Plan Morawieckiego to w skrócie kontynuacja polityki finansowej poprzedniego rządu plus kilka ogólników, wykluczających się zresztą wzajemnie.

Każdy polski rząd lubi kreślić plany działań na najbliższe kilkadziesiąt lat. Zazwyczaj są one ogólnikowe i optymistyczne. Ich autorzy wiedzą, że po 2-3 latach nikt o nich nie będzie pamiętał, a za 20-30 lat mało kto będzie sprawdzał, czy zostały zrealizowane. Zazwyczaj są zbiorami pobożnych życzeń, których możliwość realizacji jest bardzo mglista. Tak jest i tym razem. Podobnie jak poprzednicy, rząd Prawa i Sprawiedliwości stawia sobie strategiczne cele, które mają być zrealizowane po zakończeniu bieżącej kadencji parlamentu. Innymi słowy, brak realizacji celów zawsze będzie można zrzucić na nową ekipę. Nawet jednak, jeżeli rządowe plany zwykle bywają idealistyczne i skazane na zapomnienie, można w nich odnaleźć wskazówkę co do priorytetów określonej ekipy rządzącej – wyszczególnienie, które problemy władza traktuje jako podstawowe, a które marginalizuje.

W „Planie na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” Mateusza Morawieckiego trudno jednak odnaleźć jakiekolwiek priorytety, z racji tego, że autor przedstawia propozycje niespójne. Dlatego łatwo o zarzut, że jest to kompletnie nierealistyczny koncert życzeń. Oto bowiem mamy między innymi postulaty: zwiększenia poziomu inwestycji, zwiększenia oszczędności, zmniejszenia długu publicznego i deficytu finansów publicznych, obniżenia podatków, podniesienia wynagrodzeń pracowników, wzmocnienia roli dużych firm, wsparcia dla małych firm, zmniejszenia skali kontroli przedsiębiorstw, zwiększenia ściągalności podatków. 

Głównie hasło propagandowe projektu stanowi bilion złotych na inwestycje, ale ministerstwo rozwoju nie określiło nawet, w jakim czasie mają być wydane tak gigantyczne środki. Rząd mówi o kilku latach bez podania jakiegokolwiek harmonogramu realizacji. Wiadomo jednak, że co najmniej połowę wydanych środków mają stanowić fundusze unijne. Nie jest to więc wielki program rozwojowy polskich władz, lecz korzystanie z funduszy, które zostały wynegocjowane już przez poprzednią ekipę rządzącą. W tym kontekście może dziwić eurosceptycyzm większości sejmowej i zacieśnianie współpracy z niechętną Unii Wielką Brytanią. Jak mamy się rozwijać na koszt UE, skoro odmawiamy współpracy z nią?

Trudno też w tym kontekście pojąć, jak rząd chce ograniczyć deficyt finansów publicznych i dług publiczny, a zarazem korzystać z nowych kredytów zagranicznych. Przykładowo minister Morawiecki wskazuje, że instytucje takie jak Bank Światowy czy Europejski Bank Inwestycyjny mają nam pożyczyć 50-80 mld zł. To olbrzymie środki, od których potem trzeba będzie płacić odsetki. Trudno dociec, w jaki sposób pożyczanie pieniędzy przyczyni się do spadku zadłużenia.

Minister postuluje wsparcie dla polskich przedsiębiorstw względem zagranicznych, ale zarazem domaga się, aby miasta średniej wielkości stały się „Centrami Zaawansowanego Outsourcingu”. Chodziłoby tutaj o zapraszanie zagranicznych inwestorów, którym w ramach wsparcia publicznego rząd oferowałby między innymi zwolnienie z podatku dochodowego i podatku od nieruchomości. Byłoby to uprzywilejowanie kapitału zagranicznego, ubytek wpływów do budżetu, a zarazem rozszerzenie funkcjonowania specjalnych stref ekonomicznych, które krytykują już nawet środowiska biznesu. Szacuje się, że roczne straty budżetowe związane z funkcjonowaniem SSE przekraczają obecnie 1,5 mld zł, a ich pozytywny wpływ na rynek pracy jest dyskusyjny[1]. Duża część miejsc pracy powstałych w SSE jest niestabilna i niskopłatna, a korzyści dla inwestorów są często znacznie większe niż dla pracowników.

W programie rząd ogłasza, że zachęci polskie firmy do przeznaczenia większych środków na inwestycje. Trudno jednak powiedzieć, jak zamierza to zrobić. Polskie firmy w większości są bardzo mało innowacyjne i konkurują głównie niską ceną. GUS wskazuje, że w latach 2012–2014 aktywność innowacyjną w Polsce wykazało tylko 18,6% przedsiębiorstw przemysłowych i 12,3% z sektora usług, przy czym najgorzej wygląda sytuacja w niewielkich przedsiębiorstwach, z których zdecydowaną większość stanowią polskie firmy[2]. Mimo to minister postuluje, aby w zamówieniach publicznych dowartościować małe i średnie polskie firmy. Nie wiadomo jak chce on faworyzować określone przedsiębiorstwa w publicznych przetargach. Dobrze, że podkreśla on odejście w przetargach od kryterium najniższej ceny, ale jeżeli chodzi o płace, to znacznie wyższe są one w firmach z udziałem kapitału zagranicznego. Według danych GUS w 2014 roku przeciętne zarobki w firmach z kapitałem zagranicznym są były aż o 70,2% wyższe niż w polskim prywatnym biznesie. Średnie wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach z większościowym kapitałem zagranicznym przekraczało 5,1 tys. zł brutto, a w polskich firmach pracownicy zarabiali poniżej 3 tys. zł[3]. Firmy zagraniczne są też o wiele bardziej innowacyjne od polskich.

