Manifestacja Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów / fot. Wikimedia Commons

W polityce – coraz ostrzejsze spory personalne. W gospodarce – program Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który ma wszelkie szanse wpędzić obywateli w nędzę jakiej nawet na Ukrainie jeszcze nie doświadczyli. Korupcja ma się znakomicie, demokracja niekoniecznie. Rok 2015 nie przyniósł naszym wschodnim sąsiadom zmian na lepsze. Następny też nie przyniesie.

Arsenij Jaceniuk. Na zdjęciu jako jeden z wodzów Majdanu, dziś jego rząd broni się przed upadkiem / fot. Wikimedia Commons
Arsenij Jaceniuk. Na zdjęciu jako jeden z wodzów Majdanu, dziś jego rząd broni się przed upadkiem / fot. Wikimedia Commons

Najważniejsza perspektywa Ukrainy na 2016 r. to konieczność dalszej implementacji programu oszczędnościowego autorstwa MFW. Jest to cena za wartą 17,5 mld dolarów pomoc z Funduszu, wypłacaną w ratach od 2014 r. Nie ma nic za darmo – aby Fundusz godził się de facto finansować państwo ukraińskie i zapewniać kolejnych kredytodawców, że warto mu zaufać, Kijów ma zredukować deficyt budżetowy do 3,7 proc. PKB. Ma też wdrożyć całą listę reform gospodarczych i administracyjnych, wśród których poczesne miejsce zajmuje obcięcie części emerytur o 15 proc. i dalsze wycofywanie się z państwowych subwencji cen gazu, które w rezultacie wzrosną trzykrotnie.

Pod koniec grudnia przez chwilę wydawało się, że Rada Najwyższa przestraszy się konsekwencji społecznych tak drastycznych cięć i nie przegłosuje dostosowanej do żądań MFW ustawy budżetowej. Ostatecznie jednak udało się zebrać 263 głosy za ustawą – zarówno z koalicji rządowej, jak i z opozycji. Może to świadczyć o tym, że ani rząd Arsenija Jaceniuka, ani przychylny mu dotąd prezydent Petro Poroszenko, ani opozycja nie czują się na tyle pewnie, by zaryzykować kryzys parlamentarny i wcześniejsze wybory. Część mediów ukraińskich twierdzi jednak, że niektórych głosujących „za” – szowinistyczną Partię Radykalną Ołeha Laszki i samotnego deputowanego Wolności, znanej głównie z domagania się lustracji – zwyczajnie przekupiono.

Społeczne rozczarowanie nad Dnieprem wzbiera systematycznie. Trudno, by było inaczej, jeśli w 2015 r. ukraińska gospodarka przeżyła katastrofę – PKB spadł o 12 proc. Produkcja przemysłowa tylko do października skurczyła się o ponad 15 proc. Obroty handlu zagranicznego – o blisko jedną trzecią. To przede wszystkim efekt załamania się wymiany z Rosją (spadek eksportu o ponad połowę), przed czym eksperci ostrzegali, odkąd Ukraina zaczęła rozważać podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE. Ukraińscy politycy starają się być optymistami. Wskazują, że spadanie wszystkich możliwych gospodarczych wskaźników zwolniło w drugiej połowie roku, usiłują przekonywać, że ograniczona stabilizacja sytuacji w Donbasie przełoży się na sytuację ekonomiczną. W budżecie na 2016 r. zapisano projektowany wzrost PKB o 2 proc. By jednak osiągnąć choćby tyle, konieczna jest skuteczna walka z korupcją i udana adaptacja do nowych realiów rynkowych już po podpisaniu wspomnianej umowy stowarzyszeniowej i utworzeniu strefy wolnego handlu z Unią Europejską. Pierwszy warunek to fantastyczne marzenie w kraju, gdzie praktycznie wszystkie partie egzystują na życzenie i za pieniądze oligarchów, a kluczowe decyzje w głosowaniach parlamentarnych zapadają w podejrzanych okolicznościach. Realność drugiego również wydaje się mocno wątpliwa. Na razie, skoro udało się przegłosować budżet, ukraińscy deputowani zabierają się za wprowadzenie poprawki do konstytucji umożliwiającej odejście od centralizacji władzy. Prawdopodobnie znowu trzeba będzie zastosować metody sprawdzone przy poprzedniej debacie.

Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko / fot. Wikimedia Commons
Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko / fot. Wikimedia Commons

Niemoc i niechęć do walki z korupcją sprawiają, że obecny premier Jaceniuk, jeden z bohaterów Majdanu, w przypadku przedterminowych wyborów miałby poważny problem z wejściem do Rady Najwyższej (dotyczy do zresztą większości deputowanych z ramienia jego Ruchu Ludowego). Wzrasta rozczarowanie innym „mężem opatrznościowym” – prezydentem Poroszenką. Zyskują za to w sondażach partie bez żenady posługujące się niemożliwymi do zrealizowania hasłami. Są tacy, którzy chcą dać kolejną szansę Julii Tymoszenko i Batkiwszczynie. Część wyborców, zwłaszcza z zachodu, nadal liczy na „nową jakość” Samopomocy Andrija Sadowego – partii, która raz utożsamia się z liberalnym konserwatyzmem w stylu Margaret Thatcher, a raz deklaruje, że jej program to „chrześcijańska moralność plus zdrowy rozsądek”. Rosną wreszcie słupki poparcia dla skrajnych szowinistów. Zyskuje Swoboda, zyskuje Partia Radykalna. W marszu pamięci Stepana Bandery, który odbył się 2 stycznia w rocznicę jego urodzin, w Kijowie szły tysiące ludzi z pochodniami i nacjonalistycznymi hasłami na ustach.

Kolejnym zbawcą Ukrainy chce być Micheil Saakaszwili. 23 grudnia ogłosił powstanie Ukraińskiego Ruchu na rzecz Oczyszczenia – społecznej koalicji, która ma zająć się walką z korupcją. Docelowo ma powstać partia, która przygarnie rozczarowanych majdanowych aktywistów – tych, którzy chcieli być uczciwi, więc do tej pory nie działali w partiach (dobrze wiedząc, na jakich zasadach funkcjonują), a także mniej skompromitowanych (pojęcie względne) aktywistów szeroko pojętej centroprawicy. Emocjonalne, czasem wręcz histeryczne wystąpienia gubernatora Odessy i jego bezpardonowe ataki na konkurentów – tu Saakaszwili nie jest wybredny, miesza z błotem zarówno Jaceniuka i jego współpracowników, jak i opozycję – na razie przysparzają mu fanów. Być może pochodowi Saakaszwilego po cichu patronuje prezydent Poroszenko. Nie miałby on nic przeciwko temu, by nowa formacja podebrała nieco wyborców partiom, którym patronuje Ihor Kołomojski – „prawicowo-patriotycznemu” UKROP-owi i centrowemu Odrodzeniu. W gruncie rzeczy wolałby również, żeby niezadowoleni Ukraińcy głosowali na Saakaszwilego, z którym prezydent utrzymuje jak dotąd dobre stosunki, niż na nieprzewidywalne formacje Tymoszenko czy Sadowego, nie mówiąc już o oszalałych nacjonalistach. Na razie bowiem zachodnia opinia publiczna wspiera Ukrainę, przymykając oko na wyciekające do internetu filmiki z parlamentarzystami śpiewającymi o Hitlerze czy wykonującymi neonazistowskie gesty. Na dłuższą jednak metę ekstremiści mogą w utrzymywaniu sympatii dla Kijowa tylko zaszkodzić, a tego Poroszenko absolutnie sobie nie życzy.

