To zapewne ryzykowne porównanie, ale polemizując z innymi ludźmi lewicy na temat PiS i  Andrzeja Dudy, czuję się trochę jak Wilhelm Stuckart na konferencji w Wannsee w 1942 roku.

Konferencja – na podstawie stenogramu z której powstał znakomity film BBC, w Polsce pokazywany pod tytułem „Ostateczne rozwiązanie” – odbyła się 20 stycznia 1942 roku pod kierownictwem protektora Czech i Moraw, Obergruppenführera Reinharda Heydricha. Jej ustalenia zalegitymizowały ostateczną fazę holokaustu. W dyskusji ujawnił się podział na dwie opcje – większościową, która z (prawdziwym lub udawanym) entuzjazmem przyjmowała esesmańską koncepcję nieskrępowanego niczym ludobójstwa; oraz mniejszościową, reprezentowaną m.in. przez prawnika Wilhelma Stuckharta, który upierał się, żeby Żydów zwalczać w ramach nazistowskiego prawa. W pewnym momencie Stuckhart dostaje szału, bo Klopfer, głupawy asystent Bormana, zarzuca mu „specjalną miłość do Żydów”. Koncept partyjnych urzędników NSDAP na temat Żydów jest „płytki, ignorancki i naiwny”, albowiem – wykrzykuje w dość histerycznym monologu autor ustaw norynberskich – wbrew nazistowskiej propagandzie Żydzi nie są żadnym podgatunkiem, są „przebiegli, inteligentni, aroganccy, wyrachowani i skupieni na sobie” .

Taka sama katastrofa poznawcza jest, w mojej opinii, problemem sporej części tzw. postępowej lewicy.

Niech mi będzie w tym miejscu wolno złożyć oświadczenie: nie kocham Andrzeja Dudy. Nie popieram PiS. Natomiast uważam, że nurzanie się w swojej histeryczno-protekcjonalnej wizji prącej do władzy partii Kaczyńskich, bez chociażby próby zrozumienia, skąd biorą się jej sukcesy, nie pomaga w walce z prawicową dominacją.

Moi znakomici polemiści tkwią mentalnie w roku 2005, kiedy PiS rzeczywiście był przaśnie dyktatorski, politycznie naiwny i nieprzygotowany do samodzielnego rządzenia. Od tego czasu partia Jarosława Kaczyńskiego – i on sam – przeszli trwający niemal dekadę kurs przebiegłości i realizmu. Stąd klęska koncepcji „straszenia pisem”, wygrana Andrzeja Dudy i coraz bardziej nieuniknione zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości z przystawkami w jesiennych wyborach. 10 lat temu główną cechą Prawa i Sprawiedliwości było zasłuchanie we własne obsesje i poczucie misji, z kompletnym lekceważeniem dla opinii lwiej części społeczeństwa, która nie uważa wezwania „Jarosław Polskę zbaw” za swoje hasło. Dziś PiS wsłuchuje się w nastroje społeczne z niezwykłą uwagą.

Pytanie – co z tego wynika dla jego potencjalnych rządów?

Czy Prawo i Sprawiedliwość stało się – jak inni – formacją postpolityczną, populistyczną partią pozbawioną poglądów, gotową na każdy ruch, który może podbić jej wyniki w sondażach o kolejne pół punktu? Czy też jest formacją  fundamentalistycznych paranoików, wyznawców religii smoleńskiej, opętanych manią tropienia układu? Bo nie może być naraz i jednym, i drugim. Przynajmniej jeśli przyjmiemy obowiązującą w  mainstreamie tezę, że partia jest wodzowskim monolitem, rządzonym niepodważalnie przez Prezesa, a wszystkie postaci wyłaniające się z jej łona są i pozostaną na wieki jego marionetkami.

flickr.com/Lukas Plewnia
flickr.com/Lukas Plewnia

Tyle tylko, że ta akurat teza wydaje mi się co najmniej dyskusyjna.

