Site icon Portal informacyjny STRAJK

Szpitalny Oddział Ratunkowy – piekło na ziemi

fot. wikimedia commons

SOR – inaczej „ostry dyżur”. Po godzinie jesteś kozak. Po dwóch już przestaje działać ibuprom. Po czterech już ci nawet nie przeszkadza, że pielęgniarka wbija ci wenflon jedną ręką, gadając przez komórkę. Kiedy dobija do siódmej godziny, jesteś tylko zwiniętą w kłębek kupką popłakującą w kąciku. A i tak rekordziści by mnie wyśmiali.

Na oddziale ratunkowym warszawskiego Szpitala MSWiA spędziłam 7,5 godziny. Zazwyczaj kolejkę trzeba zająć już do okienka przy rejestracji. Wszyscy słyszą, z jakim problemem przyjeżdżamy. „Krwawię z pochwy, a jestem w ciąży…”, „ogłuchłem na prawe ucho…”, „drętwieje mi noga…”, „piła obcięła mi opuszki palców…” – to zrozumiałe, że każdy stara się mówić przyciszonym głosem. Wtedy rejestrator prosi o powtórzenie, bo nie dosłyszał. „KRWAWIĘ Z POCHWY!”…

Potem jeszcze raz wszystko, tylko ze szczegółami, należy powtórzyć przed ratownikiem, którego zadanie polega na wyłuskaniu najważniejszych objawów i pokierowaniu dalej odpowiednio do okulisty, laryngologa, neurologa, ginekologa, chirurga itd. Pół biedy, kiedy przyjmuje nas w osobnym pomieszczeniu. W szpitalu na Wołoskiej takiego nie ma. Zarówno rejestracja, jak i „etap selekcji” dokonują się w jednym pomieszczeniu pełnym ludzi. Ratownik przepytuje pacjentów w okienku obok rejestracji, za parawanem, w zasięgu wzroku i słuchu wszystkich oczekujących. Pomiędzy okienkami wisi też wielki ekran: „Czas oczekiwania: 2 h”. Kiedy siadam za parawanem i rozpoczynam swoją spowiedź, słyszę, jak rejestrator z ratowniczką pękają ze śmiechu z tych „2 h”.

W poczekalni krzesło to miejscówka luksusowa. W godzinach szczytu jest to przyjemność reglamentowana, więc stoi się lub siedzi na podłodze. Siedzi starszy pan na wózku, jak się okazuje – na co dzień – chodzący. Przywiózł go syn. Mrowiło go od kilku dni, tego ranka już nie był w stanie utrzymać się na nogach. Przewraca się, dolna połowa ciała odmawia posłuszeństwa. Obok w rogu piękna Julia – eteryczna dziewczyna, trzymająca się za brzuch. Przyjechała ze skierowaniem na operację. Lekarz POZ stwierdził, że to wyrostek. Umalowana, na obcasach, na początku swojej drogi przez mękę w ogóle nie sprawia wrażenia, jakby była pacjentką, a przyjechała na występy. Te dwie osoby jeszcze tkwiły na oddziale, kiedy opuszczałam go po ponad 7 godzinach. Julia 2 godziny czekała na USG, które ostatecznie nic nie wykazało. Wróciła do poczekalni. Wtedy już wyła z bólu. Spotkałam ją kolejny raz po 4 godzinach, kiedy i jej i mnie zdecydowano się wreszcie podać kroplówkę przeciwbólową. Żadna z nas nie była jeszcze wtedy zdiagnozowana. Z urody już nic nie zostało. Twarz dziewczyny przypominała rozmazaną papkę z łez i smarków, oblepioną tłustymi włosami, mokrymi z wysiłku. Słyszałam przez drzwi, jak płakała w gabinecie, a lekarz tłumaczył jej, że nie ma się czym martwić, przecież na USG wszystko wygląda ok. Chyba jednak jakoś szczególnie dobrze nie było, bo za chwilę zniknęła za drzwiami z napisem „Sala resuscytacyjna”. Już jej nie widziałam. Została doprowadzona do stanu absolutnego upodlenia.

