Komentowanie występów Dudy, Morawieckiego i Mike’a Pence’a, który przyleciał do Warszawy w roli metropolitalnego namiestnika nie ma sensu. Nie dlatego, że nie byłoby się z czym zmierzyć, bo wygodnych przeinaczeń, osobliwych interpretacji i prostych banałów wypowiedziano co niemiara. Jednak, niestety już od dawna nie oznacza to żadnego wyjątku. Z takich bowiem elementów składa się w polskiej debacie publicznej dzień codzienny. W tych okolicznościach codziennie warto tworzyć kontrkulturę prawdy i jej poszukiwać w matni kłamstw i propagandy, coraz głupszej, coraz bardziej topornej i coraz bardziej obraźliwej dla inteligencji każdego przytomnego człowieka.

Tym bardziej warto pokusić się o kilka słów prawdy w kontekście rocznicy umownego początku drugiej wojny światowej. Z jednej strony jest to ważne, ponieważ napięcia geopolityczne i ekonomiczne na świecie są olbrzymie, a globalna partia wojny, w której zasiadają wszelkie Trumpy, Kaczyńskie, Bolsonara, Johnsony, ibn Salmany i Netanjahy tego świata niemal codziennie demonstruje, iż widzi jej się kolejna wielka wojna; tym razem przeciw Chinom i Rosji. To raz.

Dwa – niewielu zdaje sobie zapewne z tego sprawę, ale – jeśli przyjąć umowną datę pierwszego września za początek drugiej wojny światowej – to obchodzimy rocznicę upadku archetypu IV Rzeczpospolitej. W 1939 r. spektakularnie posypała się mocarstwowa polityka tzw. sanacji, dziś (póki co tylko symbolicznie) rozpada się mocarstwowa polityka tzw. dobrej zmiany. Dziadek Marks znów miał rację – historia powtarza się jako farsa.

W latach 30. Polska postępowała podobnie jak dziś. Sanacyjne elity żyły toksycznymi marzeniami o potężnym państwie, o którego względy wszyscy będą zabiegali i od którego widzimisię wszystko będzie zależało. Ze względu na brak własnych zasobów ówczesna Polska mogła jedynie zaspokajać te fantazje prężeniem cudzych muskułów. Gdy przyszło co do czego, finałem tych obłędnych wizji okazała się totalna destrukcja państwa. To co dobra zmiana wyczynia teraz, skończy się tak samo.

Nie chodzi oczywiście o to, by Polskę przestać traktować w kategorii ofiary drugiej wojny światowej; to byłoby nadzwyczaj nieuczciwe. Nie można jednak nie dostrzec, iż w olbrzymiej mierze jest to wynikiem serii idiotycznych wyborów w polityce zagranicznej i bezwarunkowego oddania i zaufania zachodnim mocarstwom. Jest to także wynik braku samodzielnego myślenia w polityce zagranicznej obliczonego na realny interes państwa i społeczeństwa. Tak jak wówczas piłsudczykowskie elity, tak dzisiaj obóz Kaczyńskiego używają polityki do obsługi swojej, w najlepszym wypadku, fałszywej świadomości, a tak naprawdę geopolitycznych halucynacji.

Nie sposób w jednym publicystycznym tekście zdekonstruować całej sanacyjnej polityki i globalnych okoliczności wybuchu drugiej wojny światowej; zasygnalizujmy jednak chociaż najważniejsze przyczynki do krytycznej refleksji w tym kierunku.

Zacząć należy od tego, że dla wszystkich najważniejszych ośrodków politycznych w 1939 r. było jasne, że wojna wybuchnie i niemal wszystkie one obawiały się niemieckiej potęgi militarnej. Tylko Polska się nie bała. Baczni obserwatorzy ówczesnej sytuacji, zwłaszcza dyplomaci, mieli absolutną pewność, że tzw. brytyjskie gwarancje dla Polski nie są warte przysłowiowego funta kłaków. W rozmowach między Londynem a Białym Domem Neville Chamberlain, ówczesny brytyjski premier, nawet nie próbował ukryć, że imperium w ogóle nie jest przygotowane do wojny. Przed 1 września 1939 r. brytyjska armia liczyła niespełna 900 tys. żołnierzy i tylko część znajdowała się w Europie. Co więcej, Wielka Brytania miała przeszło dwukrotnie mniej czołgów i przeszło czterokrotnie mniej dział niż Niemcy. Jeśli chodzi o wyposażenie artyleryjskie, nawet Polska dysponowała lepszym sprzętem. Brytyjskie siły dorównywały pozostałym państwom wyłącznie jeśli chodzi o lotnictwo.