Nikt nie jest aż tak silny. W każdym razie, jeśli nie dysponuje sankcją za zdradę w postaci kuli w tył głowy. Dosłownej, nie metaforycznej. Śmierć polityczna, jakkolwiek straszna, bolesna i nieraz upokarzająca – jest jednak odwracalna. Najlepszym dowodem powrót Zbigniewa Ziobro, Beaty Kempy i Arkadiusza Mularczyka na listy PiS – który był pierwszym przejawem słabości Jarosława Kaczyńskiego. I – jak wiele wskazuje – jego pierwszym błędem. Wiadomość, że można zdradzić prezesa i przeżyć podgryza strach, konieczny do utrzymania władzy absolutnej. Decydując się na akt łaski wobec buntowników, Jarosław Kaczyński niewątpliwie zwiększył szanse PiS na zwycięstwo w wyborach – ale równocześnie zmniejszył swoje własne szanse na zachowanie niepodważalnej pozycji władcy absolutnego.

Jeszcze większym błędem było w tym kontekście dopuszczenie do zwycięstwa Andrzeja Dudy. To niewątpliwie wypadek Kaczyńskiego przy pracy – Duda absolutnie nie miał wygrać tych wyborów – ale wypadek o skutkach potencjalnie katastrofalnych. Po raz pierwszy w środowisku PiS powstał alternatywny ośrodek przywództwa, którego prezes nie jest wstanie w żaden sposób zlikwidować. O ile do maja tego roku Jarosław Kaczyński był niczym Bóg z „Reduty Ordona” – jeśli wyrzekł słowo „stań się”, było raczej pewne, że i „zgiń” wyrzecze – teraz już w drugą stronę to nie zadziała. Czego Jarosław Kaczyński już niedługo zacznie żałować – jeśli jeszcze nie zaczął.

Albowiem osobiście nie wierzę w wizję Andrzeja Dudy jako człowieka żelaznej lojalności i bezwarunkowego oddania wobec prezesa i jego świętej pamięci brata. Jestem przekonana, iż prezydent – teraz, kiedy prezes nie jest mu do niczego potrzebny – pokaże się jako polityk racjonalny i elastyczny (bo nie ośmielę się nazwać prezydenta RP cynicznym) i będzie grał na siebie. Co oznacza, z jednej strony, bycie „prezydentem wszystkich Polaków”, unikanie konfliktów i subtelne dystansowanie się od twardego jądra PiS – ale też dbanie o dobre samopoczucie tradycyjnego pisowskiego elektoratu z drugiej.

I pierwsze gesty Andrzeja Dudy zdają się potwierdzać te podejrzenia. Dość wyraźnie widać to w jego stosunku do „wiary i Kościoła”. Z jednej strony, Duda nie szczędzi nam przejawów osobistej dewocji, posuniętej do granic komizmu – jak wtedy, gdy tańcował z Arką Noego i rzucał się na latającą hostię. Z drugiej wszakże, w jego planie podróży zagranicznych na pierwszy kwartał nie znalazł się Watykan. Można oczywiście złożyć to na karb niekonsekwencji, czy politycznej schizofrenii – ale można też dostrzec bardziej wyrachowaną postawę. Badania wykazują, że Polacy nie mają nic przeciwko temu, żeby Kościół było widać w przestrzeni publicznej – wg sondażu CBOS z kwietnia krzyże w budynkach publicznych nie przeszkadzają 88 proc. badanych, religijny charakter przysięgi wojskowej nie razi 83 proc., 82 proc. nie ma nic przeciw religii w szkołach, a 81 proc. przeciw udziałowi księży i biskupów uroczystościach państwowych. Drugiej strony wszakże – 84 proc. Polaków nie życzy sobie słyszeć od Kościoła jak mają głosować, a 55 proc. nie chce, żeby Kościół recenzował prawo uchwalane przez Sejm. Inaczej mówiąc, Polacy nie mają nic przeciwko temu, żeby politycy byli dewotami, ale nie chcą dewocyjnej polityki. W to oczekiwanie sprzeczne zachowania prezydenta wpisują się znakomicie.

Warto też zwrócić uwagę, iż mimo powtarzanych w kółko hołdów wobec Lecha Kaczyńskiego, Andrzej Duda najwyraźniej nie ma zamiaru powtarzać jego koncepcji, przynajmniej w obszarze polityki zagranicznej. Prezydent Kaczyński – kto nie pamięta, bez trudu zgadnie – swoje zagraniczne podróże zaczął od Watykanu, a potem w te pędy poleciał do Waszyngtonu; w pierwszym kwartale zaliczył też Ukrainę.

