2020 jest rokiem niezwykle trudnym dla przemysłu filmowego. Nie chodzi tylko o niemożność zwykłej pracy na planie, także dystrybucja gotowych już filmów nie mogła zostać zrealizowana w zamierzony wcześniej sposób. Przez pandemię koronawirusa nie odbyła się część najważniejszych festiwali w branży. Czeskie Karlove Wary oraz francuskie Cannes nie zapełniły się widzami oraz najbardziej znanymi nazwiskami kinematografii, a mniejsze wydarzenia przeniosły się do internetu. I tak również stało się z wrocławskim Festiwalem Nowe Horyzonty, które w swoją jubileuszową, dwudziestą edycję połączył się z American Film Festival.


Wybór programu Nowych Horyzontów oraz AFF nie należał do najprostszych, co od początku podkreślali organizatorzy. Niektórzy producenci, zwłaszcza grube ryby biznesu filmowego nie zgadzały się na pokazywanie swoich filmów online. A jednak ekipie Stowarzyszenia Nowe Horyzonty na czele z dyrektorem artystycznym festiwalu, Marcinem Pieńkowskim, udało się stworzyć unikalny klimat.

W tym roku widzowie mieli ponad 180 możliwych seansów do wyboru, a internetowa formuła pozwoliła na wybór dowolnych godzin i samodzielnego rozplanowania seansów. Co ważne – poza selekcją awangardowego w swej naturze festiwalu Nowe Horyzonty, można było wybierać spośród niezależnych filmów pochodzących ze Stanów Zjednoczonych. Wybranie 50 filmów, gdyż tyle biletów zawiera jeden bilet, stanowiło zatem nie lada wyzwanie. Tegoroczny Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty wygrał film Metamorfoza ptaków – poetycki i artystyczny traktat łamiący stereotypowe ramy narracyjne w kinie.

W moim festiwalowym TOP 10 nie zmieściła się żadna pozycja z American Film Festival, aczkolwiek dwie pozycje z lineup’u zasługują na wyróżnienie. Jednym z obrazów jest Czarny niedźwiedź. Reżyser Lawrence Michael Levine opowiada w nim znaną, sztampową wręcz historię zablokowanej twórczo artystki pracującej w przemyśle filmowym. Obraz ten w ciekawy sposób porusza problemy natury psychologicznej, które siedzą w każdym z nas, jednocześnie będąc antyterapią dla skłóconych par. O kobiecie i mężczyźnie zmagających się z problemami w związku opowiada również drugi film, który chciałbym wyróżnić – Zabójstwo dwojga kochanków. Podobnie jak poprzedni, opowiada o mężczyźnie i kobiecie zmagającymi się z problemami w związku. Robert Machoian odpowiadający za scenariusz i reżyserię zgrabnie połączył dramat miłosny z thrillerem oraz kinem psychologicznym tworząc spójny i angażujący widza seans. Oba filmy zasługują na ocenę 7/10.

Miejsce 10. – Proste rzeczy, reż. Grzegorz Zariczny

Jedna z dwóch polskich produkcji w tym zestawieniu. Obraz ten skupia się na mikroobserwacjach życia codziennego. Poznajemy w nim dwójkę młodych ludzi, którzy wprowadzają się właśnie do swojego pierwszego, własnego domu pod Warszawą. Film pokazuje, jak życie Błażeja (swoją drogą do bólu przypominającego młodego Adriana Zandberga) i Magdy zwolniło po wyprowadzce z największego miasta Polski oraz jak zmiana ta wpłynęła na ich charaktery.

Zariczny stworzył pierwszy udany polski mumblecore od czasów Wszystkich nieprzespanych nocy. Tamten film podszedł do tego podgatunku, obserwowanego głównie w amerykańskim kinie, bardzo ekscentrycznie. W Prostych rzeczach bohaterowie nie snują wzniosłych rozpraw nad sensem i naturą życia. Po prostu starają się je przeżyć, jednocześnie rozwiązując swoje problemy w przyziemny sposób. To, co chwyciło mnie za serce w Prostych rzeczach jest podkreślenie wagi, jaką ma rozmowa. Pomijany w polskiej kinematografii wątek opowiadania partnerowi bądź partnerce o swoich spostrzeżeniach na różne tematy tutaj stanowi główne spoiwo ich relacji. Właśnie za “unormalnienie” relacji miłosnych film dostaje ode mnie 7.5/10.

