…to wiecie co. Dlatego w trosce o to, by milionom Polek nie zgniły narządy wewnętrzne, parlament postanowił zrobić prezent na święta i podtrzymał większość zastrzeżeń co do konwencji stambulskiej. Bez wdawania się w prawnicze dywagacje – możliwe było ustanowienie ścigania z urzędu tzw. drobnych przestępstw wyczerpujących znamiona przemocy fizycznej. Ale uznano, że nie ma potrzeby. Jeśli domowy agresor uderzy, szarpnie, popchnie, pociągnie za włosy albo wymierzy policzek, ale nie zostawi trwałych śladów – bądź będzie działał tak sprytnie, że nie wyczerpie oficjalnej definicji znęcania, nadal ujdzie mu to na sucho.

Znani ze swojej niechęci do konwencji stambulskiej jako takiej, rządzący argumentowali, że jej zapisy w zasadzie dublują już to, co jest zapisane w Kodeksie karnym, ofiary są chronione w wystarczającym stopniu za pomocą rozwiązań ustawy antyprzemocowej, zaś konwencja to jedynie ideologiczna lewacka nadbudowa krzywdząca mężczyzn. Wiceminister Sprawiedliwości Marcin Romanowski stwierdził, że gdyby polska policja miała ścigać z urzędu każde naruszenie nietykalności cielesnej (również to, do rozliczenia którego potrzebne jest oskarżenie prywatne), to przy takim obłożeniu poszłaby z torbami. W to akurat można uwierzyć. Policja ma ostatnio pełne ręce roboty, pałek i gazu.

Pomijam już żałobne jęki Konfederatów, rozczarowanych faktem, że rząd w ogóle jeszcze konwencji nie wypowiedział, chociaż tyle razy narzekał na jej opresyjny charakter i „oderwaną od rzeczywistości ideologię walki płci”. Na szczęście jest niezawodny w takich sprawach Trybunał Konstytucyjny. Wniosek o zbadanie zgodności konwencji z polską ustawą zasadniczą już czeka w kolejce.

Jednak wiceminister miał rację z tym, że „chodzi o ideologię”. Owszem, zarówno płaczków od Bosaka, jak i ekspertów z Ministerstwa Sprawiedliwości uwiera już od lat myśl przewodnia konwencji – ta mianowicie, że przemoc ma płeć. Prawica przyzna wprawdzie, że znęcanie nad rodziną należy karać, ale podejmie się każdego intelektualnego fikołka, byle tylko nie przyznać, że sprawcami przemocy w przeważającej i przerażającej części są mężczyźni.

Politycy dowodzą, że jej źródłem nie są strukturalne nierówności, ale „patologie społeczne, takie jak alkoholizm, narkomania, uzależnienie od gier, czy obecna w mediach seksualizacja i wulgaryzacja obrazu kobiety”. Wszystko prawda, tylko nadal w statystykach Niebieskiej Karty w ubiegłym roku to mężczyźni stanowili 90 procent ogólnej liczby osób podejrzewanych o przemoc. W 2018 roku – 91 procent. Pomiędzy 2015 i 2017 – 92.

Oczywiście, niedawno przegłosowana przez PiS ustawa daje sporo przydatnych narzędzi walki z „kodeksowymi” znęcaczami. Jednak psychologiczna moc komunikatu o ściganiu z urzędu każdego naruszenia nietykalności cielesnej, w tym incydentów, które wymagają od pokrzywdzonych zainicjowania postępowania i dostarczenia dowodów (co często wiąże się z traumą) – jest nie do przecenienia. Reagowanie nawet na pojedyncze przypadki buduje poczucie bycia bezpieczną pod państwowym parasolem, zwłaszcza kiedy mamy do czynienia ze sprawcą manipulującym czy miotającym groźby. Ale co, jeśli mężczyznom zrobi się przykro?

patronite

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Zasłużył

Piotr Ikonowicz wie, co Polaków boli. I dlaczego boli. Z bólem i krzywdą ma do czynienia w…