Andrzej Duda na swoją pierwszą wizytę wybrał Estonię, którą przy dużej dozie dobrej woli można zinterpretować

flickr.com/Piotr Drabik
flickr.com/Piotr Drabik

jako „policzek dla Władymira Putina” („Newsweek”), ale która tak naprawdę jest o tyle neutralna, że kompletnie pozbawiona znaczenia. W ciągu najbliższego miesiąca prezydent dwa razy odwiedzi Niemcy – kierunek, budzący u obu braci Kaczyńskich najwyższą nieufność. Do Stanów Andrzej Duda wybiera się w październiku, ale jedzie od Nowego Jorku na szczyt ONZ, przy okazji którego „na pewno dojdzie do spotkania z Barackiem Obamą” – jak wyjaśnia Krzysztof Szczerski, w równie niezobowiązującym tonie dorzucając że w tym czasie zapewne nastąpi też „spotkanie z prezydentem Ukrainy”.  W pierwszym kwartale swoich rządów Duda zaliczy za to wyjazd do Chin – gdzie Lech Kaczyński nie pojechał nigdy i  to nie przez zapomnienie. O Watykanie min. Szczerski w ogóle nie wspomniał.

Z zapowiedzi podróży na pierwszy kwartał trudno oczywiście wyciągać zbyt daleko idące wnioski na temat kształtu pięciu lat prezydentury – ale mają one wymiar tyle symboliczny, co sygnałowy. I sygnał, jaki – w mojej opinii – daje prezydent Duda jest taki, iż nie pozwoli on, żeby bezkrytyczna lojalność wobec partii i jej prezesa pociągnęła go w dół – tak jak pociągnęły Lecha Kaczyńskiego, który na dzień przed śmiercią miał 27 procent ocen pozytywnych przy 66 negatywnych i był pewnym kandydatem do przegrania jesiennych wyborów.

Pytanie brzmi zatem: czy lojalność wobec PiS po wyborach będzie w stanie przejść próbę krytycznego myślenia? Inaczej mówiąc, czy czeka nas replay IV RP: państwa ekstremalnie opresyjnego, agresywnie wyznaniowego i bez wstydu upolitycznianego w imię wielkiej idei, którą rozumieją i podzielają nieliczni? Czy też czeka nas coś w rodzaju państwa platformianego – tchórzliwego wobec Kościoła, ale także wobec silnych i wpływowych grup społecznych, zaangażowanego w robienie dobrego wrażenia na wszystkich, rządzonego z sondażami w ręku?

Otóż – w odróżnieniu od tych, którzy bezkrytycznie wierzą w siłę sprawczą prezesa i jego niepodzielny rząd dusz – myślę sobie, że to jednak zależy od tego, kto będzie rządził. Czy rzeczywiście, zgodnie z obietnicami głoszonymi od czerwca, premierem RP zostanie Beata Szydło – czy jednak, zgodnie z europejską tradycją, stanowisko szefa rządu obejmie lider zwycięskiej formacji.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja obstawiam to drugie.

Jarosław Kaczyński wyraźnie wyciągnął wnioski z majowej lekcji. Nikt nie jest niczyją własnością, zwłaszcza w polityce, a objęcie najwyższych stanowisk w państwie ma tendencję do wpływania emancypacyjnego. Zaś sojusz premiera i prezydenta byłby praktycznie rzecz biorąc niezniszczalny.

Kanclerski system, według jakiego działa polski rząd, powoduje, iż tylko jego pierwszy skład musi być zatwierdzony – en bloc – przez Sejm. Już następnego dnia premier może sobie wymieniać ministrów całkiem dowolnie i jedynym, który formalnie może mu w tym przeszkodzić, jest prezydent. Co oznacza, że rząd jest praktycznie własnością premiera i nikt – a już na pewno szef jednej z partii koalicyjnych – nie jest w stanie go przegłosować. Do tego dochodzi kwestia lojalności klubu parlamentarnego. Według sondaży PiS z przystawkami może dostać nawet 257 mandatów. To dwa razy więcej, niż obecnie. W takim pospolitym ruszeniu trudno oczekiwać, że wszyscy będą sprawdzonymi i wiernym wojskiem Jarosława. A nowi posłowie mają tendencję do zakochiwania się w swoim statusie. I kiedy stanie przed nimi alternatywa: czy ryzykować kryzys konstytucyjny i przyspieszone wybory, czy bronić status quo – wybór może nie przebiegać po myśli prezesa. Toteż, jeśli Beata Szydło zostanie premierem – jej odwołanie i zajęcie jej miejsca przez Jarosława Kaczyńskiego może okazać się niemożliwe.

