(Fakty i Mity) Izabela Marczak: Co się dzieje z polskimi mediami? Ostatnio spotkałam się z opinią, że od kiedy na rynku prasy pojawiły się tytuły narodowo-katolickie, a TVP stała się telewizją PiS, dziennikarstwo sięgnęło dna? Kłamstwa, manipulacje, żenujący poziom dyskusji, a właściwie jej brak… całkowita degrengolada.

Jacek Rakowiecki: Sądzę, że geneza tej degrengolady jest dużo bardziej skomplikowana, a PiS nie jest jej przyczyną, lecz skutkiem. Za doprowadzenie mediów do tak żałosnego stanu, jaki mamy dziś, odpowiadamy wszyscy: politycy, właściciele mediów, dziennikarze i w końcu też społeczeństwo. Proces upadku zaczął się dobre kilkanaście lat temu i w dużej mierze miał podłoże ekonomiczne. Zachłysnęliśmy się kapitalizmem i zapomnieliśmy, że dziennikarstwo, to owszem – biznes, ale także i misja. W cywilizowanych zachodnich krajach media strzegły tego, by owej misji nie stracić z oczu, pomimo borykania się ich wydawnictw z prawami ekonomii. U nas oczywiście dziennikarze mówili o misji, tyle że to nie oni, lecz właściciele mediów byli decydentami. Symbolem błędów jakie popełniono, a które przyczyniły się do dzisiejszej sytuacji, jest m. in. wejście Agory na giełdę. Kiedy medium z misją wchodzi w świat udziałowców – ludzi, którym zależy wyłącznie na zarabianiu pieniędzy, misyjność musi zejść na daleki plan. Giełda chce szybkiego zysku. Jej nie interesuje, że stworzenie i prowadzenie dobrego jakościowo pisma wymaga nakładów i czasu, bo trzeba w nie inwestować, szkolić zespół i powoli, krok po kroku wypracowywać sobie pozycję, bez naginania kręgosłupa, bez ulegania wpływom, bez taryfy ulgowej. Wydawnictwo, które weszło w świat giełdowy, stanęło tym samym do wyścigu, w którym udział bierze fabryka margaryny i producenci dóbr wszelakich. To nie mogło się udać.

A udało się w innych kapitalistycznych krajach?

Na Zachodzie gros mediów nigdy nie pozwoliło sobie na stanie się spółką giełdową. Aby jednak istnieć i utrzymać się na rynku, musiały funkcjonować mechanizmy, które chroniłyby je przed plajtą. Tym mechanizmem była m.in. ochrona państwa. Niewiele osób wie, że np. w skrajnie wolnorynkowych USA już dawno temu wprowadzono dla pism opiniotwórczych ulgę pocztową, która obniżała znacząco koszt prenumeraty prasy. Wspierano tak jednak wyłącznie pisma opiniotwórcze. O tym czy dane medium można było za takie uznać, decydowały nie poglądy, ale prosta zasada – jaki procent całej powierzchni czasopisma zajmują teksty, a jaki cała reszta: ilustracje, zdjęcia, reklama. Na ulgi mógł więc liczyć oszczędny wizualnie New Yorker, ale już nie rozpasane wizualnie Vanity Fair, choć przecież ono także zamieszczało wiele ważkich tekstów. Podobnie było w Europie Zachodniej. Jedni dawali poważnym mediom ulgi podatkowe, a Francja nawet wydała kilka lat temu wiele milionów euro na ratowanie opiniotwórczej prasy. Gdyby jednak 10 lat temu coś takiego Tusk zaproponował w Polsce, powieszono by go na pierwszej napotkanej gałęzi. I nie zrobiłoby tego społeczeństwo, ale same media, nie rozumiejące swojej roli w demokracji.

Dlaczego?

