Manifestacje w Tunisie, 2011

Przemiany w Tunezji zawsze przyciągały mniej uwagi niż rewolucje i transformacje w państwach arabskich bardziej ludnych i bardziej strategicznie położonych lub dramatyczne dzieje krajów sąsiednich. Obecnie jednak to Tunezja dostarcza kolejnych dowodów, że państwo muzułmańskie nie musi być ani despotią, ani siedliskiem terrorystów. Z tymi ostatnimi toczy walkę, której znaczenie jest nie do przecenienia.

O terroryzmie w Tunezji było głośno w marcu i w czerwcu 2015 r. Wtedy ofiarami islamskich fundamentalistów padli europejscy turyści. O zamachu z 24 listopada 2015 r. media tyle już nie mówiły. W samym sercu Tunisu zginęło wprawdzie piętnaście osób, ochroniarzy prezydenta Al-Badżiego Ka’ida as-Sibsiego, ale do ginących Arabów światowa opinia publiczna już się przyzwyczaiła. Tym bardziej, że przebieg zamachu był przerażająco typowy: zamachowiec-samobójca wysadził się w powietrze obok autobusu z ochroniarzami. Miał 28 lat, mieszkał w ubogiej dzielnicy Tunisu, zarabiał na życie jako uliczny sprzedawca. Nie wiadomo, kiedy i gdzie stał się fundamentalistą. Być może w 2011 r. był w tłumie protestujących przepędzających prezydenta-dyktatora Zajna al-Abidina ibn Alego. Pewnie po jego upadku spodziewał się lepszej przyszłości. Kiedy ta nie nadeszła tak szybko, jak się spodziewał, zaczął szukać recepty na życie w fundamentalizmie. Ostateczne rozkazy wydało mu Państwo Islamskie.

Dla dżihadystów Tunezja to szczególny problem. To jedyny kraj, w którym Arabska Wiosna miała skutki względnie zgodne z założeniami. Demonstracje zdołały nie tylko doprowadzić do odejścia dyktatora, ale i do wyłonienia Zgromadzenia Konstytucyjnego, a następnie przeprowadzenia uczciwych wyborów. W wyborach wygrała z 37 proc. głosów Partia Odrodzenia, deklarująca się jako umiarkowanie islamska. Wydawało się, że Tunezja, za ibn Alego dyktatura świecka, może szybko stać się dyktaturą religijną, tym bardziej, że obok Partii Odrodzenia coraz śmielej poczynały sobie znacznie mniej umiarkowane organizacje salafickie. Dopuściły się one zabójstw kilku znanych działaczy związkowych, prawników i obrońców praw człowieka.Gdy z rąk „nieznanych sprawców” zginął socjalista i panarabista Muhammad Brahmi, parlamentarzysta z ramienia lewicowej partii Ruch Ludowy, doszło do kolejnych manifestacji. Rząd Partii Odrodzenia musiał – mimo początkowych butnych deklaracji pozostania na stanowisku – odejść. W jego miejsce powstał gabinet technokratów na czele z menedżerem Mahdim Dżumą, dotąd bezpartyjnym ministrem przemysłu. Ekipie tej udało się przygotować wybory parlamentarne w październiku 2014 r. W nich rywali zdystansowała nowa partia Wezwanie Tunezji, deklarująca się jako umiarkowanie lewicowa. Uzyskała ponad 37 proc. głosów. Islamiści zajęli drugie miejsce z wynikiem o 10 punktów procentowych gorszym, chociaż na uboższym i mniej zurbanizowanym południu kraju nadal byli bezkonkurencyjni.

Brzmi jak zły sen islamskiego fanatyka. Oto mieszkańcy arabskiego kraju, często religijni sunnici, pod wpływem zachodnich wzorców, ale bynajmniej nie pod przymusem, zażądali demokratyzacji swojego państwa. Głosując na partie socjaldemokratyczne i wychodząc na ulice po skrytobójstwie, którego ofiarą padł lewicowy polityk, dobitnie dali również do zrozumienia, że nie tylko buntują się przeciwko ubóstwu i złej sytuacji ekonomicznej państwa, ale i chcieliby, by państwo to aktywnie wspierało najsłabszych. Nawet jeśli byli gotowi w pierwszej chwili po rewolucji oddać głosy na islamistów (i to jedynie umiarkowanych), to głównie dlatego, że docenili wcześniejszą walkę Partii Odrodzenia z dyktaturą. Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki dryfowania tej formacji w kierunku bardziej fundamentalistycznym – poparcie odpłynęło. Tunezyjskie niepowodzenie jest dla rozmaitych północnoafrykańskich formacji salafickich, jak i dla Państwa Islamskiego szczególnie bolesne także dlatego, że w Afryce Północnej fundamentaliści przegrali także bój o kontrolę nad Egiptem. Opanowali jedynie, dzięki europejskiej interwencji, Libię.

