W ostatnich dniach ekscytowano się w mediach głównego nurtu, i liberalnych, i niektórych prawicowych, rocznicą początku obrad Okrągłego Stołu. Nie warto streszczać propagandowych zaklęć, które przy tej okazji usłyszeliśmy, bo słyszymy je nieustannie od trzydziestu lat. Warto zwrócić uwagę na okoliczności, które – znowu nie po raz pierwszy – pominięto milczeniem.

Światowa Organizacja Zdrowia co roku publikuje smutną statystykę. Chodzi o liczbę samobójstw w poszczególnych krajach na 100 000 mieszkańców. Spośród krajów Unii Europejskiej, której Polska od 15 lat jest członkiem, Warszawa zajmuje w tym względzie drugie miejsce, tuż za Litwą (nasz wskaźnik to 18,5, litewski – 26,1). Za nami są Łotwa, (17,4), Belgia (16,1), Węgry (15,7) i Słowenia (15,0). Wskaźnik Polski porównywalny jest z takimi krajami jak Zimbabwe (18,0), Białoruś (19,0) czy Republika Środkowej Afryki (19,6). Przedstawiana przy każdej okazji jako piekło na ziemi Rosja ma wskaźnik nieco od Polski niższy (17,9). Lepiej wypada także Ukraina z wynikiem 16,6. Traumę i obciach tego zestawienia podkreślają jeszcze następujące dane: w zestawieniu ilości samobójstw wśród nieletnich (do 19 roku życia) Polska zajmuje drugie miejsce w Europie tuż za Niemcami*.

Warto przytoczyć także dane GUS, z których wynika, że w 2018 r. zmarło 414 tysięcy mieszkańców Polski co oznacza wzrost o 3 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Od zakończenia II wojny światowej nie było roku, w którym zmarłoby tak wielu Polaków. Wcześniej szacowano, że taką śmiertelność osiągniemy dopiero za trzynaście lat. I nie jest to tylko efekt starzenia się społeczeństwa. Problem tkwi głównie w dostępie do opieki medycznej. Indeks HAQ, który określa, jak opieka medyczna przekłada się na zmniejszenie ryzyka zgonu wynosi dla Polski 82,1. Dla porównania – w Czechach jest to 89,0, w Irlandii – 94,6, w Holandii – 96,1.

W zderzeniu z tymi statystykami, z beznamiętną i brutalnie racjonalną analizą więdną demoliberalne zaklęcia o mega-sukcesach polskiej transformacji zapoczątkowanej przez „Solidarność”, a potem kontynuowanej przez jej politycznych spadkobierców. Ale te dane nie zostawiają także suchej nitki na radosnym szczebiocie narodowych katolików, czcicieli świętości Jana Pawła II patronującemu tej transformacji, na aktywnych członkach Kościoła katolickiego w Polsce. To dramat religijny, intelektualny i społeczny z jednej oraz katastrofa humanitarna, intelektualna i społeczno-polityczna tzw. transformacji i elit w nią zaangażowanych z drugiej.

Wolnorynkowa i narodowo-katolicka propaganda sukcesu trwa, niezależnie od tego, ile przedstawić dowodów prawdziwego oblicza transformacji. Co to znaczy, jeżeli zwyciężczynią plebiscytu na Polkę stulecia, została błogosławiona Faustyna Kowalska, Danuta Siedzikówna ps. „Inka” oraz Wanda Półtawska? Jeżeli propaguje się wyłącznie klęski narodowe, przegrane powstania i kampanie wojenne? Znaczy ni mniej ni więcej, że w Polsce XXI wieku wzorami do naśladowania mają być ludzie fanatycznie religijni, ochotnie ginący za sprawę, przepraszam, Sprawę, symbole porażek, najczęściej krwawych i nic nie dających. Naprawdę niczego innego współczesna Polska nie potrzebuje, żadnego innego zaangażowania?

*-przytoczone dane dot. lat 2016-17

paypal

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Spartaczona robota, ponieważ nie pokazano w tekście dowodów na ideologiczny ogonek wpisu, tj. związek samobójstw z mentalnością – z przekonaniami religijnymi czy politycznymi. Tylko jakieś rankingi, sondaże pewnie przeprowadzone z samobójcami.

  2. Bardzo dobra robota, panie Radosławie.
    Pewne tragiczne statystyki trzeba pokazywać, uświadamiać ludzi.

  3. Jakoś w 1989 r. ciche byłe te głosy krytyczne ze strony ówczesnych członków PZPR co do kierunku przemian. Później w okresie oświeconej władzy lewicy też nie jakoś nie były słyszalne.

  4. Ale po co zajmować się poważnymi tematami, jak można bawić się cały czas w wojenki historyczno-świątopoglądowe. Można sobie zdobyć kilka punktów w wyborach „wychwalając Pana” i „chodząc (a nie wierzyć) publicznie do kościoła”, ale już na to, aby przygotować systemowe rozwiązania, aby realnie podnieść dzietność to rzecz nie warta zachodu, nawet jeśli ona byłaby zbieżna z „katolickimi” wartościami rodzinnymi. Od wejścia do Unii publicznie wszyscy niestety pozorują debatę a zmian jak nie było tak nie będzie.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Holokaust i negacjonizm, czyli o Kościele kowidowym

Przeczytałem ciekawy komentarz mego redakcyjnego kolegi Piotra Nowaka o tzw. denialistach,…