Miejsce 9. – Słudzy, reż. Ivan Ostrochovský

Drugi pełnometrażowy film w życiu Ostrochovskýego był jednym z najlepiej przyjętych filmów sekcji Encounters na tegorocznym festiwalu Berlinale. Słudzy przenoszą nas w realia zimnowojenne za południową granicą Polski. Tytułowi bohaterowie to wychowankowie i opiekunowie w katolickim seminarium duchownym. Ale sługami są bowiem także członkowie partii, kontrolujący mocno działalność seminarium oraz uniemożliwiający na aktywną działalność kościoła.

Stary jak świat motyw walki prawa ludzkiego z prawem boskim nabiera tu innego wymiaru. Ostrochovský nie każe nam solidaryzować się z uciśnionymi młodymi księżmi, wręcz przeciwnie – niczym symetrysta na Strajku Kobiet, oburzony zarówno wulgaryzmami, jak i wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, wskazuje, że każdy ma swoje racje. I choć osobiście nie byłem w stanie sympatyzować ani ze sługami czechosłowackiego reżimu, ani ze sługami Kościoła Katolickiego, to sposób napisania scenariusza i wykreowania narracji bardzo mnie zaangażował. Dodatkowo, historia została podana nam w przepiękny wizualnie sposób. Stabilne ujęcia, czerń i biel nawiązująca do tradycji kina noir oraz socrealistyczna architektura stworzyły w tym filmie niesamowity klimat. Właśnie za niego Słudzy otrzymują ode mnie ocenę 8/10.

Miejsce 8. – Zabij to i wyjedź z tego miasta, reż. Mariusz Wilczyński

Najnowszy film Mariusza Wilczyńskiego, podobnie jak spora część najważniejszych tytułów tegorocznej edycji Nowych Horyzontów, miał swoją premierę na tegorocznym festiwalu w Berlinie. Zabij to i wyjedź z tego miasta jest pierwszym animowanym obrazem w historii, który otwierał MFF Nowe Horyzonty. Najpoważniejszy polski autor animacji pracował nad tym dziełem 14 lat. Naturalnie ma ono teraz status opus magnum w jego karierze, choć głównie za sprawą tematu poruszanego w tej historii: Wilczyński podszedł do tematu bardzo autobiograficznie, tak jakby chciał się rozliczyć ze swoich wspomnień, wciągając do swojej historii także widza.

Charakterystyczna kreska i typowe dla Wilczyńskiego prowadzenie fabuły tworzą unikalny klimat projekcji. W filmie poznajemy nie tylko osobiste doświadczenia i przemyślenia reżysera, ale także mierzymy się z diagnozą stanu dzisiejszej Polski. Bez mesjanizmów i patriotycznej otoczki, a bardziej w stylu nawiązującym do dramatów społecznych dekady lat dwutysięcznych polskiego kina. Swojego głosu użyczyła tu prawdziwa śmietanka polskiego kina, zaczynając na Krystynie Jandzie, a kończąc na Andrzeju Wajdzie.  Wilczyński spróbował stworzyć odpowiednie pożegnanie dla pokoleń, które odchodzą już z tego świata, a tak bardzo odcisnęły się na kształcie dzisiejszej Polski. I bardzo się to autorowi udało, stąd moja ocena nie może być inna, niż 8/10.

Miejsce 7. – Berlin Alexanderplatz, reż. Burhan Qurbani

Adaptacja znanego dzieła niemieckiej literatury autorstwa Alfreda Döblina. Jest to druga próba zmierzenia się ze światem opisanym w książce – pierwszą podjął mistrz kina z Republiki Federalnej Niemiec – Rainer Werner Fassbinder (w formie serialu). Qurbani także pokazuje problemy targające niemieckim społeczeństwem. Wielokulturowość Berlina, gettoizacja osób o zagranicznym pochodzeniu oraz wykorzystywanie imigrantów do pracy na czarno tworzą z tego filmu manifest epoki po kryzysie uchodźczym z roku 2015.

Ten trzygodzinny obraz dawkuje swoim widzom emocje bardzo rozsądnie. Klimat podobny do filmu Good Time z roku 2017 zostaje wymieszany ze skłonnością do przedstawiania całej sytuacji obecnej w twórczości autorów kina niezależnego i zaangażowanego. Pełna neonów, burleskowa czasami wręcz atmosfera nadaje filmowi bardzo transowy charakter. Za połączenie nowoczesnego kina gangsterskiego z dramatem społecznym (akcja toczy się w środowisku jednej z większych mafii narkotykowych w stolicy Niemiec) Berlin Alexanderplatz otrzymuje ode mnie notę 8/10.