fot. wikimedia commons

Ja nie, bo zrezygnowałam z godności na tyle, żeby wparować do gabinetu i poprosić choćby o Apap. Podczas pierwszego badania obiecano mi przeciwbólowe, „ale najpierw USG”. Wenflon, który wbiła mi pielęgniarka, przyklejona jednocześnie uchem do komórki („wiesz synuś, no to jest małe dziecko, a ja mam opryszczkę, to wolę go teraz nie odwiedzać, ale przekaż mu buziaczki od babci”) – był jak obietnica, że jakaś czynność zostanie w końcu podjęta, procedura ruszy, wyjdę stąd przed czterdziestką. Ale wezwanie na USG nie nadchodziło od godziny, więc nie miałam złudzeń, że nikt ani nie ma pojęcia, na jakim jestem etapie, ani za bardzo się tym nie interesuje. Jeden pacjent zniknie z horyzontu na godzinę, to na jego miejsce zwalą się trzej inni. Bo ludzi w poczekalni nie ubywało, braki same uzupełniały się na bieżąco.

Około 20.00 dowiedziałam się, że jeden starszy pan czeka na USG naczyniowe od 12.45. Dwie osoby diagnozowano od 10.00 rano. Później, koło północy, słyszałam, jak emerytka pyta z pretensją: „Niedługo? Pani uważa, że od godziny 5 po południu to jest niedługo?”. „Bardzo niedługo!” – brzmiała odpowiedź pielęgniarki.

W tym roku miałam szczęście odwiedzić trzy różne warszawskie oddziały ratunkowe: na Wołoskiej, na Szaserów (Centralny Szpital Kliniczny MON) i ostry dyżur okulistyczny przy ul. Stępińskiej (Szpital Czerniakowski). Na Szaserów zapamiętałam kobietę, która biegała wieczorem ze słuchawkami w uszach. W jakiś niewyjaśniony sposób gumowy korek od słuchawki wpadł jej do przewodu słuchowego i tam utknął. Mijała trzecia godzina, kiedy sama dała radę wydłubać go sobie z ucha i poszła do domu.

Na Stępińską dotarłam około 2.00 w nocy. Przede mną do gabinetu wchodziła kobieta, która przyjechała z Ostrowii Mazowieckiej. Czekała od około 4 godzin. Jej córka mówiła potem, że idą czekać dalej – do samochodu, bo być może konieczna będzie operacja, ale o tym może zdecydować tylko ordynator, a ten będzie o 7.30. Dostały więc wybór: czekać w samochodzie lub dalej na krześle w poczekalni.

O tym wszystkim mówi się dopiero, kiedy poleci 8 głów, bo ktoś urodził na podłodze. To jednak dramat, który w poczekalniach SOR rozgrywa się codziennie. Jednak opieszałość i znieczulica personelu, które prawdopodobnie były przyczyną wydarzeń w feralnych Starachowicach, tutaj nie stanowią satysfakcjonującej odpowiedzi. Są pacjenci krewcy, pacjenci pod wpływem, pacjenci potulni, pacjenci upierdliwi. Podobnie lekarze, ratownicy, pielęgniarki: jedni reagują zniecierpliwieniem, nie potrafią powstrzymać się od złośliwych komentarzy, inni od dawna są wypaleni, działają na autopilocie. Zdarzają się i troskliwi, i chamscy – po równo. Jedni potrafią rozbroić wiszącą w powietrzu awanturę, inni idą na zderzenie czołowe. Długie godziny wyczekiwania i ciągły “młyn” odczłowieczają i pacjentów i personel. Wiele skandalicznych zachowań wybacza się, żeby “to już się wreszcie skończyło” i można było wreszcie odpocząć. Zdecydowanie więcej wolno wobec starszych – oni z reguły słabiej się bronią. Młody może napisać skargę, odpyskować, pójść wyżej. Z kolei młody w poczekalni traktowany jest jak intruz, ściemniacz, zajmuje miejsce ta dziewucha, co jej właściwie dolega? Chodzi, siedzi, gada. No to zdrowa jest!

„Wczoraj zameldowałaś się w miejscu Centralny Szpital Kliniczny MSWiA w Warszawie. Napisz recenzję i podziel się wrażeniami” – pisze do mnie Facebook. Mam świadomość, że moje jak najgorsze wrażenia nie są winą personelu, który tej nocy również został przemielony przez tę samą maszynkę. Mogę wkurzać się na panią od telefonu do synka, ale czy sama nigdy nie przejechałam na żółtym? Mogę napisać skargę na opieszałego ratownika, który prowadził mnie na USG i zafundował mi godzinę męki gratis. Ale potem widziałam, jak sam położył się na twardej podłodze, bo bolał go kręgosłup.