W programie rządowym sporo się mówi o wsparciu państwa dla biznesu. Zgodnie z raportem Urzędu Ochrony Konsumenta i Konkurencji w 2014 roku państwo wsparło firmy kwotą ponad 25 mld zł[4]. Do tego trzeba doliczyć różne formy przywilejów dla biznesu takie jak specjalne strefy ekonomiczne, podatek liniowy dla przedsiębiorców czy płacenie przez początkowe dwa lata działalności gospodarczej znacznie niższych składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych. Łączna suma pomocy państwa dla przedsiębiorców już teraz sięga dziesiątek miliardów złotych. To o wiele więcej niż wsparcie dla bezrobotnych albo wydatki na walkę z ubóstwem. Dalsza pomoc dla biznesu mogłaby doprowadzić państwo do bankructwa, a wprowadzaniu kolejnych przywilejów dla przedsiębiorców od lat nie towarzyszy powstawanie nowych miejsc pracy czy wzrost innowacyjności gospodarki.

W tym kontekście z niepokojem należy odnotować obietnice wicepremiera, który obiecuje zwiększenie swobody działalności gospodarczej i zmniejszenie skali kontroli firm. W punkcie mówiącym o wsparciu dla polskich przedsiębiorców Morawiecki wskazuje między innymi „zmniejszenie uciążliwości kontroli”, „likwidację zbędnych koncesji i zezwoleń” oraz „zmniejszenie obowiązków sprawozdawczych”. Trudno pojąć, jak minister chce połączyć realizację tych postulatów z również obiecywanym w programie zwiększeniem ściągalności podatków i wymuszeniem przestrzegania przepisów prawa podatkowego i prawa pracy. Wszak luka podatkowa zaczęła rosnąć między innymi przez ograniczenie kontroli firm. To napięcie już teraz widać w działaniach rządu – większość parlamentarna daje Państwowej Inspekcji Pracy nowe kompetencje, a zarazem tnie wydatki budżetowe na jej funkcjonowanie. Obiecuje wzrost wpływów z podatku CIT, a postuluje jego obniżenie dla części firm. Rząd powinien się zdecydować, czy państwo ma być coraz bardziej przyjazne biznesowi, czy w większym stopniu dbać o przestrzegania prawa.

Niewątpliwie trudno o realizację ambitnego programu rozwoju kraju bez podniesienia podatków. Tymczasem w planie Morawieckiego czytamy jedynie, że podatki mają być „proste” – „niższe koszty dla podatnika i fiskusa przy utrzymaniu poziomu wpływów do budżetu”. Trudno dociec, jak można obniżyć koszty dla podatnika, a zarazem utrzymać wpływy do budżetu. Ponadto realizacja obietnic rządu wymagałaby nie utrzymania, lecz radykalnego zwiększenia wpływów do budżetu. Już teraz większość parlamentarna wycofuje się ze znacznej części obietnic wyborczych z powodu braku środków. W kolejnych latach może być jeszcze trudniej. W rozdziale o finansach publicznych minister pisze głównie o wyższej ściągalności podatków, o czym jednak mówią kolejni ministrowie finansów i gospodarki od lat. Mateusz Morawiecki przypomina jeszcze o tzw. podatkach sektorowych, czyli od aktywów banków i od obrotu w handlu. Niestety jednak można mieć wątpliwości, czy nowe formy opodatkowania wypełnią swoją rolę. Rząd przedstawił już cztery wersje podatku od sklepów i z każdej sam się wycofywał po kilku dniach. Podatek od banków wszedł już w życie, ale jak na razie negatywnie wpłynął głównie na sytuację klientów i wkrótce być może zostanie modyfikowany. Ponadto wpływy do budżetu z obydwu podatków będą relatywnie niskie.

Wicepremier Morawiecki postuluje stworzenie superagencji, czyli Polskiego Funduszu Rozwoju, powstałego z połączenia kilku już istniejących agencji. Brzmi efektownie, ale w konstrukcji nowa instytucja niewiele się różni od Polskich Inwestycji Rozwojowych działających za rządów koalicji PO-PSL. Plany były ambitne, jednak po kilku latach funkcjonowania minister Bartłomiej Sienkiewicz, niestety w dużej mierze słusznie, określił je słynnym „Ch… D… i kamieni kupa”. Program ruszył wtedy z wielkim rozmachem propagandowym, ale poza powołaniem władz spółki i rady nadzorczej zrealizował niewiele konkretnych projektów.

