Ostatnie afery wokół Trybunału Konstytucyjnego ukazały fikcję tzw. trójpodziału władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Skoro Sejm jako władza ustawodawcza wybiera sędziów TK, czyli władzę sądowniczą, to gdzie tu jest rozdzielność władzy?

Świetnym przykładem fikcji podziału władzy jest sam nasz parlament. Premier i niektórzy ministrowie są posłami, a minister zdrowia Konstanty Radziwiłł – senatorem. Zatem te same osoby zasiadają równocześnie w organach władzy ustawodawczej i wykonawczej. Można stąd wysnuć wniosek, że premier i posłowie pełnią ministerialne funkcje sprzecznie z konstytucją. Łamią prawo! – powinna grzmieć partia, która prawo ma w swojej nazwie. I ministrów-parlamentarzystów.

Aby uniknąć łamania Konstytucji, członkowie rządu, łącznie z jego szefem, po uzyskaniu rządowych nominacji powinni zrzec się mandatów poselskich tak, jak to czynią choćby osoby wybrane do Parlamentu Europejskiego. Taka sytuacja byłaby konstytucyjnie czysta. Rzecz w tym, że taka decyzja byłaby z ich punktu widzenia ryzykowna. Ministrem można przestać być w trakcie kadencji, co oznacza odejście w polityczny niebyt, a przecież nie po to służy się narodowi, żeby naród tego nie widział. Na osłodę pozostałaby im wielotysięczna, licząc w złotówkach, synekurka w jakiejś Radzie Nadzorczej jednej z licznych spółek Skarbu Państwa. Jednak nawet wysokie apanaże nie mogłyby zniwelować strat psychicznych w postaci pozbawienia możliwości błyszczenia w świetle kamer telewizyjnych. Pieniądze to nic w porównaniu z prestiżem i możliwością publicznego prezentowania swojej facjaty i autorskich wynurzeń. Przykładem takiego pozbawionego materialnej chciwości podejścia jest europoseł, który zrezygnował z mandatu, aby zostać prezydentem jednego z krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

Wracając do Trybunału. Przez to, że jego skład wybierany jest przez Sejm, to tym samym staje się łakomym kąskiem ze strony partii, mających parlamentarną większość. Własny, partyjny interes może być na tyle godny najwyższego poświęcenia, że w jego imię postępuje się niezgodnie z Ustawą Zasadniczą – czego dowodem są poczynania PiS i jego prezydenta.

Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: ponieważ pięciu sędziów wyznaczonych (bo przecież nie wybranych), przez sejmową większość, zgodziła się kandydować do Trybunału w trybie niezgodnym z Konstytucją, to tym samym nie mają oni kwalifikacji, pozwalających im na zasiadanie w TK

Powszechnie znane komentarze strony pisowskiej są pozbawione jakiegokolwiek sensu i logiki. Np. Zbigniew Ziobro kwestionuje prawidłowość zgłoszenia kandydatów na sędziów TK przez Sejm poprzedniej kadencji, argumentując, iż do takiego zgłoszenia upoważniona jest grupa posłów oraz Prezydium Sejmu. W jego mniemaniu oznacza to, że kandydaci mieliby być zgłoszeni przez obydwa te dwa podmioty – a nie byli.

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego - od teraz mają orzekać według nowych przepisów, fot. wikimedia commons
Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego – od teraz mają orzekać według nowych przepisów, fot. wikimedia commons

Nie trzeba być z wykształcenia językoznawcą, aby zrozumieć, że słowo „oraz” wyznacza krąg podmiotów uprawnionych, a nie obowiązek wspólnego działania. Idąc tokiem rozumowania pana Ziobry, skoro do zabierania głosu podczas posiedzeń komisji sejmowych upoważnieni są posłowie, przedstawiciele rządu oraz eksperci, to oznaczałoby to, ze mają gadać jednocześnie. Argumentacja Ziobry blednie jednak na tle wynurzeń wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego. Jego zdaniem Trybunał Konstytucyjny nie wydaje orzeczeń, lecz jedynie nikogo do niczego niezobowiązujące opinie. Zgodnie z tą logiką pan Terlecki nie jest posłem, ponieważ głosujący na niego wyborcy tylko wyrazili swoją opinię.