Dramatycznie niewydolne procedury robią z oddziałów ratunkowych obozy koncentracyjne, w których jedni cierpiący tłoczą się w poczekalni na krzesłach ze złamaniami i obrażeniami narządów wewnętrznych (w zasadzie jedyną opcją na ominięcie poczekalni jest przyjechać w stanie wymagającym reanimacji na wejściu), a inni “już obsłużeni”, okablowani, roznegliżowani, na wózkach, na łóżkach, czekają zmiłowania na widoku i zejścia z oddziału specjalisty, który godzinami się nie pojawia, a jak się pojawi, to potrafi dać do zrozumienia, jak bardzo jest tym cierpieniem zdegustowany.

Do jednego worka trafiają urazy, wypadki, skutki długotrwałych nieleczonych dolegliwości albo niefrasobliwości lekarzy rodzinnych. W 2012 r. NIK napisała: “długie kolejki w przychodniach sprawiają, że pacjenci traktują Szpitalne Oddziały Ratunkowe jako sposób na dotarcie do lekarza specjalisty lub szybkie wykonanie badań. Do oddziałów tych trafiają pacjenci (średnio około 30 proc.), którzy nie wymagają podjęcia pilnej interwencji ratującej życie lub zdrowie. Wysoka jest również liczba nieuzasadnionych wezwań karetek. Pogotowie coraz częściej wyręcza lekarzy rodzinnych, specjalistów i ambulatoria. To z kolei może utrudniać dostęp do pomocy osobom, które wymagają natychmiastowej interwencji”.

***

Najtańszy jest trup

O Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych i planowanej zmianie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym strajk. eu rozmawia z Ignacym Baumbergiem, lekarzem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego i wykładowcą Zakładu Medycyny Ratunkowej i Medycyny Katastrof Łódzkiego Uniwersytetu Medycznego, byłym krajowym koordynatorem ratownictwa medycznego Państwowej Straży Pożarnej.

Ignacy Baumberg, fot. Facebook.com

Dlaczego na SOR trzeba spędzić 7 godzin? Jak to się dzieje, że pomocy udzieli nam ktoś dopiero, kiedy już błagamy o szybką śmierć?

Działanie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego reguluje rozporządzenie. I ono mówi, że SOR “udziela świadczeń opieki zdrowotnej polegającej na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia w zakresie niezbędnym dla stabilizacji funkcji życiowych osób, które znalazły się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego”. W założeniu więc SOR to taka duża karetka. To przyszło z Ameryki.
Zamysł był taki, żeby w sytuacjach, gdzie w warunkach przedszpitalnych nie udało się ustabilizować funkcji życiowych, można było uzyskać natychmiastową pomoc, również specjalisty. Do tej pory było tak: obywatel przychodził do izby przyjęć. I tam albo był lekarz, albo nie, albo był zajęty, i tak dalej. Zanim ściągnęli specjalistę, to wszystko trwało. Ale miało taki plus, że znajdowało się poza jurysdykcją ziemską i niebieską. Izby przyjęć były bytami poza jakąkolwiek kontrolą społeczną, bo Pan Portier pilnował wejścia do szpitala. No to wymyślono sobie te SORy. Uznano, że potrzebny jest taki oddział w wieloprofilowym szpitalu, żeby kompleksowo zająć się poszkodowanym. Równolegle pojawiła się koncepcja lekarzy medycyny ratunkowej.

Brzmi rozsądnie.

Tak, w teorii to była koncepcja słuszna. Okazało się, że eksperyment z paramedykami (ratownikami medycznymi) nie wypalił. Inwestycje w nich nie podniosły skuteczności pomocy, wymyślono więc specjalizację lekarską – takiego omnibusa. Tylko że ta koncepcja dotyczyć powinna raczej pomocy przedszpitalnej. Bo na SOR w każdej chwili można ściągnąć z innego oddziału dowolnego specjalistę. Ten lekarz medycyny ratunkowej w efekcie jest tam czasem jak popychle, jedynie zarządza, kogo wezwać. Ci lekarze byli szkoleni do czegoś zupełnie innego niż są wykorzystywani – do zapewnienia wysokiej jakości pomocy przedszpitalnej. Niektórzy jeżdżą w karetkach i to się sprawdza. Część z nich pracuje w karetkach, cześć na SOR, część i tu, i tam. Ale – co się okazało: nagle zaczęło brakować chętnych na tę specjalizacje. Bo SORy, które miały stabilizować funkcje życiowe, okazały się zagrodami, do których ludzie gnają – czy trzeba, czy nie trzeba. Wszystkie słabości podstawowej opieki zdrowotnej i ratownictwa są kompensowane na SOR! I dlatego ludzie czekają tam czasem po 7-8 godzin.

