Site icon Portal informacyjny STRAJK

Projekt o „Instytucie Rodziny” przeszedł jednym głosem, bo opozycja nie przyszła

youtube.com

Jeden głos – tyle brakowało, żeby kuriozalny projekt wysunięty przez Prawo i Sprawiedliwość został odrzucony już po pierwszym czytaniu. Opozycję jednak zadanie przerosło. 

Za nami pierwsze czytanie projektu o Polskim Instytucie Rodziny i Demografii. Gdyby nie brak organizacji wewnątrz partii opozycyjnych, byłoby to zapewne czytanie ostatnie. Za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu opowiedziało się 204 posłów, przeciw – 205. W przegranej liczbie 204 znajdowało się 46 posłów Lewicy. Warto wspomnieć, że klub parlamentarny Lewicy składa się z 47 osób – na sali zabrakło poseł Joanny Senyszyn, której obecność wystarczyłaby, aby projekt wylądował w śmietniku. Na głosowanie nie przyszło również 8 reprezentantów KO.

Instytut Rodziny i Demografii, o którym mowa w projekcie, byłby niczym innym niż kosztującą około 30 milionów rocznie instytucją służącą do inwigilacji życia Polek i Polaków. Prezes takiej instytucji (którym najprawdopodobniej miałby zostać przedstawiający projekt poseł PiS Bartłomiej Wróblewski) byłby wręcz nieodwoływalny i urzędowałby 7 lat. Osoba na stanowisku prezesa Instytutu posiadałaby również nieograniczone wręcz kompetencje – będzie mógł żądać wszczęcia postępowania w sprawach cywilnych rodzin czy brać udział w postępowaniach rozwodowych.

Nowa instytucja miałaby za zadanie monitorować demografię, bacznie przyglądać się wpływającym na nią czynnikom – i tu zapewne znajdzie się furtka do kontroli aspektu reprodukcyjnego, takich jak wykonane aborcje, czy nawet tabletki „dzień po”. Instytut miałby też formułować odpowiednie rekomendacje, które, według polityków PiS, miałyby na przyrost naturalny pozytywnie wpłynąć.

Wniosek o odrzucenie projektu w imieniu klubu Lewica złożyła poseł Wanda Nowicka. Według Nowickiej, Instytut „otrzymuje kompetencje innych instytucji jak: GUS, polityka społeczna, nawet prokuratura” i ograniczałby nawet rolę Rzecznika Praw Obywatelskich.

Prawo i Sprawiedliwość dalej wydaje się nie rozumieć, że wchodzenie z butami w życie swoich obywateli i grzebanie w kobiecych ciałach nie sprawi, że automatycznie zacznie rodzić się więcej dzieci – a efekt może być wręcz odwrotny. Choćby ze względu, że od momentu wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej mniejsza ilość kobiet deklaruje chęć posiadania dziecka.

Na dodatek zapaść demograficzna nie jest problemem ostatnich lat – ciągnie się ona od 1989 roku i jest ona zapewne pokłosiem brakiem finansowych warunków do posiadania potomstwa a sytuacji nie załagodziła wyborcza kiełbasa w postaci 500+. Mieszkania stają się towarem coraz bardziej luksusowym, publiczny sektor opieki zdrowotnej jest na skraju zapaści, polityka socjalna w dalszym ciągu jest nikła, a kobiety w razie powikłań nie mają dostępu do bezpiecznej aborcji.

Exit mobile version