Miejsce 6. – Dni, reż. Tsai Ming-liang

Z kina akcji pełnego narkotyków i epileptycznych neonów Berlina przenosimy się do dalekiej Azji, by poznać kino pozbawione jakichkolwiek kwestii dialogowych, koncentrujące się na izolacji, tęsknocie i pogoni za szczęściem. Niekwestionowany mistrz malezyjskiego kina stworzył piękną opowieść o potrzebie dotyku, która drzemie w większości z nas. Dni stanowią odniesienie do wcześniejszych prac reżysera, a główną rolę gra w nich Kang-sheng Lee, z którym Tsai współpracował na planie po raz 27.

Długie, statyczne ujęcia pozwalają nam poznać bohaterów od strony, którą w czasach pandemii odczuwamy bodaj najbardziej – potężnej samotności. Główny bohater poszukując odprężenia i relaksu umawia się na masaż w jednym z hotelowych pokoi. To, naładowane dużą dawką namiętnego, acz bardzo przyziemnego homoerotyzmu rozpala wyobraźnię widza, który dużą część niewypowiedzianych w filmie kwestii, może sam sobie dopowiedzieć. Utrzymany w klimatach slow cinema zapewne nie przypadnie do gustu osobom ceniącym sobie w kinie dużo akcji. Tutaj tę akcję zastępuje cała gama emocji. I właśnie za to najnowszy film Tsai Ming-lianga otrzymuje ode mnie ocenę 8/10.

Miejsce 5. – Drodzy towarzysze, reż. Andriej Konczałowski

W nowym kinie rosyjskim twórcy koncentrują się albo na dramatach społecznych osadzonych w realiach współczesnej Federacji Rosyjskiej albo wracają w przeszłość, rozliczając Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ze wszystkich możliwych przewinień. W tym przypadku jest nieco inaczej. Film Konczałowskiego nie jest krytyką systemu radzieckiego per se. Reżyser postarał się wydobyć ze swojej historii wątek ludzki, pokazać zaangażowanie prawdziwych osób, którym zależało na budowie socjalizmu oraz trudnych czasach smuty po Stalinie.

I to właśnie historia Ludmiły, granej przez Julię Wysocką staje się w tym miejscu kluczowa. Główna bohaterka, zagorzała stalinistka, przymykająca oko na uchybienia ustroju, jest na szczycie lokalnych struktur partyjnych. A rzecz ma miejsce w Nowoczerkasku w trakcie wydarzeń niecodziennych – strajku robotników kilku miejscowych zakładów pracy. W działalność wywrotową zaś zaangażowana jest córka Ludmiły, Swietka, co mocno odbija się na psychice matki. Wielowymiarowy wydźwięk filmu, podobnie jak w przypadku filmu Słudzy, podrasowały znakomite zdjęcia, które pozwoliły, przynajmniej mi, przenieść się do Nowoczerkaska z roku 1962. Moja ocena: 8/10

Miejsce 4. – Malmkrog, reż. Cristi Puiu

Najnowsze dzieło mistrza kina rumuńskiej nowej fali, autora głośnej Sieranevady z roku 2016 było moim absolutnym must-see tegorocznej edycji Nowych Horyzontów. Choć recenzje spływające na początku roku z Berlina miały różny stosunek do tego filmu, to Puiu po raz kolejny trafił w moje gusta. Ten trzyipółgodzinny obraz przedstawia nam sześciu członków burżuazyjnej arystokracji zamkniętej w przepięknym pałacu położonym w miejscowości Malmkrog. Każde z nich czuje, że schyłek XIX wieku jest początkiem końca pewnej ery w historii Europy. Każdy snuje na ekranie teologiczne i filozoficzne rozważania.

Film Cristiego Puiu jest dla mnie wyjątkowo udanym oddaniem realiów tamtego czasu. Debatując o wojnie i jej moralności bohaterowie zdają sobie sprawę, że nadchodzi coś wielkiego. Przy dyskusji o Bogu, choć nie pada to wprost z ich słów, przepowiadają upadek dotychczasowej filozofii. Choć seans Malmkrogu nie należy do najłatwiejszych, to będąc odpowiednio zaangażowanym w rozgrywki słowne arystokratów można poczuć tak jak oni – zimny powiew rewolucji, jaka odbędzie się wraz z nadejściem XX wieku. I właśnie za tę całą, pieczołowicie zbudowaną atmosferę rumuński film otrzymuje ode mnie notę 8.5/10

