Tunezję przedstawiano w mediach jako jedyne państwo, gdzie Arabska Wiosna udała się naprawdę: dyktator Zajn al-Abidin ibn Ali został obalony, parlamentarna demokracja została wprowadzona i przetrwała. Jednak dziesięć lat po tych wydarzeniach na ulice miast w kraju znowu wychodzą tysiące demonstrantów, domagając się pracy, chleba i sprawiedliwości.

W sobotę i niedzielę w Tunisie znowu brzmiały okrzyki „Nie bójcie się, ulice należą do ludu” i „Ludzie chcą upadku reżimu” – te same, co dziesięć lat temu. Mówiono o reżimie, bo chociaż dzisiejsza Tunezja nie jest dyktaturą, to w najmniejszym stopniu nie zmieniła się policja, a więc przedstawiciele władzy, z którymi przeciętny obywatel styka się najczęściej: nadal jest skorumpowana, brutalna i bezwzględna w stosunku do ludzi bez pieniędzy i koneksji.

Demonstranci słusznie zarzucają korupcję i skupienie na własnym interesie również politykom. Twierdzą, że przez dziesięć lat zrobiono nader niewiele, by walczyć z bezrobociem w młodym pokoleniu, dać ludziom szansę wychodzenia z biedy i zagwarantować wszystkim dostęp do podstawowych usług publicznych (w tym wody bieżącej i kanalizacji).

Protesty zaczęły się jeszcze 14 stycznia, w okrągłą rocznicę odejścia ibn Alego. Setki demonstrantów zostało po nich zatrzymanych, a przerażony rząd zabronił zgromadzeń do 18 stycznia włącznie. Jako że po tej dacie zatrzymani wciąż nie wyszli z aresztów, w sobotę i niedzielę demonstrowano ponownie. Część młodych protestujących, czując, że państwo ma dla nich jedynie wykluczenie lub przemoc, nie ograniczała się do pokojowych metod działania: w policję rzucano kamieniami i butelkami z benzyną. Funkcjonariusze rozpylali w odpowiedzi gaz łzawiący i uruchamiali armatki wodne, a część ulic Tunisu zablokowano barierkami, które protestujący starali się przewracać. W Alei Habiba Burgiby, jednej z najważniejszych arterii tunezyjskiej stolicy i miejscu symbolicznym z uwagi na wydarzenia sprzed 10 lat pozwolono demonstrować przez dwie godziny. Po tym czasie policja rozpyliła taką ilość gazu, że tłum w końcu się rozproszył. Mniejsze starcia z policją w ubogich dzielnicach miasta trwały jednak do późnej nocy. Zatrzymano kolejnych 700 protestujących, głównie młodych ludzi w wieku od 15 do 20 lat. Obrońcy praw człowieka alarmują, że policja wyłapywała ludzi z ubogich dzielnic nie zadając sobie specjalnego trudu, by sprawdzić, czy faktycznie brali udział w zamieszkach i czy byli agresywni.

Dodatkowym powodem do gniewu jest pandemia: spadek liczby turystów z Europy sprawił, że nawet osoby posiadające względnie dobrą jak na miejscowe warunki pracę w hotelach czy gastronomii traciły masowo zajęcie lub nie otrzymywały w całości należnego wynagrodzenia. Niezbyt dobrze radzi sobie również tunezyjska służba zdrowia. Ale i przed pandemią nastroje były fatalne: w 2020 r. w kraju miały miejsce tysiące lokalnych protestów z powodu bezrobocia, niskich płac czy zaniedbywania przez lokalne i centralne władze podstawowych potrzeb mieszkańców.

Odpowiedzią rządu na protesty była obietnica wymiany 11 ministrów na młodszych, na co jednak nie chce zgodzić się prezydent kraju, który musi takie zmiany autoryzować. Rząd ma również nadzieję spacyfikować nastroje za pomocą ostrego lockdownu: pod wrażeniem demonstracji nagle wprowadzono, uzasadnioną koronawirusem, godzinę policyjną od 20 do 5 rano, a do 14 lutego zakazano wszelkich zgromadzeń. Dodatkowo zakazane zostały podróże między regionami kraju, a osobom w wieku powyżej 65 lat zabroniono wychodzenia z domu. Rząd zapowiedział, że potraktuje łamiących obostrzenia najsurowiej jak się da, oczywiście uzasadniając to wyłącznie sprawami zdrowia publicznego. Uliczna opozycja nie ma jednak wątpliwości, że w ogóle nie o to chodzi. 26 stycznia młodzi ludzie, zbyt zdesperowani swoim położeniem, by zostać w domu, demonstrowali ponownie. Znowu doszło do zamieszek i aresztowań.

Gdy protestujący domagają się walki z bezrobociem i biedą oraz zmian w policji i sądownictwie, niewspółmiernie surowych w stosunku do biednych, Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzywa Tunezję do ściślejszej kontroli deficytu budżetowego i ograniczenia kryzysowego wsparcia dla państwowych firm, w tym do „uważniejszego” subsydiowania wynagrodzeń.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Kobiety znowu wyszły na ulice. Na Manifach domagały się pełni praw i wyższych płac

Międzynarodowy Dzień Kobiet dopiero 8 marca, ale przez niektóre miasta Polski już przeszły…