Jest oczywiste, że Londyn od jakiegoś czasu, mówiąc kolokwialnie, podpuszczał Warszawę, by ta prężyła się wrogo wobec Hitlera, a udzielenie jednostronnych gwarancji było niejako przypieczętowaniem tego procesu. Dla elity brytyjskiej, która, jako się rzekło, zdawała sobie sprawę z nieuniknionego wybuchu wojny i ewidentnej przewagi militarnej III Rzeszy, najważniejsze było przekierowanie uwagi Hitlera „w drugą stronę”,  tj. na obszar Europy Wschodniej. Expressis verbis potwierdzali to w różnych okolicznościach poważni dyplomaci,  np. Alexander Bullit, ambasador Stanów Zjednoczonych w Paryżu. Trudno powiedzieć, czy Józef Beck nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest namawiany do skoku na główkę do pustego basenu, czy po prostu stwierdził „szlachta na koń siędzie i jakoś to będzie”. Tak czy inaczej, totalnie widzę w takiej akcji Kaczyńskiego, Morawieckiego i Czaputowicza.

Führer miał wobec Wschodu oczywiście swoje plany. Do wiosny 1939 r. Hitler liczył, że Polskę uda się włączyć w orbitę III Rzeszy i na gruncie sojuszu przeciw Związkowi Radzieckiemu uczynić z niej państwo satelickie wzorem Węgier i Słowacji. Spełniło by się wówczas marzenie Piotra Zychowicza.

Zmienił zdanie dopiero latem 1939 r., gdy polskie władze odmówiły renegocjowania statusu Wolnego Miasta Gdańska i zgody na budowę eksterytorialnego korytarza do Prus Wschodnich, co Berlin potraktował jako ostatecznego kosza. Wcześniej Hitler był nieco skonfundowany, gdyż Polska z jednej strony stawała mu okoniem i prężyła przeciw niemu muskuły, z drugiej zaś puszczała oko i flirtownie się uśmiechała. Np. na początku 1939 r. polski ambasador w Berlinie zapewniał kanclerza III Rzeszy o gotowości Warszawy do pełnej współpracy, nawiasem mówiąc również w „kwestii żydowskiej”. Pisze o tym m. in. niemiecki historyk prof. Rolf-Dieter Müller.

Koniec końców był taki, że w sierpniu podpisany został pakt Ribbentrop-Mołotow. Zachodnie mocarstwa niemal natychmiast pozyskały wiedzę o tajnym załączniku do tej umowy i poznały jego treść. Waszyngton zapoznał się z nią dosłownie dzień po podpisaniu, czyli 24 sierpnia 1939 r. Informacja ta została natychmiast przekazana do Londynu i Paryża.

Co ciekawe, o czym przypomniał ostatnio historyk Bohdan Piętka, źródłem przecieku był Hans von Herwarth – sekretarz ambasady niemieckiej w Moskwie, ukrywający swoje żydowskie pochodzenie. Informację o tajnym protokole miał on także wysłać do Włoch. Chciał zapobiec w ten sposób wojnie. Jednak elity brytyjskie i francuskie nie miały niczego przeciw wybuchowi wojny, zależało im jedynie na tym, by nie została ona ukierunkowana przeciw ich państwom. Nikt nie szepnął Warszawie ani słowa. Współgrało to zresztą z amerykańskimi kalkulacjami zaangażowania Związku Radzieckiego w wojnę przeciw Hitlerowi. Stalin się migał, argumentując m.in. brakiem wspólnej granicy z Rzeszą – w jaki sposób więc miałby zaangażować Armię Czerwoną w konflikt z Wermachtem?

