Coraz większą popularnością cieszą się sklepy internetowe o wdzięcznej nazwie “Lisek”. Liski ratują dupę osobom na kwarantannie, dowożą to, czego się zapomniało, pomogą, kiedy mamy kaca/małe dziecko/jest zimno i ciężko nam wyjść z domu. Nie wszyscy jednak wiedzą, jak praca w Lisku wygląda. Ja wiem.

Niektórzy są przekonani, że można tam po prostu wejść i kupić, co trzeba, inni myślą, że dostarczamy zakupy z marketów. Przynajmniej na początku miewaliśmy gości, którzy chcieli zrobić zakupy. Nic z tych rzeczy.

Lisek posiada swoje własne magazyny, zwane norkami. W Warszawie jest ich już kilkanaście, wciąż powstają nowe. Asortyment jest podobny jak w osiedlowym spożywczaku, ale stale się poszerza – są na przykład dania gotowe, książki, były kalendarze adwentowe,ostatnio pojawiły się skarpetki z logo firmy. Nie ma możliwości zamawiania przez stronę internetową, trzeba mieć smartfon z aplikacją, a płatności dokonuje się kartą (przez internet). Nie skorzystasz więc z Liska, gdy masz zablokowane konto, używasz innego typu telefonu bądź nie masz możliwości ściągnięcia apki.

Z perspektywy pracownika – na Lisku można faktycznie nieźle zarobić.

Najniższa stawka wynosi (teraz, zimą) 23 złote brutto za godzinę, ale zwiększa się w miarę tempa dostarczania zakupów. Lisek reklamuje, że dostarczy zakupy w 10 minut, ale tak naprawdę to mało wykonalne. Zależy, jak duże jest zamówienie i jak daleko trzeba jechać. Jeżeli jest powyżej trzech, czterech kilometrów, dokładnie nie pamiętam, to czasu się nie liczy.

Co do stawek godzinowych są trzy pułapy: black, silver i gold. “Black” to stawka podstawowa, dla osób, którym dostawa najczęściej zajmuje więcej niż 15 minut. “Silver” jest wyższą stawką, obecnie 27 brutto za godzinę, dla osób, którym udaje się dostarczyć większość zamówień w czasie od 10 do 15 minut. “Gold”, obecnie 31 brutto, jest dla osób, u których większość zamówień jest dostarczana w reklamowanym czasie poniżej 10 minut. Rozliczenia są tygodniowe. Jeśli zdarzy się usterka kurierskiego roweru bądź wywrotka, można poprosić o niewliczanie danego kursu do średniej czasów.

Długo system działał tak, że czas przejazdu liczono od wpłynięcia i zaakceptowania zamówienia. Od momentu, gdy wyskoczyło w apce, do dostarczenia go – klikało się w apce “delivery completed”, z tym, że Lisek potrafił czasem się zawiesić. Teraz liczą od wyjazdu z norki do powrotu, bo podobno kurierzy wydłużali sobie trasy. Za to wprowadzono funkcję tzw. pickera, czyli osoby zbierającej zamówienie z magazynu. Jest to o tyle dobre, że kurier ma czas założyć kurtkę, przygotować rower/skuter.

A jednak jest kiepsko.

Bo jednak ciężko się wyrobić z obróceniem w obie strony w 20 minut (chociaż, przyznaję, niektórym się udaje). Najgorzej jest, jak trafi się jakieś ogrodzone osiedle. Raz miałam tak, że mapy Google kazały mi skręcić w lewo, a tam brama, a adres w ogóle nie był na tym osiedlu, tylko gdzie indziej. Po prostu na mapie osiedlowa zamknięta uliczka była pokazana jako normalna droga. Bywa też, że kurier się wywróci i potłucze… Ale wtedy informuje się o tym na czacie swojej norki i można po powrocie odpocząć trochę, a czas się nie liczy do średniej.

Przyznam, że aby było szybciej, zdarzało mi się pojechać rowerem bez światła, bo szukanie działającego roweru i przepakowywanie się do niego to kolejne cenne minuty. Nie raz łamałam przepisy drogowe, a kask ostatni raz miałam na głowie we wrześniu, bo potem już się zrobiło zimno, trzeba było wkładać czapki, a czapka i kask to bardzo duża niewygoda i ograniczone pole widzenia. Jak jadę skuterem, to oczywiście zakładam, na rower zazwyczaj nie. Teoretycznie są za to kary. To jeden z powodów, dla którego piszę anonimowo.

