Wsłuchując się w medialną narrację przy okazji niedawnych wydarzeń na waszyngtońskim Kapitolu i inauguracji nowego prezydenta USA można było odnieść wrażenie, że spór między trumpistami a Demokratami jest fundamentalny, a obie strony różni w zasadzie wszystko. W podobnym stylu prezentowana jest również nasza krajowa rywalizacja między PiS-em a PO, a także polityczne batalie na Węgrzech, w Brazylii, we Włoszech czy Francji. Nie ważne, czy dane media przedstawiają to jako starcie sił ,,demokracji i wolności” z ,,cynicznymi populistami” czy ,,obrońców narodu i tradycji” z ,,neomarksistowskim establishmentem” – wspólnym mianownikiem pozostaje to, że w głównym nurcie strony owej rywalizacji prezentowane są jako diametralnie się od siebie różniące.

W związku z dominacją takiego przekazu, często nawet dla lewicy okolice roku 2015 wydają się bardzo ważną cezurą. Mimo braku sympatii do tzw. populistów, takie wydarzenia jak m. in.: zwycięstwa wyborcze Donalda Trumpa, PiS–u i Jaira Bolsonaro, referendum brexitowe i triumf Borisa Johnsona, umocnienie się u władzy Obrana i Erdoğana czy sukcesy Ligi Salviniego i ZN Marine Le Pen widziane są po lewej stronie jako ,,koniec wszechwładzy neoliberalizmu” i ,,utarcie nosa liberalnemu establishmentowi”. Wymienieni przywódcy i ich partie uchodzą zaś za negatywną, ale mimo wszystko nową jakość w polityce i zwiastunów zmian. Czy jednak jest tak w istocie? Czy naprawdę tzw. populiści są grabarzami neoliberalizmu i świata, jaki znaliśmy przez ostatnie 30 lat?

Giuseppe Tomasi di Lampedusa napisał kiedyś, że czasem ,,wszystko musi się zmienić, aby wszystko zostało tak jak jest”. W tych słowach zawiera się istota prawdziwego oblicza ,,populistycznej ofensywy”. Ostatnie lata, w przekazie mediów i samych polityków ukazywane jako czas wielkich przemian i ,,starcie cywilizacji”, w istocie nie przyniosły przecież jakiejkolwiek realnej systemowej zmiany. Rzućmy okiem choćby na nasze krajowe podwórko. Fikcja demokracji, pod którą skrywa się oligarchia elit partyjnych i biznesowych? Wysługiwanie się przez władze wielkim korporacjom i Stanom Zjednoczonym? Lokajstwo rządzących wobec Kościoła? Zapaść usług publicznych? Upolitycznione sądownictwo? Przecież wszystko to było integralną częścią polskiego krajobrazu (jedynie trochę lepiej maskowaną) na długo przed dojściem PiS-u do władzy. A może kilka socjalnych ochłapów i godnościowych sloganów? W realiach polskiego dzikiego kapitalizmu takie ,,zmiany” mogą jedynie ponuro śmieszyć. Tak samo było we wszystkich krajach gdzie, niosąc na sztandarach rozmaite proludowe slogany, pisowscy pobratymcy doszli do władzy. Poszerzali oni jedynie skalę dotychczasowych patologii, biernie przyglądali się rosnącym nierównościom i przy każdej okazji szli ręka w rękę z wielkim kapitałem.

Nie powinno to nikogo dziwić, prawdziwym celem ,,populistów” (wbrew deklaracjom) nie jest bowiem nic zmieniać, przeciwnie – robią oni właśnie wszystko, by do jakiejkolwiek realnej zmiany nie dopuścić. Mimo haseł na swoich sztandarach nie są oni wcale wrogami neoliberalizmu, tylko jego najżarliwszymi obrońcami. Ci bowiem, którzy dzisiaj najgłośniej krzyczą, że król ,,liberalnej demokracji” jest nagi, przez dziesięciolecia sami ochoczo brali udział w jego rozbieraniu.  Stanowią oni po prostu tę mniej zaślepioną dekadami wszechwładzy część neoliberalnej rodziny, która w dobie rosnącego gniewu społecznego i nierówności zdała sobie sprawę, że dotychczasowe paliwo polityczne wyczerpuje się. Dlatego zmieniła serwowaną wyborcom narrację, styl, hasła wyborcze i retorykę. Wszystko to tylko po to by dalej, tak jak tej pory skutecznie bronić nieskrępowanego kapitalizmu i oligarchicznego stanu posiadania.

Nie jest to sytuacja nowa – w latach trzydziestych również kryzys i związany z nim gniew społeczny zostały wykorzystane do zdobycia władzy przez faszyzujące ugrupowania nacjonalistyczne i szowinistyczne. Wszystkie one, na czele z nazistami Hitlera, dokonywały tego dzięki przemożnemu wsparciu elit i wielkiego kapitału. Torpedowały one szansę na dojście do władzy partii mających w programach realną zmianę systemu, a kierując gniew wyzyskiwanych grup przeciwko sobie nawzajem, zapewniały parasol ochronny prawdziwym winnym ich cierpień. Tak samo jak i teraz, gdy Trump podjudza białych robotników przeciwko Latynosom i Afroamerykanom, brexitowcy brytyjskich pracowników przeciw imigrantom z Europy Wschodniej, a Kaczyński Polaków przeciw uchodźcom, w tym samym czasie wysługując się wyzyskującym ich wszystkich posiadaczom i kapitalistom. ,,Populizm” to bowiem wcale nie ,,otwarcie się prawicy na głos ludu” jak życzeniowo chcieliby Rafał Woś czy Remigiusz Okraska. To po prostu targany kryzysami kapitalizm (w swojej neoliberalnej odmianie) po raz kolejny sięgnął po swoją ostatnią broń – faszyzm. Całkowitą zmianę na poziomie retoryki, by na poziomie faktów zacementować oligarchiczne status quo.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Jak wygrywaliśmy wojnę hybrydową

Musieliśmy trzymać ich pod gołym niebem, bo tego wymagała nasza racja stanu. Narazilibyśmy…