Site icon Portal informacyjny STRAJK

Między dżumą a dżumą

Wybory w USA

www.flickr.com/photos/ait_taipei/

W USA nadchodzą wybory prezydenckie – odbędą się 3 listopada. Amerykańska klasa polityczna po raz kolejny postawiła swoje społeczeństwo przed wyborem, w którym nie ma dobrej czy choćby przyzwoitej opcji.

Sondaże wróżą jednoznaczne zwycięstwo wiceprezydenta w administracji Obamy, Joe Bidena i takąż porażkę obecnego prezydenta Donalda Trumpa. Kto jednak może dzisiaj ręczyć za sondaże? Cztery lata temu tak samo pewne były one zwycięstwa Hillary Clinton.

Nadchodzące wybory są po trosze ucieczką od tamtych sprzed czterech lat, na pewno dla demokratów, którzy wystawiają Bidena – ale są ucieczką, która zrobiła 360 stopni i wróciła do punktu wyjścia. Jak dowodzi politolog Seth Masket, wybory z 2016 pozostawiły demokratów w stanie kompletnego skołowania, z którego do dzisiaj nie wyszli. W przeciwieństwie do innych historycznych porażek wyborczych, po których proces ten trwał zwykle kilka tygodni, góra miesięcy, tym razem Partia Demokratyczna przez cztery lata prezydenckiej kadencji nie wypracowała nawet konsensusu, jak rozumieć, jak sobie tłumaczyć, jak sobie opowiadać porażkę Madame Clinton. Nie doszli więc nie tylko do prawdy o źródłach tej porażki, ale nawet do zgody wokół jakiejkolwiek (pocieszającej, usprawiedliwiającej, mistyfikującej, jakiejkolwiek!) wersji tamtych wydarzeń, którą większość z nich przynajmniej w ogólnym zarysie by podzielała.

W tym sensie wystawienie do wyścigu Bidena byłoby nie tyle nawet odpowiedzią, choćby chybioną, na porażkę Clinton, na jakąś, niechby i niesłuszną, analizę tej porażki – np., że wystawienie kobiety, „feministki”, było zbyt radykalnym eksperymentem. Byłoby raczej próbą zawracania rzeki kijem, ucieczki w czasy jeszcze sprzed tego eksperymentu (w którym, w rzeczywistości, nie było zresztą nic ze szczerego radykalizmu a więcej z quasi-dynastycznego namaszczenia przez wierchuszkę nowojorsko-waszyngtońskiej plutokracji). Jakby w nadziei, że taki powrót w czasie mógłby unieważnić konfuzję roku 2016, odczynić ją.

I dlatego, że była próbą zawracania rzeki kijem, decyzja ta postawiła Amerykanów przed przedziwną powtórką z rozrywki, karykaturę poprzedniej sytuacji. Dostali przeciwko Trumpowi Hillary Clinton 2.0, ale w spodniach i z demencją. Demencją, z której po cichu zdają sobie sprawę także ci, którzy na głos agitują na rzecz Bidena, byle odsunąć Trumpa z urzędu. Demencją, o której ci, którzy otwarcie kandydaturę Bidena krytykują (lewicowy akademik Steven Salaita na swoich platformach społecznościowych), mówią, że jest i tak jedynym, co można w tym człowieku lubić.

Amerykanie – tak jak cztery lata temu – znów będą więc wybierać nie tyle nawet między dżumą a cholerą, co między dżumą a dżumą.

Dawno, niedawno temu, w 2016

W 2016 Amerykanie musieli wybierać między rasistą wulgarnym a elegancką rasistką w białych rękawiczkach. Wbrew pozorom to ona miała na sumieniu bez porównania więcej złamanych istnień ludzkich, które przyszły na świat w skórze niefortunnego koloru. Trump dla poklasku wygadywał obrzydliwe rzeczy (o Meksykanach jako gwałcicielach, itd.), ale w 2016 nie był jeszcze odpowiedzialny za żadną długofalową politykę w stosunku do nie-białych populacji (nigdy wcześniej nie sprawował żadnego urzędu). Madame Clinton natomiast za prezydentury swojego męża prowadziła aktywną kampanię oswajania Amerykanów z Clintona Billa polityką zastępowania instrumentów państwa opiekuńczego masową inkarceracją, głównie Czarnych i Latynosów. Ich populacja w więzieniach wzrosła o kilkaset procent, gdy Hillary nazywała ich w telewizji „miejskimi drapieżnikami”. W krótkim okresie na stanowisku sekretarz stanu w administracji Obamy zdołała wywołać dwie do dzisiaj niszczycielskie wojny, w Libii i Syrii, których ofiary to Arabowie i Afrykańczycy.

W 2016 Amerykanie musieli wybierać między gwałcicielem, któremu wszystko zawsze uchodziło na sucho, a karierowiczką-„feministką”, która w kluczowym momencie użyła polityczno-emocjonalnego szantażu, żeby jej mężowi na sucho uszły jego seksualne nadużycia, molestowanie i wykorzystywanie podwładnych. Wierchuszka partyjnej oligarchii i wielkomiejskie elity liberalnego feminizmu zamiotły to wszystko pod dywan, zawarły pakt o zbiorowym milczeniu, żeby się to później nie kładło cieniem na przyszłej prezydenckiej nominacji jej ekscelencji małżonki (już wtedy postanowiono w tych kręgach, że prezydencka nominacja się w przyszłości Madame Clinton „należy”).