Bo przecież nie po to walczyliśmy o kapitalizm, by teraz chcieć jakiś przywilejów od państwa. Nasz głęboki uraz do socjalizmu, a z tym właśnie kojarzyły nam się przywileje, uwstecznił w nas racjonalne myślenie. Jeśli media całkiem słusznie nazywa się czwartą władzą, to na uczciwych zasadach ta władza winna być wspierana przez państwo, tak samo, jak państwo finansuje sądy, a mimo to lub może właśnie dlatego pozostają one niezależne. Rzetelna informacja i opinia nie jest w demokracji mniej ważna od uczciwego wyroku.

Duma i honor…

Raczej głupota i wyposzczenie. Głupota, bo każdą redystrybucję podatków uznajemy za powrót do „komuny”, nie zastanawiając się, czemu ona służy. Wyposzczenie, bo po latach oglądania różnych dóbr przez szyby Pewexu, kiedy dostaliśmy do nich dostęp, zachłysnęliśmy się konsumeryzmem. Świat komercyjnego wolnego rynku, który ma oczywiście wiele zalet, przesłonił nam realny ogląd rzeczy. Nie ostrzegliśmy, że o ile nie podchodzi się do niego z dystansem, będzie on nieustannie generował sztuczne potrzeby i starał się je zaspokajać jak najtańszym kosztem.
W mediach doprowadziło to do tabloidyzacji, do spłycania tematów, pogoni za sensacją, która zaspokoiłaby masową ciekawość. Złe wieści łatwo sprzedać i można je tanio wyprodukować. Byle stażysta jest w stanie napisać tekst mówiący o negatywach, ale by sprzedać dobre wieści, tak by nie zabrzmiały one jak laurka, potrzeba profesjonalisty, a to już kosztuje. W efekcie szybko osiągnęliśmy sytuację, w której masowy odbiorca siedząc w wygodnie w fotelu, oczekiwał odpowiedniej porcji „bad news”. Konkurencja rosła, na rynku zaczęło się robić tłocznie. Zaczął się dziki wyścig i dziennikarstwo stało się czymś w rodzaju owej fabryki margaryny. Im więcej, im tańszym kosztem, tym lepiej.

Na to nałożył się jeszcze rozwój internetu…

Na tym polu też się nie popisaliśmy. Bo choć od dawna mówiono, że internet zawojuje wszystko, my kompletnie się do tego nie przygotowaliśmy. Weszliśmy w dobę internetu bez żadnego pomysłu na monetyzację treści medialnych, która zrekompensowałaby spadek wpływów z tradycyjnej sprzedaży. Dużo gadaliśmy, ale ostatecznie zaskoczył nas fakt, że czytelnik, który ma dostęp do treści w sieci, nie będzie czuł potrzeby sięgania po gazetę papierową. Dodatkowo większość ludzi w Polsce przyjęła, że treść w internecie jest programowo darmowa, skoro już płacimy jego technicznym dostawcom. Nie rozumieli, że „ludzki” koszt stworzenia artykułu w internecie, jest taki sam, jak w wersji papierowej. W związku z tym nie było ani chęci, ani woli np. do płacenia abonamentu za dostęp do rzetelnej informacji.
I dziś raczej również nie budzi to entuzjazmu. Wystarczy spojrzeć, jaki sprzeciw wywołuje kwestia płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego.
Tyle, że idea mediów publicznych zasadza się właśnie na abonamencie, dzięki któremu można produkować wysokiej jakości materiały, które z kolei podnoszą poprzeczkę wymagań odbiorcy wobec mediów komercyjnych.

Obecnie sprzeciw budzi raczej to, że owe materiały są przede wszystkim demagogiczne i mocno upolitycznione.

To prawda. Politycy mocno przyczynili się do tego, że dziś mediów publicznych nie można nazwać niezależnymi. Innym krajom to się udało, patrz choćby brytyjska BBC, Polska jednak nie stworzyła żadnych standardów, które po PRL-u pozwoliłyby telewizji stać się wolną od politycznych wpływów. Ponieważ przez cały czas im podlegała, przestała być dla Polaków autorytetem. Trudno więc było sensownie wytłumaczyć polskim odbiorcom, dlaczego mają płacić abonament na medium, które z jakością i obiektywizmem ma coraz mniej wspólnego. A dziś to już w ogóle…

Sporo tych naszych „demokratycznych” błędów, uchybień i ignorancji się uzbierało.