Gold ma pierwszeństwo

Do niedawna było tak, że każdy miał swoją przypisaną norkę. Najczęściej wybierało się tę najbliżej miejsca zamieszkania, bądź z dobrym dojazdem. Wskazywało się dyspozycyjność (używając strony/aplikacji Kadromierz) i według tego przydzielano nam zmiany. Nie zawsze jednak była szansa pracować tyle, ile to możliwa. Na przykład: byłam dyspozycyjna w poniedziałek, wtorek i środę, a grafik dostałam tylko na wtorek. Pierwszeństwo w przydzielaniu zmian mają bowiem osoby ze statusem “gold”. Dostawaliśmy również listę wolnych zmian, na które można się było zapisywać. Standardowo od 8 do 15.30 oraz od 15.30 do 23. Mogły one być w bardzo różnych norkach.

W listopadzie wprowadzono zmiany do pierwszej w nocy (od czwartku do niedzieli), a w grudniu zrezygnowano z systemu wskazywania dyspozycyjności. Teraz można już tylko zapisywać się na wolne zmiany. Obecnie podawane są zmiany krótsze. Jeśli ktoś chce przepracować cały dzień, zapisuje się na kilka zmian z rzędu.

Czasami zdarza się, że w danej norce jest nas za dużo w stosunku do ilości zamówień, a gdzie indziej jest niedobór kurierów. Wtedy firma może kogoś oddelegować. I trzeba przyznać, zapewnia wtedy taryfę w dwie strony, a czasem nawet do domu.

Mój najgorszy dzień

Zdarzają się dni, kiedy zamówienia wpadają jedno za drugim, GPS wariuje, pogoda daje w kość, rower ma usterkę, aplikacja tnie się jak emo, a na dodatek na palecie zalega nierozłożona dostawa. Kolega mi kiedyś opowiadał, że raz jesienią na Muranowie było tyle zamówień, że ciężko się było pójść wysikać. Koleżanka w norce na Służewcu nie sprawdziła baterii w skuterze, a ten jej padł podczas powrotu z zamówienia i musiała w deszczu pchać go 1,5 kilometra.

Ja pewnego dnia trafiła do norki na Wilanowie. Zamówień było multum. Zwykle w dodatku na grodzonych osiedlach- labiryntach, gdzie ciężko było się odnaleźć. Raz zebrałam ochrzan od ochroniarza, że nie z tej strony osiedla wjechałam. Innym razem musiałam dymać po schodkach, których nawigacja mi nie pokazała – trzeba było zostawić rower i iść z buta, na osiedlu było patio czy jak to się tam zwie. Wejścia od strony zupełnie innej ulicy, niż jest adres? Norma.

W pewnym momencie już mi się rozładował telefon i musiałam jeździć z power bankiem. Raz GPS skierował mnie na jakiś dziwny pusty plac na Augustówce, aż się rozpłakałam z bezsilności. Mieliśmy dwóch pickerów i chyba troje kurierów, ale i tak zamówień była cała masa i nie dało się na spokojnie wypić ciepłej kawy. Nie mogłam się doczekać końca zmiany. Zbliżała się 23, ale wpadło zamówienie, pojechałam z nim. Gdy wracałam, w moim rowerze elektrycznym wyczerpała się bateria. Był taki pośpiech, że nie zwróciłam na to uwagi. Musiałam pedałować, przez co pracę skończyłam pół godziny później, niż planowałam (spokojnie, wliczało mi się to do czasu pracy). Byłam wykończona. Na szczęście, nie każdy dzień tak wygląda. Wiele jest lepszych – na razie nie planuję zmieniać pracy.

Firma jakoś o nas dba

Mamy opiekę Medicover, imprezy firmowe i możliwość jako takiego dopasowania grafiku  do własnych możliwości. To, co mi się w Lisku bardzo podoba, to to, że nie marnujemy jedzenia- po tzw. waste (czyli produkty ze zbliżającym się terminem) przyjeżdżają osoby z jadłodzielni, pracownicy też mogą zabierać je do domu. Na magazynach mamy kawę, herbatę, mikrofalę, filtrowaną wodę, a także wygodne poduchy do siedzenia – zdarzało mi się na nich spać, jak nie było zamówień, i bynajmniej nie jestem jedyną osobą, która tak robiła.

Warto wspomnieć, że nie ma “kultu zapierdolu”. Jeśli nie mamy zamówień ani nie przyjmujemy dostawy, możemy robić, co chcemy. Rowery są elektryczne, z bagażnikami, więc specjalnie się człowiek nie namęczy. No i napiwki – rekordzista ponoć wyciągnął w ten sposób dodatkowe dwie stówy. Ale najczęściej są to kwoty rzędu paru złotych.

Nazwisko autorki zostało zmienione.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Będzie wojna? Przecież za nią tęsknimy [wideo]

Polska tradycja wojenna zawarta jest w słowach piosenki: „Jak to na wojence ładnie&#…