2020: prezydent Trump, prezydent Biden?

W 2020 znowu będą musieli wybierać między rasistą wulgarnym, a rasistą w białych rękawiczkach. Biden, publicznie przyjaciel „pierwszego Czarnego prezydenta”, ma na sumieniu nawet autorstwo ustaw, które w latach 90. złożyły się na proces masowego więzienia „kolorowych” przez administrację Billa Clintona i kolejne.

Jest i różnica. W 2020 będą już najwyraźniej wybierać między dwoma gwałcicielami, a na pewno pomiędzy dwoma mężczyznami obciążonymi całymi seriami takich oskarżeń; mężczyznami, którzy nigdy nie musieli na te zarzuty odpowiedzieć, bo od dawna są zbyt wpływowi w swoich kręgach. Internet pełen jest odpychających fotografii i nagrań przedstawiających starego Bidena niemal oblizującego przy świadkach osoby płci żeńskiej, które zabłąkały się w jego pobliże. Piszę „osoby płci żeńskiej”, bo niektóre z nich były stanowczo za młode, by je już nazywać kobietami. Co wyrabiał bez świadków, wiedzą tylko te nieszczęśliwe dziewczyny.

W jednej płaszczyźnie wybór, którego Amerykanie dokonywali w 2016, miał realne znaczenie. Albo prezydentka, która zaszkodzi głównie reszcie świata (dwie wojny, których skutki wstrząsają światem do dzisiaj, udało jej się wywołać w znacznym stopniu za plecami Obamy i pomimo jego oporu, w krótkim okresie urzędowania w jego administracji – do czego byłaby zdolna, sama urzędując z Gabinetu Owalnego?). Albo prezydent, który zaszkodzi głównie Amerykanom, niszcząc przede wszystkim ich własny kraj od wewnątrz. W tym sensie w wyborze, którego dokonali, było coś na swój paradoksalny sposób nawet heroicznego.

To nie jest popularna opinia na lewicy, ale fakty pozostają faktami. Przy całym obłędzie Marchewkowego Kaliguli i jego administracji, jest to pierwszy od dziesięcioleci amerykański prezydent, który nie rozpoczął jeszcze żadnej nowej wojny. Kilka razy (Korea Pn., Iran) był blisko, a jednak w ostatniej chwili dokonał odwrotu. Trump rozpętał, owszem, „rasową wojnę domową” na ulicach wielkich amerykańskich miast, ale żadnej kolejnej wojny na świecie.

Jednak ten aspekt różnicy między kandydatami demokratów i republikanów być może już się „wytarł”, wyczerpał. Ktokolwiek wygra 3 listopada – czy w styczniu rozpocznie się pierwsza kadencja Joe Bidena, czy druga Donalda Trumpa – nowych wojen Imperium Dolara tym razem już nie unikniemy.

Biały Dom i „partia wojny”

Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że nie chce być odpowiedzialny za wywołanie wojen. Jest bez wątpienia złym i podłym człowiekiem. Jednak zło ma swoje stopnie. Trump jest dość zły, by być oszustem w interesach, czerpiącym rozkosz z upokarzania innych i najpewniej gwałcicielem, ale odpowiedzialność przed Historią za kolejne wojny wyraźnie jest widmem, które potrafi go zmrozić. Tylko, że uniknięcie kolejnych wojen nie wynika jedynie z tego, że Marchewkowy Kaligula nie chce być za nie odpowiedzialny albo pamięta, że kluczową rolę w jego wyborczym zwycięstwie odegrały trzy zniszczone ekonomicznie stany, których mieszkańcy stracili zbyt wielu synów na dotychczasowych amerykańskich wojnach i obawiali się, że Hillary rozpęta następne.

