37-letniego Mohammeda al-Hadidi trudno dojrzeć na korytarzu zza personelu medycznego szpitala w Gazie, biegającego w różne strony lub pchającego wózki z rannymi wydobytymi spod ruin zbombardowanych domów. Kiwa się jakby miał chorobę sierocą i patrzy na śpiące 5-miesięczne niemowlę, swego syna Omara ze śladami ran na twarzy.

Dzień wcześniej był Id al-Fitr, święto zakończenie postu, Ramadanu. To coś w rodzaju chrześcijańskiego Bożego Narodzenia, święta radości, kiedy je się wspólne posiłki, często przy stołach ustawionych na kolorowo udekorowanej ulicy, by każdy mógł się przyłączyć, a dzieci – całe podekscytowane – dostają prezenty. W tym roku w Gazie ulice odpadły – Izraelczycy dziurawią je bombami w okolicach szpitali czy budynków publicznych (albo gdziekolwiek), więc Mohammed wybrał się świętować z całą rodziną do siostry żony, niedaleko, w tym samym obozie uchodźców Al-Szati, jednym z ośmiu w Strefie.

Nocne bombardowanie Gazy.

Po uroczystej kolacji jego ładnie ubrane dzieci i żona postanowiły przenocować na miejscu, więc wrócił sam do domu. Wkrótce obudziło go bombardowanie i telefon od sąsiada: nic nie zostało z domu siostry jego żony Mahy Abu Hattab. Jakimś cudem ratownicy znaleźli żywego, małego Omara uczepionego ramienia martwej matki. Wszyscy inni zginęli – mieszkańcy i goście Id al-Fitr, jego żona i czworo starszych dzieci w wieku od 6 do 13 lat. Kiedy Mohammed był w szpitalu, bomba zmieniła w proch jego dom, mieszkanie zniknęło. Po kilku dniach mały Omar jest ciągle jakby spuchnięty w swoim gipsowym opatrunku na nodze, ale już otwiera oczy.

Samoloty w promocji

Amerykańska bomba GBU-31 spada na siedzibę mediów w Gazie. almanar

Każda najmniejsza bomba zrzucana na Gazę jest dużo mocniejsza od największej i najmocniejszej rakiety Hamasu. Operację bombardowań Gazy obserwują kupcy z wielu krajów, bo to wielka premiera: słynne „latające indyki”, jak je nazywają niezadowoleni wojskowi amerykańscy, F-35 – najdroższe myśliwce bombardujące świata piątej generacji Lockheed Martina (kupuje je Polska) wreszcie pokazują swoje możliwości w prawdziwej walce. Właściwie nie w walce, bo Palestyńczycy nie mają samolotów ani żadnej obrony przeciwlotniczej, ale jak na poligonie, i jednak w „realnych warunkach”, pokazują jak szybko i precyzyjnie mogą reagować na rozkazy z ziemi.

To bomby z F-35 zniszczyły domy w obozie Al-Szati.

Bomby na siedzibę mediów w Gazie. almanar

Wystarczy pokazać palcem na chybił trafił budynek czy kwartał na satelitarnym obrazie Strefy i już przesyła się namiary do najbliższego „latającego indyka” sunącego po niebie: to F-35 Agir („Mocny”) – podkręcona, izraelska wersja, gotowa do zrzucania bomb atomowych i specjalnych, jak potężne GBU-31 i GBU-39 ze zubożonym uranem, które kompletnie zniszczyły dwa wieżowce, w których mieściły się palestyńskie i międzynarodowe media, w celu zapewnienia odpowiedniego milczenia. To imponuje, a do tego Izrael, który dokupił jeszcze 75 dodatkowe F-35, jak i Lockheed Martin, oferują okazyjny rabat. Amerykański koncern zbrojeniowy Lockheed Martin należał do najszczodrzejszych darczyńców kampanii wyborczej Joe Bidena, który póki co, reaguje na bombardowania i pokaz handlowy F-35 jak manekin.