Ale skoro czekają, to widać się to kalkuluje.

Oczywiście. Bo zamiast błąkać się od Annasza do Kajfasza z milionem kwitków, tu mają gwarancję, że zostaną przyjęci. Tylko jak stary człowiek trafia na SOR – nie na noszach z karetki, a przychodzi o własnych siłach, to przeżyje Golgotę. Zauważmy, że w Polsce podaje się 10 razy mniej leków przeciwbólowych niż np. w Niemczech.

Nie zapytam, czy SORy są niedofinansowane. Zapytam, jak bardzo?

Bardzo. Świadczenia na SOR zawsze są niedoszacowane. W wielu przypadkach szpitale ciężko do SORów dopłacają. Dyrektorzy się wkurzają, bo oddziały ratunkowe pożerają wielką część budżetu. Oni by te SORy zamknęli, ale wiele z nich ma wyposażenie z Unii, więc przez 5 lat trzeba je ciągnąć. A jak się zamknie SORy to przecież chorzy nie znikną, nie przestaną przychodzić. Bo gdzie niby mają pójść, na dworzec? Pod most?

Ale przecież to się zmieni! Jest nowy projekt ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym!

To kuriozum na skalę globalną. A największym absurdem jest pomysł zlikwidowania lekarzy w karetkach. Argumentacja? Że nie ma chętnych. To oczywiście nieprawda. Ale zdecydowano, że stawiamy na takie oto zjawisko, jak ratownik medyczny. No więc lekarze medycyny ratunkowej, na których “stawiano” wcześniej zawyli z oburzenia, bo mogą zostać bez roboty. Chytry zamysł był taki, że jak się ich powyrzuca z karetek, to pójdą na SORy. To też nieprawda. Spakują walizki i wyjadą na Zachód, albo zmienią specjalizację. Trochę to było do przewidzenia, więc już teraz poluzowano wymogi dla SOR. Więc bierze się lekarza kandydata na specjalistę urologa i mówi: ty, we wtorki będziesz siedział na SORze. Albo spadasz. W efekcie nierzadko są tam lekarze mający blade pojęcie o pomocy doraźnej. Tak jest taniej. I właściwie jest to logiczne – jak mawiają czasem ubezpieczyciele: najtańszy jest trup.

Wyczuwam antagonizm pomiędzy środowiskiem ratowników i lekarzy…

Środowisko ratowników, których produkuje się na potęgę, chce sobie zabezpieczyć pracę. Dlatego skarżą się na niski poziom lekarzy, często niesprawiedliwie. Chcą wypchnąć lekarzy z karetek i przerzucić ich do szpitali, żeby były mocniejsze SORy, na które oni będą pacjentów dowozić. Ale to będzie kosztem jakości pomocy przedszpitalnej. Na SOR trafiają ci, którzy przeżyli. A cały ambaras jest w tym, żeby ktoś kompetentny umiał w trudnych warunkach uratować życie oparzonego noworodka, starszej pani z zaburzeniami rytmu serca czy motocyklisty po urazie twarzoczaszki. Przecież po to wymyślono medycynę ratunkową. Mówią, że a Anglii czy USA nie ma lekarzy w karetkach. Ale tam, gdzie nie ma, są paramedycy szkoleni czasem przez 4 tys. godzin – to są niezłe studia. A i tak kompetencje mają ograniczone. Jest np. taki zabieg jak intubacja dotchawicza. Do tego często trzeba podać leki znoszące świadomość, przeciwbólowe i zwiotczające – podobnie jak w znieczuleniu ogólnym. W Polsce prawidłowo wykonać to jest w stanie jedynie specjalista anestezjolog. Aż tu nagle pojawia się pomysł, że po 2-miesięcznym szkoleniu można nauczyć tego ratowników medycznych i dać im do ręki nowe supermoce: prawo podania leków zwiotczających, a także… stwierdzenia zgonu. Czy Pani sobie wyobraża, jakie zagrożenie to powoduje? Pamiętamy łowców skór z Łodzi. Niektórzy z nich podawali lek zwiotczający, po którym człowiek się dusił i umierał w męczarniach. Pamiętajmy, że to kierowca karetki decyduje, jak szybko jechać i kiedy włączyć koguta. A na formularzu nie ma godziny dotarcia do pacjenta! Wydaje się, że to ułatwia „sprzedanie skóry”.