Obama też nie chciał „swoich” wojen, a te przejęte po Bushu pragnął zakończyć, podobnie jak zamknąć obóz w bazie Guantanamo. Ale, cytując Edwarda Snowdena, „był tylko prezydentem”, jego dobra wola nie wystarczała, by powstrzymać wojenną machinę Imperium Amerykańskiego. Trumpowi przez cztery lata się udało, bo jego strach przed wstąpieniem na tę ścieżkę zbiegł się z innymi okolicznościami. W waszyngtońskiej „partii wojny” (obejmującej demokratów na równi z republikanami) nie było zgody, kto powinien być wrogiem numer jeden, Rosja czy Chiny. Zwycięstwo Trumpa w 2016 pomieszało trochę stosunek sił pomiędzy tymi frakcjami, umacniając tych, którzy celują w Chiny. Jednak administracja Trumpa to cyrk na kółkach i nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać. Jak z takim przywództwem iść na tak wielką wojnę, z takim przeciwnikiem? Z tego względu nawet jastrzębie „partii wojny” próbowały tę administrację przeczekać, w międzyczasie podkręcając wszystkie możliwe napięcia, żeby było od czego odskoczyć, gdy w Białym Domu nastanie ktoś bardziej „rozsądny”. Dlatego tak im pasuje Biden: nie oprotestował nigdy żadnej wojny, a do tego jest w takim stanie, że będzie go można przestawiać z kąta w kąt jak późnego Breżniewa.
Gdyby Trump wbrew sondażom jednak wygrał, na kolejne cztery lata bez nowych wojen raczej nie możemy już liczyć. „Partia wojny” zagryzie wargi, wciągnie powietrze i zacznie przeć do wojny mimo wszystko, choćby z pajacem na czele, raz kozie śmierć. Z ich punktu widzenia: lepsza najbardziej chaotyczna wojna niż żadnej nowej wojny przez kolejne cztery lata. Trump jest zbyt niedoświadczonym i nieracjonalnym politykiem, żeby mógł w nieskończoność wygrywać takie zagrania, jak z Iranem czy Koreą Pn. Ponadto stanie się zakładnikiem skrajnie prawicowej, rasistowskiej, nacjonalistycznej, faszyzującej części swojej bazy, kręgów, do których przez kilka lat robił umizgi, żeby utrzymywać swoją kruchą popularność. Trump wierzy, że to on używa tej części elektoratu do swoich celów, ale taki dyskurs w końcu zaczyna żyć własnym życiem – stanie się kiedyś ogonem, który zacznie merdać psem.

Pstry koń sondaży

Choć sondaże są pewne, że wygra Biden, o wynikach amerykańskich wyborów nie decyduje po prostu suma głosów. Jest to skomplikowana łamigłówka, w której głosy w poszczególnych stanach tłumaczą się nierównomiernie i niekoniecznie proporcjonalnie na liczbę elektorów wystawianych tam przez partie, których kandydat w nich zwyciężył. Hillary Clinton pokazała w 2016, jak można w takim systemie zdobyć większość głosów, a i tak przegrać wybory, wszystko w zgodzie z ordynacją wyborczą.

Podobnie jak w 2016, dziesiątki milionów Amerykanów głosować będą nie za którymś z dwóch kandydatów, a przeciwko drugiemu. Głosy przeciwko, głosy motywowane niechęcią bardziej niż poparciem, są bardziej kapryśne. Jednego człowieka konieczność głosowania przeciw a nie za może w ostatniej chwili zniechęcić, innego nienawiść do kontrkandydata może w ostatniej zmobilizować. Od czasu referendum brexitowego w Wielkiej Brytanii mamy też w starych liberalnych demokracjach do czynienia z trendem, w którym jednym z czynników mobilizujących ludzi do głosowania jest opór przeciwko sondażom.

Liberalna strona amerykańskiego pola politycznego wyrażała niejednokrotnie obawę, że Trump może odrzucić wynik wyborów i próbować trzymać się władzy siłą. Scenariusz szczególnie ponoć możliwy, gdyby wybory zakończyły się kosmetyczną różnicą w liczbie głosów. Wygnanie z Białego Domu może oznaczać koniec bezkarności Donalda Trumpa (przestępstwa seksualne, podatkowe, finansowe), przeciwko któremu mogliby się wówczas zmobilizować jego wrogowie i już na zawsze go zneutralizować. Dlatego Trump mógłby, teoretycznie, być gotów na wszystko, byle pozostać u władzy – w tym na jakąś formę zamachu stanu.

Trump ma autorytarne tęsknoty, dostrzegalną słabość do bezwzględnych, „siłowych” przywódców. Zazdrości im tej formy „męskości” i „autorytetu”, niczym zakompleksiony chłopiec, chciałby sobą demonstrować to samo. Ale zazdrość i tęsknoty to nie wszystko, żeby zostać faszystowskim dyktatorem, trzeba jeszcze mieć polityczną zdolność ich zrealizowania. Ross Douthat, publicysta „New York Timesa”, chyba trafnie przekonuje, że Trump takich zdolności nie posiada. Nie zdołał skoncentrować władzy ponad normę przewidywaną przez amerykański system polityczny; wyraźnie nie umie w przechwytywanie instytucji stanowiących aparat bezpieczeństwa państwa (niektóre stawały wręcz otwarcie przeciwko niemu, np. przy okazji afery Russiagate). Nie potrafi kontrolować mediów, panując nad swoim wizerunkiem i przekazem na swój temat niemal wyłącznie w sieci Fox. Nie ma też w jego otoczeniu dość skutecznych i lojalnych prawników, żeby po wyborach mógł coś ugrać w sądach na wzór kontrowersji Bush-Gore sprzed lat.

Jeżeli Trump przegra, może to być początek jego wielkiego upadku w ogóle. Dla nas wszystkich jednak, mieszkańców świata zdominowanego przez Imperium Amerykańskie, nadchodzą jeszcze cięższe czasy – i to niezależnie od tego, który z tej żałosnej dwójki odniesie zwycięstwo.

Exit mobile version