Rzecz w tym, że my się przez te wszystkie lata dość mało wgłębialiśmy w istotę demokracji, która polega na kompromisie i poszanowaniu woli większości połączonym z ochroną interesów mniejszości. Dla nas demokracja jest dobra, gdy odpowiada naszym interesom. Polska klasa średnia chętnie podchwyciła najbardziej prostacką wersję neoliberalizmu, hołdując przekonaniu: „głupiś boś biedny, biednyś boś głupi”. W tym „żarciku” właśnie zawiera się owe całkowite niezrozumienie zasad demokracji, która w swojej polskiej wersji przegapiła tych, którzy odstawali w tym całym marszu „sukcesu”.

„Demokratycznie” ignorowani i wykluczani, w końcu dostali głos.

Nie tyle głos, bo oczywiście nie mają nadal nic do gadania, co poczucie satysfakcji za lata upokorzeń. Hurrapatriotyczna i ksenofobiczna ideologia PiS-u części z nich bardzo odpowiada, bo wykluczeni społecznie, ekonomicznie czy kulturowo potrzebują wzmocnienia, podbudowania poczucia własnej wartości, w kontekście bycia Polakiem. Do tej pory media ochoczo obrzydzały im ich państwo. Na fali komercjalizacji, w pogoni za sensacją generowaną tanim kosztem, dominującym rozwiązaniem była nieustanna krytyka: krytykujesz, – znaczy jesteś niezależny, chwalisz – jesteś podejrzany. W sytuacji, gdy Polak zawsze musi być „naj”, albo najlepszy, albo najgorszy, i tylko wtedy jest zadowolony, propagandę narzekania i samobiczowania własnego państwa łatwo dało się zastąpić propagandą państwowego triumfalizmu.

Posuwając się nawet do kłamstwa w żywe oczy?

Rzeczywistość zawsze bardziej czy mniej naciągano pod atrakcyjne, wyraziste tezy. Kiedyś jeden bulwersujący wyrok sądowy stawał się dla tabloidowych dziennikarzy dowodem na całkowitą kompromitację całego polskiego wymiaru sprawiedliwości, co skądinąd stanowiło znakomitą podbudowę dla PiS-owskie propagandy „Polski w ruinie”. Dziś – każda obłąkana decyzja Macierewicza staje się dowodem, że nasze militarne bezpieczeństwo jest coraz wyższe. Ale trudno w ogóle mówić o obiektywnym przedstawianiu rzeczywistości, kiedy polskie elity i członkowie klasy średniej stracili z tą rzeczywistością kontakt. Pamiętam jak parę lat temu koledze pracującemu w dużej gazecie opowiadałem o moich młodych znajomych, którzy choć skończyli studia, od trzech lat nie mogą znaleźć pracy. Kolega skomentował, że muszą to być jacyś wyjątkowi nieudacznicy, bo jego dzieci po studiach pracę znalazły od razu. Odparowałem:: „Rety, stary, żyjesz w jakiejś szklanej bańce. Nie wiesz z jakimi problemami borykają się dzieci w szkołach publicznych, bo swoją progeniturę posłałeś do prywatnych placówek, nie wiesz co się dzieje w publicznej służbie zdrowia, bo masz płatną opiekę medyczną, mieszkasz na osiedlu zamkniętym, z dala od życia za bramą. I w takiej izolacji od prawdziwego życia piszesz teksty, redagujesz i decydujesz, o czym będzie pisać twoja gazeta”.

Do czego w ten sposób doszliśmy?