Pytanie oczywiście, czy Jarosław Kaczyński zechce to zrobić. Ale to akurat zdaje się dość oczywiste. Większość analityków jest zgodnych co do tego, iż zabieg z Szydło jest powtórzeniem zabiegu z Marcinkiewiczem. Innego zdania są tylko najbliżsi przyjaciele PiS, a i to nie wszyscy – ostatnio uczestniczyłam w dyskusji, w której Dominik Zdort oświadczył, że jednak tylko Jarosław Kaczyński ma format niezbędny do przeprowadzenia głębokich zmian, jakich potrzebuje Polska. Cała reszta komentatorów sądzi, że prezes wcześniej czy później zechce stanąć na czele rządu. Moim zdaniem słusznie – nie tylko zresztą ze względu na zwykłą rządzę władzy. Osobiście sądzę, że Jarosław Kaczyński naprawdę wierzy, że Polska wymaga zbawienia i że tylko on może ją zbawić – inaczej mówiąc, że jego urojenia prześladowcze i wielkościowe są silniejsze od jego cynizmu. Co więcej, mam przeczucie, że Jarosław Kaczyński naprawdę uważa, że jego brat został zamordowany w Rosji. Umysł ludzki ma naturalną skłonność do poszukiwania sensu w tragediach – a przyjęcie, że śmierć prezydenta RP wynika ze splotu nieszczęśliwych wypadków i indolencji pozbawiałoby ją należnego formatu, gravitasu godnego męża stanu tej rangi.

Tymczasem ani Beata Szydło, ani Andrzej Duda nie wyglądają mi na ludzi zdolnych podzielać to urojenie. Rzeczywiście, nowy prezydent napomknął coś o pomniku smoleńskim przed pałacem – ale to gest z tego samego repertuaru, co publiczne akty wiary: spektakularny, lecz w wymiarze praktycznym bez znaczenia. Prezes nie chce pomnika, prezes chce sprawiedliwości. A ani Beata Szydło, ani Andrzej Duda nie są, w mojej opinii, gotowi za wszelką cenę walczyć o sprawiedliwość dla prezydenta zdradzonego o świcie. Toteż dopuszczenie do powstania tandemu Duda-Szydło może zaszkodzić sprawie, w opinii Jarosława Kaczyńskiego dla Polski najważniejszej.

I prezes właśnie zaczyna zdawać sobie z tego sprawę. Stąd zmiana jego tonu w wypowiedziach o Szydło – ten unikalny, właściwy jedynie mu ton protekcjonalizmu, który pojawił się np. w lipcowym wywiadzie dla „Do Rzeczy”: Beata Szydło „szybko się uczy”, toteż w czasie znajomości z prezesem „poczyniła gigantyczne postępy” i dzięki temu „przejęła rolę, którą przed tragiczną śmiercią odgrywała śp. Grażyna Gęsicka”, która skądinąd była „kulturalną panią ze środowiska akademickiego” – co wyraźnie ją różni od córki górnika, byłej burmistrz gminy Brzeszcze. Prezes nie omieszkał też dodać, że tak naprawdę to wcale nie Szydło wygrała dla Dudy wybory: Joachim Brudziński miał „olbrzymi wkład w kampanię prezydencką”, albowiem „cała strona organizacyjna, to że wszystko chodziło jak w zegarku, jest jego zasługą”, toteż „wkład Joachima Brudzińskiego w zwycięstwo jest nie mniejszy niż Beaty Szydło, choć jego nazwisko rzadko pada w tym kontekście”, a zatem „należą mu się słowa wdzięczności”, bo „bez niego tego zwycięstwa by nie było”. Mało tego: to Brudzińskiemu Szydło zawdzięcza nominację na premiera: w wyborze jej kandydatury „ogromną rolę odegrał głos Joachima Brudzińskiego”.

