14 lutego zaczął się strajk na uniwersytetach w Wielkiej Brytanii. Pracownicy szkół wyższych oczekują podwyżek pensji, wyższych emerytur, a także poprawy warunków pracy. Twierdzą, że studenci stoją za nimi murem.

Zamiast na zajęcia, wykładowcy akademiccy ruszyli w poniedziałek 14 lutego na protesty. Nie wszyscy – kierownictwo uniwersytetów już stara się w swoich komunikatach przekonywać, że w strajk zaangażowana jest niewielka mniejszość pracowników. Co innego deklaruje koordynator strajku, związek zawodowy University and College Union. Wskazuje on, że pikiety protestacyjne odbyły się na 44 różnych uniwersytetach, od Cambridge po Uniwersytet w Edynburgu. W przyszłym tygodniu, jak oceniają związkowcy, do akcji ma dołączyć jeszcze więcej, bo 68 uczelni.

Dwa tematy

Protesty mają trwać przez dziesięć dni roboczych i odbywają się pod trzema głównymi hasłami. Po pierwsze, nauczyciele akademiccy chcą utrzymania wysokości swoich emerytur. Obecnie pracownicy mogą stracić nawet 35 proc. przyszłego uposażenia. Dlaczego? Naukowcy, nauczyciele akademiccy i eksperci z think tanków otrzymują świadczenia w ramach Universities Superannuation Scheme – z prywatnego funduszu emerytalnego. Jego kierownictwo jeszcze w marcu 2021 r. oświadczyło, że dla utrzymania obecnej wysokości emerytur uczelnie będą musiały płacić wyższe składki – rynkowe działania funduszu przy obecnych wpływach nie dają bowiem spodziewanej stopy zwrotu, a i w przyszłości inwestycje mogą się nie zwrócić. Składki miałyby wzrosnąć o 30, a w skrajnym wypadku nawet 50 proc. Na to nie chcą zgodzić się uczelnie, tym samym oznajmiając pracownikom, że ich emerytury radykalnie spadną.

W przyszłym tygodniu, od 21 stycznia, motywem przewodnim staną się pensje. Pracownicy akademiccy oczekują bowiem podwyżek. Podczas całego protestu będzie też mowa o poprawie warunków pracy na uczelniach. Chodzi przede wszystkim o rezygnację z zatrudniania nauczycielek i nauczycieli akademickich na umowach czasowych oraz o przeciążenie pracą, na które skarżą się wykładowcy.

– Podstawowy powód, dla którego strajkuję, jest prosty. Mam dość uniwersytetów publicznych, które zachowują się jak korporacje działające dla zysku – pobierają wysokie czesne od studentów, obcinają pracownikom pensje i emerytury, ale podnoszą wynagrodzenia menedżerom wysokiego szczebla. To szkodzi studentom, społeczeństwu i nauce – napisał na Twitterze Jonathan Leader Maynard, wykładowca londyńskiego Kings College, uczestnik protestu.

Spór trwa od dawna

Spory zbiorowe na tle płacowym na brytyjskich uczelniach zaczęły się jeszcze przed pandemią. Pod koniec 2019 r. strajki odbyły się na 60 uczelniach, w lutym 2020 r. – na 73. Potem tematem nr 1 stała się organizacja nauczania w warunkach pandemicznych. Rzecz jasna o podwyżkach dla pracowników, którzy musieli adaptować się do nowej sytuacji, nikt nawet nie pomyślał. Teraz rektorzy uczelni skarżą się, że strajkujący wykładowcy uderzają w studentów, którzy przez ostatnie lata i tak byli najbardziej poszkodowani. Związki odpowiadają, że nieustannie otrzymują od młodzieży wyrazy solidarności z wykładowcami. W internecie publikowane są materiały, na których studenci dołączają do pikiet strajkowych.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

USA: prawo do aborcji już nie jest powszechne

O tym mówiło się od miesięcy. Konserwatywny Sąd Najwyższy USA głosami sędziów mianowanych …