Nie wszyscy ratownicy są łowcami skór. Może dajmy im szansę podziałać bez nadzoru lekarza i zobaczymy, jak będzie?

Niektórzy ratownicy medyczni dali głos w konsultacjach społecznych. Stwierdzili (51 proc.), że jak nie będzie lekarza w karetce, to pacjent będzie bezpieczniejszy. Stwierdzili też (45 proc.), że są w stanie skutecznie ratować przy obrażeniach twarzoczaszki – co nawet dla anestezjologa bywa koszmarem sennym. A „znawcy” (17 proc.) stwierdzili, że są w stanie transportować noworodka w inkubatorze z respiratorem. Oni się chyba za dużo filmów naoglądali. Albo byli w filharmonii i zobaczyli, że granie na wiolonczeli polega na tym, że się przesuwa smyczek w lewo, a potem w prawo, i czasem poruszy palcami żeby nie zdrętwiały. Proste, nie? Jak intubacja. Ale to przecież nasza wina – nauczycieli, starszych kolegów, współpracowników w medycynie i decydentów – “niszczycieli autorytetów”, wiecznie szukających oszczędności.

Kiedy kończą się konsultacje?

16 listopada. Trzeba trzymać rękę na pulsie, bo ta ustawa wywoła niewyobrażalne szkody. Do tej pory jak w ciągu dnia trafiało na SOR np. 90 osób, to teraz będzie 130. Jak naród się dowie, że nie ma co liczyć na lekarza w karetce, a zamiast tego przyjedzie ratownik, który będzie mógł podać lek zwiotczający, a potem wystawić karteczkę “zgon”, to SORy będą jeszcze bardziej pękać w szwach i ludzie będą jeszcze dłużej czekać. A lekarzom nie będzie się opłacało pracować za psie pieniądze. I tu prywatne pogotowia widzą szansę na przetrwanie.

Polska Służba Zdrowia jest niedofinansowana? Tak ogólnie?

Jakieś tam pieniądze są, większym problemem jest redystrybucja. Prywatne firmy ratownicze zatrudniają kilka osób w administracji, państwowe pogotowie kilkanaście. Nie ma w nich analizy efektywności kosztowej, stanowiska niezależnych agencji zmieniają się szybko i radykalnie, działają przechowalnie kolesi. A raz na jakiś czas każdy reżim potrzebuje afery w medycynie. Wtedy znajduje się kozła ofiarnego i okazuje się, że doktor Wiktor z karetki jest winien całego zła. I nikogo nie obchodzi, że doktor dawno mógłby już to wszystko pieprznąć, ale jest samarytaninem i sumienie mu nie pozwala.

Polacy nie mają w sobie empatii. Jak wynika z informacji Instytutu Obywatelskiego, z opinią: „Ludzie najczęściej starają się być pomocni” zgadza się jedynie 13 proc. Polek i Polaków. Pod względem zaufania do ludzi od lat znajdujemy się na szarym końcu europejskich społeczeństw. Polacy się nienawidzą – rozmawiałem z ratownikami z różnych krajów Europy, Ameryki, Turcji i Senegalu. Zazwyczaj dziwili się, że w Polsce nierzadko społeczność prezentuje wobec ratowników, ludzi, którzy przybyli ratować bliźniego – agresję! Można zrozumieć silne emocje bliskich pacjenta, ale wypada im się opanować – dla zachowania godności i ułatwienia nam pracy. Ale oni się nie wstydzą, nie wstydzą się ani kraść, ani oszukiwać, ani nie wstydzą się sytuacji, gdzie naruszana jest godność innego człowieka – i tu wracamy do tematu bólu.

Dlatego trudno się dziwić, że w sprawie np. znieczulania porodów jesteśmy kilkanaście lat za Europą, a pacjent ze złamaną nogą słyszy w karetce „jak jest złamanie, to musi boleć…”. I w takiej atmosferze społecznej zamiast delikatnie wdrażać program wychowawczy i budować zaufanie oraz poczucie godności, wylewa się dziecko z kąpielą – modyfikując ratownictwo tylko dla oszczędności. Nad naszą ochroną zdrowia ciąży jakieś fatum. Kompetentni, pełni profesjonalnej pokory ludzie zduszeni hejtem – milczą, a hałas czynią gorliwcy odgadujący na wyścigi życzenia aktualnej władzy.

Dziękuję za rozmowę.

Exit mobile version