Share Button

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie skorzysta z zaleceń stworzonych przez zespół Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. Ustami swojej rzeczniczki partia rządząca poinformowała, że obecnie „nie są planowane żadne zmiany w Kodeksie Pracy”. Oznacza to, że jedynymi beneficjentami półtorarocznych prac 14 osobowego gremium będą jego członkowie, którzy zarobili w tym czasie łącznie prawie milion złotych. Wydatek został oczywiście pokryty ze środków publicznych.

Efektem zbiorowego wysiłku ekspertów delegowanych przez rząd, kapitalistyczne lobby i duże związki zawodowe jest dokument, który w założeniu miał być projektem ustawy.  Szybko okazało się, że strona rządowa ma do niego sporo zastrzeżeń. Od pewnego momentu pojawiła się narracja, że to jedynie „projekt ekspercki”, który ma być „dobrym punktem wyjścia do dalszych prac”. Proponowane zmiany nie podobały się również kapitalistom, choć ich sprzeciw nie był jednoznaczny, bo o ile z jednej strony projekt zakładał likwidację niektórych śmieciowych form zatrudnienia, to w stopniu znacznym osłabiał on pole manewru związków zawodowych, szczególnie tych małych i bojowych, które w wyniku podwyższenia kryterium reprezentatywności miały zostać pozbawione możliwości prowadzenia sporów zbiorowych i przeprowadzania strajków.

Według związkowców z Inicjatywy Pracowniczej, którzy od początku nazywali propozycje zespołu jako „niebezpieczne na wielu płaszczyznach dla świata pracy”, celem prac było wprowadzenie korporacjonistycznego modelu stosunków pomiędzy pracą a kapitałem, gdzie możliwość zaistnienia realnego konfliktu zostaje spacyfikowana poprzez wepchnięcie pracowników w ramiona dużych i często kunktatorskich centrali. W analizach krytycznych akcentowano też pacyfikacje radykalnych nastrojów w gmatwaninie niekończącego się „dialogu społecznego”. Największym skandalem, za który, co warto podkreślić, odpowiedzialność ponoszą również przedstawiciele największych związków, była próba wprowadzenia nierównych kryteriów reprezentacji dla małych i dużych organizacji związkowych. Aby uzyskać status organizacji reprezentatywnej komisje Solidarności, OPZZ i FZZ musiałyby zrzeszać 10 proc. wszystkich zatrudnionych w danej firmie, a radykalna Inicjatywa Pracownicza– aż 15 proc. załogi. W ten sposób, za pomocą aparatu państwowego, związkowa biurokracja próbowała wyciąć z rynku konkurencje. 

Skoro wiemy już, że grono fachowców stworzyło projekt, który nie podoba się nikomu poza Rafałem Wosiem, to najważniejsze pytanie brzmi: jakie zmiany byłyby najbardziej pożądane z perspektywy interesu polskich pracowników? Obecnej władzy z całą pewnością nie zależy ani na realnym wzroście płac, bo to odstrasza inwestorów i denerwuje kapitalistyczne lobby.

Rząd gra na to, żeby mieć potulny i podporządkowany sobie ruch związkowy. Największym zagrożeniem dla interesów przedsiębiorców nie jest dialog społeczny, który neutralizuje gniew i rozbija uzasadnione roszczenia, lecz widmo strajku – narzędzia, które, jak pokazuje 150-letnia historia walk klasowych, jest najskuteczniejszym narzędziem poprawy warunków płacowych i standardów zatrudnienia. Dialog społeczny może funkcjonować z korzyścią dla pracowników, jeśli mamy do czynienia z wysokim poziomem uzwiązkowienia i znaczną siłą związków zawodowych. Taka sytuacja ma miejsce chociażby we Francji, gdzie masowe strajki wielokrotnie wstrzymywały antyspołeczne reformy, lub w Niemczech, gdzie konsekwentne działania centrali IG Metall, doprowadziły do skrócenia tygodniowego czasu pracy kilkuset tysięcy zatrudnionych w branży metalowej.

W Polsce do związków należy jednak zaledwie 12 proc. pracowników, a centrale takie jak Solidarność czy FZZ nie wyróżniają się szczególną determinacją, ani też pomysłowością w walce o interesy swoich członków. W takiej sytuacji dialog społeczny jest narzędziem narzucania światu pracy rozwiązań korzystnych dla wyzyskiwaczy. Umowy śmieciowe, niskie płace czy proceder łamania praw pracowniczych nie znikną dopóki kapitałowi nie będzie zaglądać w oczy widmo strajku generalnego. W Polsce jego legalne przeprowadzenie jest praktycznie niemożliwe, z uwagi na konieczność zwoływania referendum strajkowych w każdym kolejnym zakładzie. Ułatwienia na tej płaszczyźnie powinno być wspólnym celem zarówno niewielkich bojowych organizacji pracowniczych, jak i głównych centrali. Dopóki jednak duże związki zawodowe będą traktować te mniejsze jako zagrożenie, z którym należy walczyć, a nie jako partnerów, z którymi łączy je wspólność interesów i wspólny wróg, jakim są kapitaliści, do tego czasu polski pracownik będzie bezlitośnie wyzyskiwany i doświadczany brutalnością kapitalistycznej logiki z pełną mocą. 

Share Button

4 komentarze

  1. Antal Falk napisał:

    Strajk generalny w Polsce???… :-o
    Nieosiągalne. Społeczeństwo, a raczej horda przegięte na prawo, zastraszone, o mentalności ponurych helotów… Może za sto lat….

  2. rozbawiony napisał:

    nowak a ty gdzieś spracujesz? To przeprowadź tam sobie strajk generalny

  3. Nikt napisał:

    Korporacjonizm? Rządowe związki zawodowe (Solidarność)? Może od razu wprowadzić sprawdzony system wujka Adolfa?

    • rozbawiony napisał:

      @nikt – tobie prawie wszystko kojarzy się z „wujkiem Adolfem”. Jakaś obsesja. Pewnie twoja partnerka ma wąsa tak jak Adolf

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*