Wodę z mózgu usiłuje robić wyborcom również minister Patryk Jaki. Aby znaleźć uzasadnienie dla odmowy opublikowania w Dzienniku Ustaw orzeczenia TK, posłużył się argumentacją równie pokrętną, co nielogiczną. Twierdzi mianowicie, że urząd premiera nie może opublikować jawnie sprzecznych z prawem orzeczeń Trybunału, np. nakazujących „nam wszystkim się rozwieść”. Pan Jaki nie jest co prawda prawnikiem z wykształcenia, lecz pełni funkcję wiceministra sprawiedliwości. Powinien zatem mieć elementarną świadomość tego, że Trybunał sam z siebie nie ustanawia prawa i nie wydaje orzeczeń według własnego uznania, lecz bada zgodność sejmowych ustaw z Konstytucją. Orzeczenie o rozwodach mógłby wydać jedynie wówczas, gdyby Sejm wpadł na pomysł uchwalenia ustawy, nakazującej powszechne rozwody – i ustawa taka zostałaby zaskarżona przed Trybunałem.

W pogoni za jak najwyższym stopniem argumentacyjnego absurdu, za PiS-em dzielnie podążają kukizowcy. Senior podziemnej opozycji Kornel Morawiecki uważa, że ponad prawem powinien stać „kod aksjologiczny”. Może należałoby taką nowatorską myśl poddać pod referendum – naturalnie gdyby ktokolwiek zrozumiał, co autor miał na myśli. Ciekawe, czy ktoś spośród 26 101 osób, które głosowały na tego pana, zastanawia się nad trafnością swojej decyzji. Również pan Kukiz uznając obecną Konstytucję za niebyłą, gdyż – jak twierdzi – nie służy ona narodowi, tym samym podważa ważność swojego mandatu poselskiego. Wszak został on wybrany do Sejmu na podstawie nieważnego dokumentu.

Pytanie, po co PiS działa w sposób tak nachalny, jest w zasadzie retoryczne. Taki sposób uprawiania polityki jest charakterystyczny dla ugrupowań o ciągotkach totalitarnych. Oprócz naturalnej dla nich chęci posiadania jedynej i niepodzielnej władzy, PiS wprowadziło do życia politycznego dodatkowy element permanentnego wrzenia. Kolejna afera przyćmiewa bowiem aferę poprzednią, o której wszyscy zapominają, pasjonując się awanturą aktualną. Dzięki awanturze o Trybunał, w zapomnienie poszła np. sprawa niezgodnego z prawem ułaskawienia pana Kamińskiego.

Przy tej okazji niektórzy komentatorzy przyrównywali powyższe wydarzenie do standardów białoruskich. Nietrafnie, bowiem prezydent Łukaszenka – owszem – ułaskawia, ale swoich politycznych oponentów. Śmiem wątpić, czy prezydent Duda będzie ułaskawiać polityków opozycji, skazanych na podstawie doniesień ziobrowej prokuratury. Mówiono też krytycznie o standardach obowiązujących w Kazachstanie. Tymczasem standardy te są różne, a niektóre z nich nawet bardziej demokratyczne niż w Polsce. Dla przykładu, w tegorocznych wyborach prezydenckich każdy z kandydatów, łącznie z ubiegającym się o kolejną reelekcję Nursułtanem Nazarbajewem, otrzymał jednakową sumę pieniędzy na wykupienie 15-minutowego wystąpienia w telewizji, 10-mnutowego w radiu i publikację dwóch artykułów w prasie. Każdemu z kandydatów przysługiwał też ściśle limitowany fundusz wyborczy. Te kazachskie standardy warto porównać z polską kampanią wyborczą, gdzie w telewizji dominowały spoty dwóch najbardziej majętnych partii, natomiast pozostałym umożliwiono z łaski kilka krótkich wypowiedzi podczas jednej pluralistycznej debaty telewizyjnej. Może zamiast pouczania innych, warto czasami uczyć się od nich demokracji.

Nowe standardy wprowadza natomiast do parlamentarnej praktyki sejmowa większość. Podczas nocnych sejmowych debat zastosowano swoiste novum w postaci pytań bez odpowiedzi. Ludowa mądrość nazywa to gadaniem do lampy, co można rozszerzyć na gadanie do żyrandola, zwisającego sobie nad głową, także głową państwa.

