Jak najwięcej inwestycji, również na biednych obszarach kraju, krzewienie idei przedsiębiorczości i bardziej solidarny model rozwoju – takimi hasłami operował minister Mateusz Morawiecki podczas wystąpienia w Suwałkach. Patosu było sporo. Równie dużo sprzeczności. Konkretów znacznie mniej.

Minister i wicepremier Mateusz Morawiecki / zrzut ekrany youtube.com
Minister i wicepremier Mateusz Morawiecki / zrzut ekrany youtube.com

Plan Morawieckiego, nazwany oficjalnie “Planem na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” ma przynieść polskiej gospodarce przełom. Jego oficjalnym celem jest zwiększenie inwestycji w technologie zwiększające produktywność i konkurencyjność, a co za tym idzie – wzrost płac i ogólnego dobrobytu.

W piątek na Suwalszczyźnie Morawiecki wypowiadał się na dużym poziomie ogółu i banału, trącającego w dodatku bardziej neoliberalnym spojrzeniem na politykę gospodarczą, niż spojrzeniem solidarnym, które podobno jest ministrowi rozwoju szczególnie bliskie. Jego plan sprowadza się “do tego, żeby opłacało się w Polsce inwestować, jak najwięcej inwestować zarówno z polskich oszczędności jak i z kapitału krajowego, jak i kapitału zagranicznego”. Sporo było natomiast pustych sloganów i ogranych dykteryjek. – Chcielibyśmy tworzyć warunki do inwestowania w miejscach różnych, nie tylko w dużych miastach, ale też w mniejszych ośrodkach takich jak tutaj Suwałki, Suwalszczyzna, żeby doprowadzić do bardziej solidarnego, zrównoważonego rozwoju gospodarczego. Taka jest myśl przewodnia – przynudzał Morawiecki.

Minister nie podał natomiast rozwiązań, które mogłyby zmienić drastyczną obecnie dysproporcję sił pomiędzy pracą a kapitałem, co jest na dziś naczelną patologią polskiej gospodarki. Z ust Morawieckiego nie padły takie propozycje jak zwiększenie roli związków zawodowych, ochrona praw pracowniczych, ukrócenie zjawiska umów śmieciowych czy podniesienie  płacy minimalnej. Być może Morawieckiemu wcale na tym nie zależy, a w jego planie inwestorzy mieliby ciągnąć do Polski właśnie z uwagi na niskie koszty pracy.

Być może nie-neoliberalne myślenie o gospodarce w ogóle jest temu ministrowi obce. Będąc członkiem zarządu, a następnie prezesem banku BZ WBK przez ostatnie 11 lat minister zarobił 33,5 mln złotych brutto. Snuł więc plany o zmniejszeniu nierówności i uczynieniu Polski krajem bardziej sprawiedliwym, inkasując miesięcznie średnio ponad 253 tys. złotych.

[crp]
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Niemcy: tysiące zielonych świateł przed Bundestagiem. Apel o przyjęcie migrantów

Sześć tysięcy zielonych świateł zapłonęło w niedzielę 28 listopada przed gmachem Bundestag…