Powyższy opis dalece nie wyczerpuje listy wszystkich niuansów, ale, jak mniemam, daje cokolwiek jasny obraz podstawowej okoliczności wrześniowej klęski i tego co wydarzyło się później. Każdy kto zgłasza zagranicznym mocarstwom Polskę jako darmowego dywersanta i dobrowolnie przedkłada terytorium tego państwa jako teren frontowy jest łajdakiem, ignorantem i zdrajcą zasługującym na specjalny trybunał. Co do pozostałych spraw – można dyskutować, ale gorszej drogi niż ta, po której kroczył Beck z Rydzem Śmigłym i ich dzisiejsze tanie reinkarnacje w tonacjach disco-polo nie ma.

paypal

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Sto lat temu nawet Józef Pilsudski nie uległ czarowi piosenki „Po majątki na Podole” i z Petlurą uzgadnial granicę w miarę realistyczną. Do czasu. Niestety, reforma rolna nie objęla wszystkich rolników na Kresach, a ziemię z parcelacji dostali kombatanci. Myśl dalekowzroczna na wieki stala się dodatkową przyczyną tragicznie zakończonego konfliktu.

  2. Nie było żadnych tajnych załaczników do paktu Ribbentrop – Mołotow. Nikt nigdy i nigdzie na świecie nie widział oryginału tego protokołu. Istnieją tylko jakieś fotokopie, wytrzaśnięte z rękawa podczas procesów norymberskich w celu wybielenia Geringa i reszty nazioli i rozłozeniu odpowiedzialnosci na Niemcy i ZSRR. Fotokopie te istnieją tylko po stronie niemieckiej. W Rosji nikt nigdy tych fotokopii nie widział ani nie odnalazł w archiwach. Fotokopie tak nieudolnie sfałszowane, że podpis Mołotowa na wersji niemieckiej jest w całości łaciną a na wersji rosyjskiej „W” od Wiaczesława łaciną a nazwisko cyrylicą. Litery”W” na wersji niemieckiej i rosyjskiej mają całkiem inny charakter pisma. To tyle jeżeli chodzi o wiarygodnośc tego super, hiper, mega, tera, peta eksa ściśle tajnego załącznika.

  3. Zamiast pisać kolejne strony dywagacji, czy Polska miala jakąś szansę wtedy, zadajmy proste pytanie. Czy współczesna Polska ma alternatywe? Czy może wybrać innych sojuszników? Polacy od czasow wiktorii wiedeńskiej pokazali, że najpierw idą sojusznikom na pomoc, a potem liczą na reważ. W dawnych czasach na wdzięczność Austrii wystarczylo poczekać niecale dziewięćdziesiąt lat. Zakłamany obraz z płaczącą Marią Teresą to dobra propaganda, ale brutalna prawda pokazuje, że kilka lat wcześniej, jeszcze podczas konfederacji barskiej, kiedy Rosja wprowadzila wojska na Ukraine, Austria wprowadzila na pólnoc od Karpat swoje jako kordon sanitarny. Podobnie dzisiaj, po sprawdzonym braterstwie broni na polach Afganistanu i Iraku jesteśmy zachecani ofertą zakupu za $30 miliardów, a nasi przyjaciele, wsparci przez 88 senatorów /[rzypadkowo symbolicznie podwojone Mickiewiczowskiego 44/ słuchają o $300 miliardach. Czy znajdzie się ktoś, co będzie lansowal atrakcyjna informację, że na Syberii daja osadnikom 1 hektar ziemi za darmo? A niby czym to sie różni od sytuacji sanacji w 1939 roku?

    1. Dla hektara ziemi na Syberii, to z przeproszeniem nawet pupy ruszać nie zamierzam… na wschód od Buga możemy rozmawiać jedynie o tysiącach ha.

    2. Na wschód od Bugu to możemy sobie na mapie popatrzeć. Albo na wycieczkę pojechać. Nie darmo Chmielnicki z carem ugodę perejasławską podpisał poddając Ukrainę pod carskie panowanie.
      Takie są realia Kiciuś!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Świniowatość PO mierzy się w nicniewartościach

PiS i PO mają dla mnie pewną unikatową właściwość – oba stronnictwa wyzwalają niekie…