Hamas, strach na wróble

Drony, śmigłowce, F-16 i F-35, okręty wojenne na morzu, czołgi i działa samobieżne ustawione na granicy paska terenu z dwoma milionami zamkniętych tam ludzi – zalewają go ogniem oficjalnie po to, by zniszczyć Brygady Al-Kassama (od nazwiska „palestyńskiego Kościuszki”, bohatera narodowego, który zginął w antykolonialnym powstaniu, zabity przez Brytyjczyków przed II wojną światową), zbrojne ramię partii Hamas. Pretekst ten pozwala Izraelczykom walić w domy mieszkańców, infrastrukturę cywilną (szkoły, szpitale, drogi) i nawet najmniejsze zakłady pracy, jak fabryczki gąbek czy odsalarnie wody, by zwiększyć olbrzymie bezrobocie i deficyt wody (już tylko 5 proc. nadaje się do picia). A jednak to Hamas wychodzi teraz na ugrupowanie, które zdobywa serca nie tylko mieszkańców Gazy, ale ogółu Palestyńczyków, bo daje świadomość oporu.

Strefa Gazy. Palestyńska rodzina w czasie bombardowania.

Hamas jest wspólnym dziełem egipskich Braci Muzułmanów i Izraela. Dla Braci pod koniec lat 70. ub. wieku miał to być sposób na zwiększenie wpływów – głównie poprzez pracę religijną, charytatywną, czy szerzej – socjalną. Izraelczycy – b. zainteresowani amerykańskim przykładem – odgrzebaniem i finansowaniem konceptu dżihadu w Afganistanie (na użytek wojny z ZSRR) zaczęli hurtowo dawać zezwolenia na budowę meczetów i wciskać swoje pieniądze i „wtyki”, by stworzyć palestyńską opozycję polityczną wobec Jasera Arafata i jego świeckiej Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), na starej zasadzie „dziel i rządź”. Ostatecznie Hamas powstał w czasie Pierwszej Intifady, w 1987 r. – izraelska prasa bardzo wtedy chwaliła geniusz swych polityków i Mosadu.

Hamas popełniał błędy polityczne; udzielił poparcia pronatowskim dżihadystom w Syrii, od początku tamtejszej wojny, choć sam dżihadystowski nie jest. Nie wiadomo na co liczył – właściwie jedyne co uzyskał, co usunięcie z listy ugrupowań terrorystycznych Unii Europejskiej w 2014 r. Zaczął się z tego wycofywać, gdy wyszło, że Izrael bardzo czynnie pomaga syryjskiej Al-Kaidzie i Państwu Islamskiemu i w 2017 wrócił na czarną listę UE (USA w ogóle nie zmieniły stanowiska). Dziś materialnie wspomaga go głównie Katar i w mniejszym stopniu Turcja i Iran. Izraelczycy od lat regularnie odstrzeliwują kadry Hamasu, szczególnie te odznaczające się intelektualnie, co zmusza je do stałego życia w dosłownym podziemiu, w „metrze”, jak podziemne tunele nazywają Izraelczycy.

Zlot izraelskiej młodzieży ultranacjonalistycznej pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie. Na górze przed meczetem Al-Aksa płoną drzewa podpalone przez izraelską policję. Maj 2021

Palestyńska młodzież – i nie tylko – na okupowanym Zachodnim Brzegu i w Izraelu jest już tak zniechęcona władzami Autonomii Palestyńskiej (zajmującej część Zachodniego Brzegu Jordanu), że z wielką satysfakcją przyjęła rakietową odpowiedź zbrojnych ugrupowań z Gazy na ostatnie izraelskie czystki etniczne we wschodniej Jerozolimie, zbrojne napaści na meczet Al-Aksa w czasie Ramadanu i antypalestyńskie pogromy żydowskich neonazistów. Autonomia i jej przewodniczący Mahmud Abbas nie potrafili znaleźć żadnej politycznej riposty na izraelską politykę faktów dokonanych, okupację, apartheid, zabór ziem i domów oraz agresywną kolonizację (krótko mówiąc: niewolę). Co z tego, że wszystkie te działania izraelskie są nielegalne? Izraelskie państwo pozostaje zbrojną kolonią imperialistycznego Zachodu, który otwarcie akceptuje całość zbrodni, ba, uznaje nawet Izrael za „demokrację”.