Choć nikt nie zrobił jakiś miarodajnych badań, sądzę, że w ciągu ostatnich 15 lat zatrudnienie dziennikarzy na tzw. full time block spadło o jakieś 60-70 proc. Owszem jest mnóstwo prekariatu, mnóstwo stażystów, którzy mogą pracować na akord, produkować wiele masy kartoflanej, w miejsce niegdyś zajmowane przez teksty dziennikarskie. Jakość się nie liczy, rządzi ctrl c/ctrl v. Dodatkowo wraz z szalenie ostrą walką politycznoświatopoglądową, jaka toczy się w Polsce od lat, również w mediach nastąpił podział na dwa obozy. Z zastrzeżeniem, że nie jest to podział symetryczny.

To znaczy?

Według mnie nawet najgorsze jakościowo antypisowskie media, zawsze mają i tak pięć razy wyższy poziom od tych propisowskich. Kiedy patrzę na Gazetę Polską, mam przed sobą biuletyn partyjny, który opisuje tylko ten fragment rzeczywistości, jaki pasuje do ich światopoglądu. Tam nie ma miejsca na dyskusję, na wątpliwość, rozważenie innych opcji, a nawet podawanie faktów, które kłócą się z ich wizją. Po drugiej stronie taki spór i rozmaitość poglądów istnieje i co najważniejsze nie unika się informowania o wydarzeniach korzystnych dla władzy. Symboliczne jest też to, że Gazeta Wyborcza była w stanie dać NIKE Rymkiewiczowi, doceniając jego twórczość, choć to przecież ktoś o drastycznie odmiennym światopoglądzie. Nie znam przypadku, w którym taka sytuacja miałaby miejsce po stronie mediów prawicowych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo fundamentem prawicowych mediów jest nienawiść, a ta nie może się wahać. Grzechem mediów antypisowskich jest co innego – pogarda. Tylko pogarda jednak czasem się waha i ma wątpliwości, nienawiść – nie.

Ideał sięgnął bruku. Ma pan pomysł jak odbić się od dna?

Jak wyleczyć się z nienawiści i pogardy? Naiwnością byłoby wyjść i powiedzieć ludziom: „kochajcie się”. Niestety nie ma już w Polsce autorytetów, które mogłyby łączyć. Kiedyś dla większości takim autorytetem był Kościół, ale dziś przez rozliczne swoje grzechy, głównie pychy i chciwości oraz opowiedzenie się wyłącznie po jednej stronie, bezpowrotnie stracił on tę pozycję. Ale jakoś musimy znaleźć sposób, by nauczyć się wspólnie żyć i wzajemnie tolerować. Spójność społeczna jest konieczna, jeśli chcemy przetrwać jako zbiorowość i państwo. W końcu żyjemy w jednym kraju i jesteśmy na siebie skazani. Problem w tym, że chyba nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pyta Pani jak odbić się od dna? Nie wiem.

Jacek Rakowiecki – polski dziennikarz prasowy, działacz opozycji w okresie PRL. W stanie wojennym internowany. Współtwórca „Gazety Wyborczej”. Był członkiem „Tygodnika Powszechnego”, redaktorem naczelnym „Vivy!” „Przekroju”, „Foyer”, „Filmu”, zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” i rzecznikiem prasowym TVP w latach 2013-2015. Wykładowca dziennikarstwa w Collegium Civitas. Członek Towarzystwa Dziennikarskiego i Twórca Funduszu Mediów. W 2007 r. za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Odmówił przyjęcia odznaczenia z rąk prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z powodu „przekonań politycznych”.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. napiszcie coś czego ludzie nie wiedzą, media w Polsce sięgnęły dna i tam jest im b.dobrze bo za partnerów mają wszelkiej maści matołów politycznych, bardziej cenię zawodowych złodzieji gdyż oni mają jakiś kodeks a politycy i dziennikarze idą po trupach by osiągnąć swój cel

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

CHCIWOŚĆ celebrytów, praca dzieci i inne grzechy Instagrama. Maja Staśko ostro o influencerach

To ważna rozmowa Maliny Błańskiej z Mają Staśko – aktywistką na rzecz praw kobiet, p…