Miejsce 3. – Sanktuarium, reż. Joshua Gil

Film Sanktuarium, choć nie wygrał żadnej nagrody na Festiwalu Nowe Horyzonty, był moim zdaniem najlepszym tytułem w konkursie głównym. Joshua Gil wziął bowiem na warsztat historię mieszkańców niewielkiej meksykańskiej osady praktycznie odciętej od świata. Największym problemem mieszkańców nie jest jednak, jak szybko się dowiadujemy, brak dostępu do Facebooka czy Instagrama. Żyją oni w skrajnej biedzie i pod ciągłym przymusem ekonomicznym. Powód? Mieszkają na terenach kontrolowanych przez jeden z miejscowych karteli narkotykowych, z którym rząd tego kraju ewidentnie sobie nie radzi.

Opowieść skupia się zatem nie tylko na dramatach ludzkich, ale szerzej spogląda na sytuację socjoekonomiczną. Osobiście odebrałem ten film jako manifest przeciwko współpracy kapitału (w tym przypadku karteli narkotykowych) i państwa. Reżyser sprawnie przemycił do fabuły odniesienia historyczne związane z rewolucją meksykańską, która występowała przeciwko porządkowi zbliżonego do tego z filmu. Na gorący aplauz zasługuje nie tylko fabuła, ale również zakończenie – baśniowe i apokaliptyczne, kojarzące się z ostatnią sekwencją ostatniego dzieła Larsa Von Triera – Dom, który zbudował Jack (2018). Za świetne wymieszanie filmowych motywów i znakomitą końcówkę, Sanktuarium otrzymuje ode mnie 8.5/10.

Miejsce 2. – DAU. Natasza, reż. Ilja Chrżanowski

Projekt DAU, którego częścią jest niniejszy film, właściwie zasługuje na osobny artykuł, z uwagi na swoją niesamowitą skalę. DAU. Natasza opowiada historię tytułowej kobiety pracującej w jadłodajni. Kamera nie spuszcza jej z oka nawet na chwilę i w przerażający wręcz sposób każe nam śledzić życie samotnej obywatelki ZSRR.

Marzenia Nataszy muszą zmierzyć się z rzeczywistością, w jakiej przyszło jej żyć – a żyje u kresu radzieckiego stalinizmu. Gdy w towarzystwie kobiety pojawia się francuski naukowiec Luc, jej dotychczasowe pragnienia wywracają się do góry nogami. Piękne chwile, które przeżyła z mężczyzną wkrótce przekształcą się horror, który zgotuje jej totalitarna władza. Film Chrżanowskiego jest nie tylko krytyką systemów kontrolujących całe życie, ale także metaforą pogoni za marzeniami, która prowadzić nas może do totalnej tragedii. Za utworzenie perwersyjnego, szokującego eksperymentu społeczno-filmowego będącego definicją X muzy DAU. Natasza otrzymuje ode mnie 8.5/10.

Miejsce 1. – Aida, reż. Jasmila Žbanić

Podobnie jak wcześniejszy film Jasmili Žbanić, Aida opowiada o wojnie domowej w państwach byłej Jugosławii. Bez dwóch zdań jest to jeden z najważniejszych tytułów tegorocznego sezonu filmowego, co pokazało już bardzo ciepłe przyjęcie filmu na festiwalu w Wenecji. Film rozgrywa się w Srebrenicy oraz w bazie wojskowej bośniackiej misji ONZ.

Aida, w tym całym wojennym bałaganie stoi w rozkroku. Jako tłumaczka języka angielskiego nie ma chwili spokoju, gdyż sytuacja na to nie pozwala. Osobiście jednak odbieram ten film jako świadomą zabawę z kinem gatunkowym (gdzie nibyromans łączy się z kinem nibywojennym) oraz wylanie frustracji całego narodu Bośni i Hercegowiny na Organizację Narodów Zjednoczonych. Nikogo nie zdziwi zakończenie, wszak film opowiada o masakrze w Srebrenicy… ale to dobrze. Fakt, że historia jest dosyć świeża i wszystkim znana pozwala nam zagłębić się w psychologię bohaterki i poznać wszystkie emocje osób biorących udział w tej tragedii. Moja ocena: 9/10.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

,,Peru się obudziło”. Inkowie na wojennej ścieżce z neoliberalizmem

Dziesiątki tysięcy ludzi demonstrujących na ulicach, wielu zabitych i rannych. Trzech prez…