Izraelski płomień

Kilka dni temu miało miejsce oryginalne wydarzenie: premier Netanjahu wezwał swój naród, by nie napadać na ulicach na „Arabów”, gdyż to tworzy „anarchię”. To rzecz bez precedensu, by Netanjahu odezwał się w obronie Palestyńczyków, choćby nawet niedokładnie o to mu chodziło. Ale to jednak on brał do swoich rządów fanatyków religijnych, faszystów i ostatnio judeo-nazistów. Wśród izraelskiej młodzieży (i nie tylko) szczególną furorę robi Lehava, jedno z ugrupowań Partii Religijnego Syjonizmu w Knesecie. 10 tys. „kadrowych” członków Lehavy („Płomienia”) odznacza się politycznym wyborem już nie „transferu” (deportacji ogółu Palestyńczyków), lecz ludobójstwa, „jak wskazuje Pismo”, jako lekarstwa na sytuację Izraela. To oni wrzeszczą „Śmierć Arabom” na ulicach, na wzór kahanistów.

Lincz na Palestyńczyku w Bat Yam pod Tel-Awiwem transmitowany przez izraelską telewizję.

Na czele Lehavy stoi 51-letni Benci Gopstein, wielki zwolennik Wielkiego Izraela (tzn. z Synajem, częścią Libanu i Syrii po Eufrat w Iraku). Z początku Lehava zajmowała się głównie utrzymaniem „czystości rasy i judaizmu” – protestowała przeciw (nielicznym) małżeństwom żydów z gojami i ruchowi LGBT z Tel-Awiwu. Potem Gopstein i jego sponsorzy popchnęli organizację do walki z „wampirami” (tzn. chrześcijanami, uznanymi za idolatrów), ale fala podpaleń kościołów sprzed sześciu lat była mocno niewygodna wizerunkowo i została zatrzymana. Wreszcie Lehava ruszyła na całego do „walki z rakiem”, tj. Palestyńczykami. To m.in. ona organizowała falę ruchu pogromowego: zleciła nawet pewnej fabryce produkcję ładnie heblowanych kijów, wszystkich jednakowych. Posługiwały się nimi tłumy (dodatkowo uzbrojone w broń palną) w różnych miastach Izraela z mniejszością palestyńską.

 Przeciw zniewoleniu

Ale nie tylko to tłumaczy powszechność palestyńskiego strajku generalnego z ubiegłego wtorku. Strajkowała i manifestowała cała Palestyna – na Zachodnim Brzegu i w Izraelu. Ci Palestyńczycy, którzy mają izraelskie obywatelstwo, nie mogli przełknąć, że wojsko i policja pomagały w pogromach. Raport palestyńskich i izraelskich prawników z Hajfy obejmujący dni od 9 do 14 maja mówi o skandalicznej fali arbitralnych aresztowań setek ludzi, którzy mogli organizować jakąś obronę – od potencjalnych „liderów społeczności” po dzieci. Masowe aresztowania lub pobicia, czy nawet zabójstwa, realizowano poprzez siłowe wdzieranie się do domów, oznaczonych wcześniej przez aktywistów Lehavy i organizacji żydowskich osadników przyjeżdżających autobusami specjalnie z Zachodniego Brzegu.

Wejście izraelskich żołnierzy do palestyńskiego domu. I szybkie wyjście. Akka, maj 2021.

Armia i policja odmawiały odwożenia rannych do szpitali – tych z połamanymi rękami i nogami, otwartymi ranami na plecach, szyjach, oczach, twarzy i głowie. Aresztowane dzieci budzono nad ranem w ich celach, by je bić i straszyć śmiercią – horror obejmował nawet adwokatów, którzy próbowali pomóc zatrzymanym. „Sądy natychmiastowe” popisywały się niesłychanym rasizmem, ignorowały tortury i przyjmowały fabrykowane byle jak „dowody” bez zmrużenia oka; a gdy ich brakowało, skazywały na więzienie za „antysemityzm”.

Izraelska grupa pogromowa atakuje samochody z palestyńską rejestracją. Maj 2021

Szalony, izraelski terror na dłuższą metę zwróci się przeciw Izraelowi, choćby zbombardował wszystkie media. Wczoraj zrównał z ziemią redakcję feministycznej strony internetowej w Gazie. Nikt nie wie po co. Bezwarunkowa bezkarność gwarantowana przez imperium amerykańskie i jego satelity nie daje żadnej nadziei na pokój, czy choćby zniesienie apartheidu. Dziś nie chodzi tylko o Strefę Gazy, lecz cały jawnie gnojony naród.

 

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Bunt w Kolumbii. Sto lat czekania

Popayán to „miasto białych” wielkości Białegostoku, na górzystym południu Kolumbii. 17-let…