Słusznie rząd chce wybrać kilka branży strategicznych, na których opierałaby się polska gospodarka, ale nie ma żadnych konkretów odnośnie ich finansowania. Jak przemysł stoczniowy ma się stać kołem zamachowym rozwoju, skoro zwijał się przez wiele lat? Czy ma być on zbudowany od nowa? Jakie mają być źródła finansowania branż strategicznych, skoro rząd nie chce podnosić podatków, a wręcz mówi o oszczędnościach? Na razie są tylko efektownie brzmiące nazwy programów – luxtorpeda (niskoemisyjny tabor komunikacji miejskiej) czy cyberpark enigma (cyberbezpieczeństwo).

W programie niewiele mówi się o polityce społecznej, jednak pojawia się postulat umocnienia trzeciego, dobrowolnego filaru systemu emerytalnego. Warto pamiętać, że dotychczas był on jeszcze mniej wydajny niż Otwarte Fundusze Emerytalne, a obejmował jedynie wąską grupę najbogatszych Polaków. Umacnianie Indywidualnych Kont Emerytalnych czy Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego to drenowanie budżetu na rzecz osób stosunkowo majętnych. Wpłaty na IKE i IKZE są bowiem oparte na preferencjach podatkowych, a stać na nie tylko osoby o relatywnie wysokich, regularnych dochodach. Ponadto trzeci filar jest bardzo niestabilny i uzależniony od sytuacji na giełdzie. Wspieranie tych form oszczędzania może też stanowić furtkę dla ograniczenia publicznego systemu emerytalnego.

Dokument wicepremiera Morawieckiego zawiera kilka deklaracji, które mogłyby być bliskie socjaldemokratycznemu czytelnikowi. Pisze on na przykład o potrzebie znacznego podniesienia wynagrodzeń albo promowaniu stabilnych miejsc pracy. Niestety jednak w tych kwestiach nie przedstawia żadnych konkretów. Tymczasem rząd ma wpływ na kształtowanie płac chociażby w postaci płacy minimalnej czy wynagrodzeń w sferze budżetowej. Na ten temat jednak raport nie wspomina ani słowem. Nie ma też żadnych rozwiązań redystrybucyjnych w systemie podatkowym. Aby sfinansować ambitne cele inwestycyjne, rząd mógłby wprowadzić trzecią stawkę podatku PIT dla osób najlepiej zarabiających i znieść podatek liniowy dla przedsiębiorców, z którego korzystają osoby o średnich miesięcznych dochodach przekraczających 15 tys. zł[5]. Wpływy do budżetu byłyby o wiele wyższe niż źle skonstruowane i budzące wiele wątpliwości podatki sektorowe.

„Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” nie wspomina też nic o gigantycznych nierównościach społecznych ani nie problematyzuje olbrzymiej skali wykluczenia społecznego. Walka z rozwarstwieniem i ubóstwem najwyraźniej nie stanowi dla rządu części „odpowiedzialnego rozwoju”. Ale do takiego podejścia mogliśmy się przyzwyczaić w ciągu ostatnich lat. Zamiast „dobrej zmiany” mamy kontynuację strategii poprzedniego rządu

[1] http://wyborcza.biz/biznes/1,147754,16067575,Tak_panstwo_ulzylo_panstwu__Czy_ulgi_podatkowe_nie.html

http://www.ue.katowice.pl/fileadmin/_migrated/content_uploads/17_D.Golik__J.Katnik-Prokop__Funkcjonowanie_specjalnych_stref….pdf

[2] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/nauka-i-technika-spoleczenstwo-informacyjne/nauka-i-technika/dzialalnosc-innowacyjna-przedsiebiorstw-w-latach-2012-2014,2,13.html

[3] http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/915165,zarobki-polska-zagraniczne-firmy.html.

[4] https://uokik.gov.pl/aktualnosci.php?news_id=12094

[5] Dane na podstawie sprawozdania ministerstwa finansów za 2014 rok. http://www.finanse.mf.gov.pl/documents/766655/5008832/Informacja

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. A co tu ma być spójne jak on z wykształcenia jest historykiem a nie ekonomem? Z ekonomii to robił podrzędne studium, ale to typowe dla Pisu i PRL, kolesie na stanowiskach. Zresztą oni kradą na potęge, przecież ten facet to aferzysta, wystarczy zajrzeć trochę lat do tyłu. Ta antypolska partia jak Pis, która wprowadza antypolskie zmiany jakie były w PRL, tylko po to tam jest aby się nachapać, już Rydzykowi dają kasę za walke ze smogiem, za reklamowanie polskiej kultury. Przecież na kłamstwach nie da się oszukać rzeczywistości, jak zacznie się bieda to zaczną strzelać do protestujących. Przecież załatwią nas jak Skoki, a Kaczenko tak jest stary że już kary się nie boi.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

PiS, kłamstwa i telewizja

Kiedy rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak powiedział w telewizji, że edukatorzy seksualni…