W tę protekcjonalną narrację rozkosznie włącza się „Gazeta Wyborcza”, publikując tekst oparty na wypowiedziach anonimowych urzędników gminy Brzeszcze: „O Beacie Szydło w Brzeszczach mówią, że dobrze jej szło kierowanie Gminnym Ośrodkiem Kultury, ale już z zarządzaniem ludźmi miała problemy” – czytamy. „Pani Beata lubiła rządzić, zarządzać festynami. Ale mam wrażenie, że sprawy całej gminy to już było dla niej trochę za dużo – uważa urzędnik z Brzeszcz, który pracuje w miejscowym samorządzie już 20 lat”. I jeszcze, że „jeśli pani Beatka będzie tak dbała o całą Polskę, jak o swoje obejście, to będzie dobrze. Tylko czy takie sprawy wagi państwowej to nie za dużo na jej głowę – zamyśla się jeden z sąsiadów”, który „do prasy nazwiska nie poda”. Rzadko kiedy zdarza się, żeby „Wyborcza” występowała w podobnej harmonii z Jarosławem Kaczyńskim.

Myślę sobie, że najwyższa pora, żeby przeciwnicy PiS zdecydowali się, co tak naprawdę chcą o tej partii powiedzieć. Czy jest śmieszna, niepoważna i niekompetentna – czy straszna, groźna i ponura?

Osobiście uważam, że jest się czego się bać. Spokojne i powściągliwe oblicze, prezentowane dziś przez Andrzeja Dudę czy Beatę Szydło, może okazać się wehikułem, który wyniesie do władzy polityka wierzącego, że dla dobra Polaków Polska winna być niczym surowy, ale sprawiedliwy ojciec. Polityka trawionego żądzą zemsty, przekonanego, że skuteczne państwo musi być represyjne – i gotowego poświęcić dla realizacji tych swoich poglądów kwestie, które uważa za mniej ważne, czyli to, co nazywa się umownie „socjalnym obliczem PiS”. Trzeba pamiętać, że PiS przez dwa swojego rządzenia starannie dbał o bogatych, znosząc najwyższą stawkę podatkową i obniżając składkę rentową. I o tym lewicowi politycy i publicyści powinni mówić w tej kampanii – zamiast histerycznie załamywać ręce nad każdym aktem dewocji ze strony nowego prezydenta.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Być może przewrotny tytuł zniechęcił, albo odstaszył od komentowania. Dziś, w czasie ostatnich dyskusji przed wyborami warto ponownie wrócic do tematu. Ze szczególnną siłą warto podnosić istotę prawdziwych efektów polityki PiS w dziedzinie socjalnej i ekonomicznej. Podobnie dziś Barbara Nowacka wyraźnie stwierdzila, że nie rzecz w tym, czy pięćset złotych więcej, ale o istotę polityki społecznej. I z tym znakomicie koresponduje koncówka komentowanego artykuły. W tej kampanii nie chodzi o to, która prawica zwycięży i da stołki koalicjantom z lewicy. Chodzi o rozpoczęcie budowy skutecznego frontu lewicy, jako wyrazistej przeciwwagi i przeciwstawnej dla pracy sile. Proces został zapoczątkowany,

  2. „kulturalną panią ze środowiska akademickiego: – co wyraźnie ją różni od córki górnika, byłej burmistrz gminy Brzeszcze”.

    Oj, chyba aż tak bardzo ją jednak nie różni. Szydło robiła doktorat na UJ, czyli również, przynajmniej jakoś tam, obiła się o „środowisko” wyżej wymienione. Nadto zanim została owym burmistrzem pracowała w różnych placówkach kulturalnych w swoim rejonie (Jaworznicko-Chrzanowski Okręg Przemysłowy). Nb. praca szefa gminy Brzeszcze (burmistrz) i szefa gminy Warszawa (prezydent), którym to był Lech Kaczyński, zasadniczo nie różni się wiele (a na płaszczyźnie samych zadań nie różni się zgoła nic). Wy natomiast lubujecie się w wyszukiwaniu różnic (rzekomo „klasowych”) i ich sztucznym potęgowaniu.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Prześlepiony bunt. Kto wyszedł na ulice w Marcu 1968 roku?

Fragment książki Michała Siermińskiego „Pęknięta Solidarność”, wydanej nakłade…