesnych państwach usługi przeważają w PKB, co tłumaczą niektórzy ‚postindustrialnością’, ale co chyba lepiej tłumaczy się tym, że daje się produkować coraz taniej (i efektywniej), a usługi nie mają jak poprawić efektywności (co może efektwyniej zrobić bank, albo nawet fryzjer?).

      > Michnik-Balcerowicz-Sierakowiak-Solorz-BCC-Lewiatan-Gomułka-Góra-Bochniarzowa-Kwachu!!!
      Większość swojej krytyki mógłbyś oprzeć na Sierakowskim, a część przebija się czasem do (michnikowej) Wyborczej. Pamiętam też Kwaśniewskiego łagodzącego (ku oburzeniu przerażonych liberałów) pobalcerowiczowski kurs antyinflacyjny. Nie kładłbym na wszystkich tu równej winy.

  4. Znakomity tekst ilustrujący trafną diagnozę polskiego społeczeństwa! Od dawna zastanawia mnie natomiast jedno: dlaczego w wiadomym kierunku nie poleciała jeszcze ani jedna cegła? Dlaczego wszędzie, gdzie się pojawią, celebryci władzy słuchani są z uwagą pełną szacunku? Dlaczego nikt nie krzyknie: dość tego! zlejmy im tyłki! Dlaczego…?

  5. „W miastach praca co prawda jest”

    W Radomiu, Grudziądzu, Włocławku, Zelowie, Szydłowcu, Świdwinie, Głogowie, Dębicy – też ona jest?

  6. My niestety, musieliśmy pracować oboje. Bo moja nierozsądna żona, (jeszcze jako panienka), aby dostać kredyt i spółdzielcze M2, podpisała kontrakt z zakładem pracy, że będzie pracowała 10 lat. Ale tylko rok cieszyła się mieszkaniem, bo po roku miała lokatora, a po drugim drugiego młodocianego. Po czterech latach przeprowadziliśmy się do M4. A po następnych 10 latach rozpoczęliśmy w ramach spółdzielni zakładowej budowę segmentu w szeregówce. Nie byliśmy wysoko wykształconą kadrą, byliśmy tokarzami.

  7. „Żony dziadków dzisiejszych 20 czy 30-latków nie musiały pracować. Dziadkowie byli je w stanie utrzymać z jednej pensji.”

    Szkoda, że moi dziadkowie o tym nie wiedzieli. babcie miałyby tyle czasu więcej dla siebie. Autor chyba pomylił Polskę z USA, a i tam model rodziny „homemaker-breadwinner” nigdy nie objął całej populacji.

    Główna myśl tekstu nie do końca mnie przekonuje. Owszem, frustrację generują problemy ekonomiczne, ale to, że odpowiada na nie dziwak, którego cały program sprowadza się do nacjonalistycznych pomruków i zmiany ordynacji wyborczej (co większości jego elektoratu nie interesuje), to już fenomen na skalę europejską. Zabiedzona młodzież w Polsce w większości wcale nie dostrzega prawdziwych przyczyn swoich problemów.

    1. Górnik mógł chyba utrzymać rodzinę na pewno albo dyrektor państwowego kombinatu. Chociaż nie jest to stwierdzenie poparte dowodami z życia bo mój ojciec i dziadek nie byli górnikami ani dyrektorami. Dodatkowo w PRL każdy z moich rodziców, dziadków a także rodzice znajomych ze szkoły pracowali także też nie wiem jak to było za PRL mieć jednego żywiciela rodziny. Z drugiej strony nie słyszałem wtedy żeby jakiś rodzic samotnie wychowujący dzieci np. z powodu śmierci współmałżonka wpadał w PRL w spirale zadłużenia i tracił mieszkanie spółdzielcze. Nie wiem też jak było z alimentami w tamtym czasie bo po prostu nie pamiętam żeby w moim bloku mieszkał jakiś rozwodnik/rozwodniczka.

    1. Przynajmniej rodzice zaoszczędzą na pielęgniarce na starość? Jak mają wysoka emeryturę i będziesz się dobrze rodzicami opiekował to dożyją do twoich 70-ciu lat.

      Poza tym włosi mieszkają z rodzicami strasznie długo i są uważani za jednych z najlepszych kochanków na świecie. Także prekariusze płci męskiej – biegiem do solarium i głowy oraz przyrodzenia do góry! Nie ważne przecież jak mężczyzna zaczyna ważne jak kończy.

  8. „Są przejawem myślenia własną kieszenią.”

    Jak najbardziej. Młodzi Polacy wolą nawet tyrać na zmywaku w Londynie gdzie minimalna pensja godzinowa rośnie co roku. Młodzi ludzie na śmieciówkach wolą mieszkać z rodzicami/teściami/dziadkami bo to jest z ich punktu widzenia racjonalne i maja gdzieś nawoływania spasionych celebrytów: „Młodzi bierzcie sprawy w swoje ręce i wyprowadźcie się od rodziców”. Jeśli już się wprowadzają to do Berlina, Paryża, Londynu, Sztokholmu lub Oslo.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Prześlepiony bunt. Kto wyszedł na ulice w Marcu 1968 roku?

Fragment książki Michała Siermińskiego „Pęknięta Solidarność”, wydanej nakłade…