Z konstytucyjnej awantury płynie jeszcze jeden wniosek. Taki mianowicie, że w polskim prawie rządzi ceremoniał. Nie wystarcza sam wybór na sędziego, niezbędne jest także zaprzysiężenie przez prezydenta. Ta dosyć archaiczna i w gruncie rzeczy śmieszna praktyka miała zapewne w intencji jej twórców nadanie pompatycznej rangi zwykłemu faktowi przyjmowania obowiązków, co miało w sposób niejako arystokratyczny wyróżniać sędziego od innego pracownika najemnego. Owa czcza formułka znalazła jednak praktyczne zastosowanie w politycznych zagrywkach obozu rządzącego.

Podstawowe pytanie, jakie stawiają sobie myślący obywatele RP, brzmi: jak długo panować będzie Bezprawie i Niesprawiedliwość – cztery lata, dłużej czy może krócej? Ten ostatni wariant wydaje się najmniej prawdopodobny, biorąc pod uwagę nieusuwalną większość w obecnym Sejmie. Nie oznacza to jednak, że nie może się wydarzyć. Historia ostatniego ćwierćwiecza wskazuje bowiem na to, że w Polsce rzeczy dziwne, mało prawdopodobne i wymykające się logice, są zjawiskiem normalnym, a nie zaprzeczeniem normy. Jest to nasz niepodważalny wkład w dziedzictwo ludzkości.

Upadek obecnych rządów jest możliwy, jeśli weźmie się pod uwagę strategię PiS, będącą pochodną psychologicznych upodobań jej przywódcy. Polega ona na nieustannym prowokowaniu konfliktów i tworzeniu sobie wrogów – zarówno w kraju, jak i zagranicą. Z tego powodu upadł poprzedni rząd PiS – ponieważ jego premier nie mógł ścierpieć współpracy z jakimkolwiek koalicjantem. Obecnie niby rząd jest jednorodny, jednak oprócz polityków PiS są tam przedstawiciele koniunkturalnie przylepionych ugrupowań prawicowych. One też mają swoje ambicje i nie można wykluczyć podskórnych gierek, osłabiających spoistość formacji pod nazwą Zjednoczona Prawica. Kłótliwość, swarliwość i zamiłowanie do konfliktów może się zatem przełożyć na życie wewnętrzne pseudokoalicji, a stamtąd już tylko kilka kroków do kryzysu władzy.

Można też mieć nadzieję, że grupka pisowskich posłów z dalszych szeregów, do tej pory głosujących na rozkaz szefa, zacznie myśleć samodzielnie i dojdzie do wniosku, że trzymanie się dyscypliny partyjnej oznacza nie tylko łamanie prawa, lecz także w perspektywie czasu będzie działać przeciwko ich osobistym interesom. Posłowie ci powinni sobie uświadomić, że szaleńcza polityka PiS doprowadzi tę formację do politycznej klęski i tym samym do przegrania najbliższych wyborów parlamentarnych. Powinni sobie zdać sprawę również z tego, że znaczna część ludzi, którzy głosowali na PiS, to elektorat płynny, kupiony hasłami socjalnymi, który w najbliższych wyborach może zmienić orientację, wycofując swe poparcie dla partii o mylącej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. A to oznacza utratę znacznej liczby poselskich mandatów. Jarosław Kaczyński i usłużna mu czołówka najprawdopodobniej załapie się do Sejmu na kolejną kadencję. A pozostali? Wystarczy odejście sześciu posłów, aby PiS stracił sejmową większość. A to już oznaczałoby pierwszy krok na drodze do przedterminowych wyborów.

Trzeba też brać pod uwagę społeczną reakcję na rządy PiS. Ludzie mogą jeszcze ścierpieć łamanie Konstytucji, podporządkowanie partii rządzącej sądownictwa i prokuratury, ograniczenie wolności słowa, monopol medialny, czy też inne przejawy dyktatury – dopóki one ich bezpośrednio nie dotyczą. Kiedy jednak dostaną po kieszeni, kiedy przedwyborcze obietnice PiS nie znajdą odzwierciedlenia w rzeczywistości, wyborcy zaczną mieć dość dalszego robienia ich w konia. Trudno jest bowiem ścierpieć jednocześnie i dyktaturę, i biedę, i upokorzenie. Kiedy już całkiem wyjdzie szydło z worka, to trzeba będzie brać dudy w miech. Ewentualne personalne skojarzenia wynikające z poprzedniego zdania są całkowicie przypadkowe.

[crp]

Zobacz także

Jeśli wygra Duda, jeśli wygra Trzaskowski

Ten tekst nie stanowi zachęty do głosowania na żadnego kandydata. Każdy z Was ma jednak pr…