Na pół roku przed wyborami prezydenckimi opozycja zajmuje się głównie karmieniem nadzieją. Bo stać ją jeszcze by mieć marzenia. W końcu, jak mówią, nadzieją umiera ostatnia. Po tym, jak Donald Tusk oddał turniej o żyrandol walkowerem, najnowszym uosobieniem nadziei na pokonanie Andrzeja Dudy jest Adam Bodnar.

Kandydatura Rzecznika Praw Obywatelskich snuje się po strumieniu informacyjnym od dobrych kilku miesięcy. Kiedy w sierpniu br. Joanna Misiołek z „Wprost” obwieściła, że Bodnar „może się okazać czarnym koniem wewnątrzpartyjnych przymiarek”, biuro RPO natychmiast oświadczyło, że rzecznik zamierza dokończyć kadencję, która kończy się we wrześniu 2020. Była to reakcja standardowa. Trudno, żeby funkcjonariusz publiczny, którego cnotą najwyższą powinna być neutralność ogłosił, że zamierza rzucić rękawicę urzędującemu prezydentowi.

Wieść niesie, że Adam Bodnar chciałby kandydować. Nie jakoś zawzięcie, ale jako człowiek ambitny i ostrożny analizuje uważnie kierunki i moce politycznych wiatrów. Wybory odbędą się w kwietniu albo w maju, a więc jego kadencja zostałaby skrócona tylko o kilka miesięcy. Nie pozostawiłby po sobie wrażenia człowieka, który rzuca niedokończoną robotę dla intratnego stanowiska.

Ale czy miałby w ogóle szanse zostać kandydatem? Zapewne warunkiem jego startu byłoby udzielenie poparcia przez większość ugrupowań antypisowskich. Trudno sobie jednak wyobrazić, by Robert Biedroń, który już w 2016 roku pozował na okładce wyborczej w fryzurze i pozie prezydenta Polski miałby się tak łatwo pożegnać ze swoim największym życiowym marzeniem. Idźmy dalej: o ile w przypadku Koalicji Obywatelskiej mamy do czynienia z dramatycznym nieurodzajem kandydatów, o tyle Władysław Kosiniak-Kamysz stanowi obecnie największy kapitał PSL, a jego start ma być kolejnym etapem transformacji ludowców w chadecką partię miejską. Nic nie wskazuje na to, żeby ktokolwiek, poza KO, miałby zamiar Bodnara błagać o kandydowanie.

Wyobraźmy sobie jednak, że cud się ziści i w 2020 roku obecny RPO stanie w ringu z Andrzejem Dudą. Czy jest w stanie realnie zagrozić obecnemu rezydentowi Belwederu? Jego mocną stroną jest nieuwikłanie w „wielką politykę”. PiS mógłby oczywiście urządzić kampanię negatywną, w której wyciągnąłby wszystkie interwencje rzecznika w obronie osób LGBT czy niekorzystne opinie dla działań rządu, jednak akcja wyborcza Andrzeja Dudy będzie prawdopodobnie zbliżona temperaturą do ostatniej kampanii wyborczej PiS – łagodna, pozbawiona atmosfery konfrontacji i  akcentująca korzyści, jakie może osiągnąć obywatel z reelekcji głowy państwa. Jeśli ktoś miałby atakować Bodnara, byłyby to pisowskie media, albo szwadrony trolli czy producenci fake newsów, którzy już uderzali w niego rzekomym żydowskim pochodzeniem i wujkiem – ubeckim katem.

Kolejna rzecz – Bodnar przez ostatnie lata wykonał tytaniczną robotę. Więcej podróży i spotkań z mieszkańcami polski wojewódzkiej i powiatowej odbył chyba tylko, nomen omen, Andrzej Duda. Rzecznik potrafił stanąć w obronie pracownika-homofoba zwolnionego z IKEI czy oświadczyć, że prawo do aborcji nie mieści się w katalogu praw człowieka. To nie jest człowiek jednej opcji politycznej, teoretycznie mógłby więc zebrać trochę głosów w tzw. pisowskim centrum.

Czy Bodnar jest właściwą osobą na prezydencki urząd? Może i tak. Moja przyjaciółka porównała go niedawno do Jezusa Chrystusa. Rzecznik podkreśla, że prawa człowieka przysługują każdej stronie politycznego sporu. Apeluje o niereagowanie nienawiścią na mowę nienawiści, o wyjście poza spiralę hejtu i ustanowienie konsensusu szacunku. To niezwykła postawa – kleić wspólnotę w kraju rozdartym ostrym i irracjonalnym konfliktem politycznym.

W starciu wyborczym nie liczy się jednak to, kim kandydat jest, ale to, jak zostanie przedstawiony jako produkt. Adam Bodnar może byłby i dobrym prezydentem, ale jest jest słabym kandydatem na prezydenta, choć może nie tak słabym jak pozostali notowani obecnie w rankingach. Czego zabraknie mu w konfrontacji z Dudą? Przede wszystkim – argumentów, by obywatele postawili na niego, a nie obecnego prezydenta. Polacy zmieniali głowę państwa tylko w przypadku, gdy niemrawego fajtłapę zastępował młody, energiczny. Nieważne czy pijak, czy słaby prawnik. Ważne, żeby miał w sobie jako taki wigor. Andrzej Duda nie jest już kojarzony jako długopis prezesa. W ostatnich kampaniach nie udzielał się jako agitator obozu władzy. Był ponad politycznym kotłem. Polacy już się do niego przyzwyczaili. Ot, prezydent.

Podczas kampanii wyborczej Bodnar, z pozycji swojego kryształowego pałacu prawoczłowieczych wartości, nie jest w stanie wyartykułować wizji politycznej, która jest potrzebna, żeby zawalczyć z Dudą. Będzie operował na kategoriach prodemokratycznej ogólności, przywrócenia, no własnie – czego? Demokracji, której braku Polacy nie widzą?  Europejskości, której im nie brakuje, bo wolą swoje zasady?  Duda, podobnie jak PiS w ostatnich wyborach, zaprezentuje konkretne obietnice, których gwarantem realizacji będzie dalsze trwanie obecnej struktury władzy. Bodnar nie jest w stanie tego przelicytować, bo nie ma do tego narzędzi. Sztabowcy Dudy łatwo będą punktować brak konkretów w jego programie i niemożliwość porozumienia z rządem, ukazywać jako prezydenta, który chce tylko przeszkadzać.

paypal

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Świetna kandydatura. W przeciwieństwie do celebrytów, on jest znany z tego że nie jest wogóle znany. Jeśli antypisowość ma być jedynym argumentem, to świetnie wróżę! Równie dobry a nawet lepszy byłby Janek Kowalski z przypadkowego osiedla, który prócz antypisizmu wyznawałby jeszcze np. miłość do górskich wędrówek.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Gdzie ta niepodległość?

Odświętowaliśmy. Płonęły race, strzelały fajerwerki, szumiały biało-czerwone flagi. Przesz…