Al-Badżi Ka’id as-Sibsi, prezydent Tunezji, jeden z twórców Wezwania Tunezji / fot. Wikimedia Commons
Al-Badżi Ka’id as-Sibsi, prezydent Tunezji, jeden z twórców Wezwania Tunezji / fot. Wikimedia Commons

Świadomość porażki tłumaczy, dlaczego próby zawracania Tunezji na „właściwą drogę” głoszoną przez fanatyków przeprowadzane są w tak brutalny sposób. Uderzając w marcu 2015 r. w muzeum Bardo w Tunisie, a w czerwcu tego samego roku w popularny kurort Susa, fundamentaliści zamierzali skutecznie przepędzić z Tunezji europejskich plażowiczów, podcinając podstawy krajowej gospodarki. W każdym przypadku przypadkowych ludzi atakowały nie samotne wilki-desperaci, a terroryści gruntownie zindoktrynowani i wyszkoleni w obozach dżihadystów w Libii. Ataki na gości z Europy miały zapewnić Tunezji złą sławę w światowych mediach i doprowadzić do załamania się sektora turystycznego. Równocześnie fundamentalistyczni partyzanci z lokalnych odrostów Państwa Islamskiego oraz miejscowych bojówek salafickich na czele z Ansar asz-Szaria nieustannie atakowali posterunki policji i małe oddziały wojska. Zniszczona gospodarka i nadwątlone struktury państwowe miały być karą za demokratyczny eksperyment, a zarazem podłożem pod wyhodowanie kolejnej armii ludzi, którzy, jak w Iraku, straciwszy wszystko, nie widzą innych życiowych możliwości niż pójście na świętą wojnę. Do tej pory się nie udało. Stąd brutalność i teatralność ostatniego zamachu, przeprowadzonego w sercu państwa, przeciwko otoczeniu głowy państwa. Nie jest wykluczone, że następna będzie próba zamordowania samego prezydenta, związanego w końcu z Wezwaniem Tunezji.

Drugi problem kraju leży właśnie w rządzącej partii. Partię Wezwanie Tunezji utworzyli wspólnie zwolennicy świeckiego państwa, politycy z otoczenia obalonego dyktatora, działacze związków zawodowych, fani nieskrępowanej gospodarki wolnorynkowej i socjaliści, dla których wzorem jest program Desturowskiej Partii Socjalistycznej działającej w latach 1964-1987. Właściwie jedyne elementy programu, co do których wszyscy mogą się zgodzić, to świeckość państwa i niedopuszczanie do władzy partii religijnych. Można by powiedzieć, że to już coś. Tyle jednak Tunezja osiągnęła jeszcze przed Arabską Wiosną. Żeby nie zawieść nadziei jej uczestników, wypadałoby sformułować sensowny program gospodarczy i zacząć rozwiązywać problemy, które w 2011 r. oburzały demonstrantów. Bezrobocie nadal przekracza 10 proc. i jest prawdziwą plagą wśród młodych ludzi. Poziom korupcji spadł, ale bynajmniej nie do zera. A systematyczny rozwój gospodarczy i infrastrukturalny, którym chlubił się ibn Ali, dotyczył głównie miast na wybrzeżu i rozsianych między nimi kurortów. Do interioru kraju dotarł w niewielkim stopniu.
W kwestii gospodarki pomysły i interesy lewicowych, centrowych i bardziej zachowawczych frakcji w partii zaczynają się wykluczać. Gdyby w Wezwaniu Tunezji przeważyło przekonanie, że w pakiecie z parlamentarną demokracją trzeba przyjąć także neoliberalne recepty ekonomiczne, wielka transformacja gospodarcza może i się odbędzie, ale przy ogromnych kosztach społecznych. Równie nieciekawie rysują się perspektywy Tunezji w razie pogrążenia się rządzącej partii w wewnętrznych sporach. W tej sytuacji to od postawy lewego skrzydła Wezwania Tunezji oraz popierających je związków zawodowych będzie w ogromnej mierze zależeć ostateczny wynik Arabskiej Wiosny w tym kraju. Łatwo im nie będzie, ale przed sobą mają wciąż znaczące zaufanie społeczne, a za sobą – oddech Państwa Islamskiego. Jedno i drugie powinno działać mobilizująco.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Nowa Zelandia zmieni nazwę, a Barbados wypowie posłuszeństwo królowej brytyjskiej? „Czas pogrzebać kolonialną przeszłość”

W ostatnich dniach na dwóch przeciwległych krańcach kuli ziemskiej miały miejsce dwa wydar…