Symbol batalionu Azow / Wikimedia Commons
Neonazistowski emblemat pułku „Azow”, jednego z „bohaterów” wojny w Donbasie / Wikimedia Commons

Do przejęcia całej władzy aspiruje też, chociaż mniej krzykliwie niż Saakaszwili, wspomniany już dniepropetrowski oligarcha Ihor Kołomojski. Sukces ma zapewnić mu nie tylko sponsorowanie dwóch partii o różnych profilach politycznych, ale i finansowanie walczących w Donbasie pułku Azow oraz batalionów Ajdar, Donbas i Dnipro. Pierwszy całkiem oficjalnie posługuje się neonazistowską symboliką, wszystkie według Amnesty International dopuściły się zbrodni wojennych – od zabójstw, porwań i tortur do zawłaszczania pomocy humanitarnej kierowanej do Donbasu. To akurat Kołomojskiemu nie przeszkadza. Oligarcha wychodzi z założenia, że rozkręcanie szowinistycznych, szczególnie antyrosyjskich nastrojów na Ukrainie nie będzie specjalnie trudne, kiedy spada i tak marny poziom życia przeciętnego obywatela, rywalom zaszkodzi, a jemu wyjdzie na dobre. Zakłada również, że łatwiej będzie mu sterować z tylnego siedzenia rządem narodowych fanatyków o ograniczonych horyzontach i z miernym politycznym doświadczeniem niż np. gabinetem Julii Tymoszenko czy Andrija Sadowego. Na korzyść Kołomojskiego działa również ogólna nieudolność Bloku Opozycyjnego – niedobitków Partii Regionów, którzy z 40 deputowanymi w Radzie Najwyższej mieli ambicje stanowić główną siłę sceptyczną wobec nowej majdanowej elity. Z ambicji wyszło niewiele i nadzieje Kołomojskiego, że jego partie przejmą w przedterminowych wyborach część elektoratu ze wschodu mają stokrotnie większe podstawy, niż sny o Ukrainie bez korupcji.

Lub nawet sny o Ukrainie prawdziwie demokratycznej. Berkut, demoniczna figura z czasu Majdanu, zniknął z kijowskich ulic, ale Gwardia Narodowa z rozpędzaniem „niewłaściwych” demonstracji radzi sobie tak samo dobrze. Państwowe media nie mają problemu z piętnowaniem niechętnych Poroszence jako „awanturników” i „radykałów”, nawet kiedy swoim rozgoryczeniem wywołanym sytuacją w kraju dzielą się żołnierze powracający z Donbasu, niedawno fetowani jako bohaterowie. Nie zniknął problem więźniów politycznych i niehumanitarnych warunków w więzieniach. Zniknęło co najwyżej zainteresowanie nimi ze strony Unii Europejskiej. Cóż, szerzej nieznani antyrządowi aktywiści, często lokalni działacze Swobody, nie są Julią Tymoszenko.

W 2016 r. ukraińską elitę polityczną może czekać próba sił między prezydentem, premierem, opozycyjnym oligarchą i Micheilem Saakaszwilim, który zapewne z chęcią przejąłby na Ukrainie każdą z tych pozycji, z kilkoma następnymi ambitnymi politykami atakującymi z drugiej linii. W tej konfiguracji ukraińskim wyborcom pozostanie głównie troska o codzienny byt. Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie da się przekonać, że jego projekty reform może i przekładają się na abstrakcyjne wskaźniki ekonomiczne, ale przeciętnego obywatela Ukrainy doprowadzają do ruiny. Przeciętny obywatel wie, że wielkiego pola manewru nie ma. Nawet jeśli po Majdanie był pełen nadziei, to zrozumiał już, że jest, jak było wcześniej. Jeśli nie gorzej.

[crp]

Zobacz także

Gwałtowne manifestacje w Mali, aresztowania wśród opozycji: „dość kolonializmu!”

Mali to jeden z najuboższych krajów afrykańskiego Sahelu, który stał się centrum francuski…