Tak właśnie trzeba odczytywać zamiary Białego Domu, by ograniczyć w sposób drastyczny napływ uchodźców do USA.

Przy czym trzeba dobrze zrozumieć istotę problemu: nie chodzi o rzekę ludzi, szukających lepszych warunków życia i ucieczki przed nędzą, wobec których władze Stanów Zjednoczonych zachowują się i tak w sposób barbarzyński, ale o tych, dla których zmiana miejsca zamieszkania jest jedynym sposobem na uratowanie życia. Konwencja genewska z 1951 r. definiuje bowiem uchodźcę, jako „osobę, która na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu swojej rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej zmuszona była opuścić kraj pochodzenia oraz która z powodu tych obaw nie może lub nie chce korzystać z ochrony swojego kraju”.

Do tej pory pomoc uchodźcom była jednym z czynników, które definiowały kraje demokratyczne, ponieważ ratowały ich przed zagrożeniami życia. Teraz USA, pragnące być postrzegane jako wzorzec kraju demokratycznego i broniącego praw człowieka, właśnie odmawia im pomocy.

Jak informuje „New York Times” (NYT) administracja amerykańska rozważa znaczne ograniczenie napływu uchodźców. W tym roku ograniczono ich napływ do 30 tysięcy, czyli o 70 proc mniej niż za rządów poprzedniego amerykańskiego prezydenta.

Gazeta informuje, że pod uwagę brane są dwie opcje: pierwsza to ograniczenie nawet tego skąpego napływu do 10-15 tysięcy uchodźców rocznie, przy czym preferowani byliby współpracujący z armią USA obywatele Afganistanu i Iraku, a druga ograniczenie napływu uchodźców do zera. Tym samym, pisze NYT, „obie opcje niemal zlikwidowałyby status Stanów Zjednoczonych jako lidera w przyjmowaniu uchodźców z całego świata” (choć w istocie USA nie prowadzą w tym rankingu, wystarczy wspomnieć kraje afrykańskie: Etiopia przyjęła 740 tysięcy uchodźców, Kenia i Uganda po 500-600 tysięcy – przyp. red)

Jednym z najgorętszych orędowników zamknięcia granic amerykańskich przed ludźmi szukających ratunku przed prześladowaniami jest dorada prezydenta Trumpa ds. emigracji Stephen Miller.

Mimo próśb NYT o komentarz do tego skandalicznego projektu, Biały Dom nie zareagował.

To jedna z ostatnich masek, która spadła z twarzy Ameryki, która chciała udawać, że zależy jej na ogólnoludzkich wartościach.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. W ich krajach pochodzenia nie ma żadnego ryzyka śmierci typu wojna czy katastrofa naturalna. Niech siedza u siebie, na swoim, i budują dobrobyt własnych ojczyzn. Na emigracji zawsze będą ludźmi drugiej kategorii. Panami mogą być tylko u siebie.

  2. Dziwne? Nie. Przecież Hameryka żyje z rabunku całego świata. A kto już został obrabowany, niech zdycha, bo jest nieprzydatny.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Rządowy instytut nazywa wzrost płac „obciążeniem pracodawców”

Wzrost poziomu życia budzi niepokój środowisk biznesowych, ale też polskiego rządu. Nadzor…