Rozumiem doskonale moich towarzyszy, którzy zarzekają się, że nigdy nie zagłosują na Biedronia, bo widzą w nim cwanego gracza, pamiętają mało fortunne deklaracje o współpracy z Balcerowiczem i konwencję Wiosny, na której słowo „lewica” nie padło, bo tak wychodziło z ówczesnych analiz PR. Z drugiej strony czuję, że wiem, co kieruje aktywistami i aktywistkami, którzy twierdzą, że nie ma co wybrzydzać, tylko wybierać z tego, co jest, a jest grupa kandydatów prawicowych, różnie rozkładających akcenty w obrębie tej samej puli: konserwatywnej, kościółkowej, wolnorynkowej. I on jeden, zdecydowanie nie kościółkowy, wyposażony w socjaldemokratyczny program minimum przygotowany przez Lewicę jeszcze na wybory parlamentarne. A także, jak się dzisiaj dowiedzieliśmy, w sztab wyborczy grupujący same tuzy tejże Lewicy. Czarzasty – szef Komitetu Poparcia, Zandberg – dyrektor programowy, kilkoro posłanek i posłów… Wszystkie ręce na pokład!

Czy taki skład ma być sygnałem, że Lewica traktuje wybory prezydenckie bardzo poważnie? Zapewne tak. Czy jest reakcją na słabsze niż oczekiwano pierwsze sondaże Biedronia? Pewnie też. Niejako mimochodem powstaje również wrażenie, że tenorzy socjaldemokratycznego trójprzymierza nie ufają specjalnie ani swoim podwładnym, ani sobie nawzajem, skoro postanowili wszyscy na raz i osobiście trzymać rękę na pulsie. OK, można i tak. Skoro jednak w kampanię zaangażowały się wszystkie najbardziej rozpoznawalne twarze sejmowej Lewicy, to i oczekiwania wyborców mają prawo wzrosnąć.

Nie, nie do tego stopnia, by się spodziewać wygranej. Ruch w górę w sondażach nie jest całkowicie wykluczony, przecież to dopiero początek kampanii, ale wypada zdobyć się na trzeźwą ocenę: Biedronia wybrano, by podbijać serca wyborców mniej wyraziście lewicowych, tymczasem ci niezdecydowani wcale nie garną się pod jego skrzydła. Blask nowości minął, notowania są słabsze niż te, które ma w badaniach opinii publicznej lewicowy klub. Co realnie można zrobić?

Potraktować tę kampanię podobnie jak parlamentarną: jako możliwość wprowadzenia do debaty publicznej jak największej liczby socjaldemokratycznych haseł i tematów. Na przyszłość, w ramach cierpliwego przypominania społeczeństwu, kto naprawdę wie, jak zbudować mieszkania, naprawić służbę zdrowia, wskrzesić publiczny transport i skonstruować sprawiedliwą skalę podatkową. A także ukrócić plagę śmieciówek i dać szansę na wyższe płace. Nawet socjaldemokratyczne, w gruncie rzeczy ostrożne recepty na tych odcinkach ciągle są wyśmiewane przez „niezależnych ekspertów”, którzy jakby nie zauważyli kryzysu roku 2008 i odwracają oczy od gorszych stron III RP. Jeśli największe organizacje polskiej lewicy nie mają odważniejszych propozycji programowych, to niech chociaż powtarzają te. Lepsze to, niż totalna abdykacja.

Tak, to godne ubolewania, że w czasach kryzysu klimatycznego przeplatanego z nowym kryzysem gospodarczym najbardziej ponoć postępowej siły w polskim parlamencie nie stać na mocniejsze oskarżenie pod adresem systemu, który sprokurował jedno i drugie. Do takiego stanu doprowadziła się polska lewica i długo jeszcze będzie z niego wychodzić – jeśli w ogóle zechce trzymać się tej drogi. Dlatego jeśli już mamy z czegoś konstruktywnie rozliczać kandydata Biedronia, to nie z tego, że nie jest socjalistą, bo nigdy nim nie był, a z tego, czy realizuje założenia, które realizować jest w stanie: trzyma się aktualnego kursu dyktowanego przez PR-owców (lewica! nie progresywizm!), nie ulega komentatorom wywyższającym się nad starszą panią z groszową emeryturą, mówi rzeczy, o których wspominał dziś jego szef sztabu Tomasz Trela. A wspominał, zapytany o poglądy kandydata, o sprawiedliwych społecznie podatkach dla najzamożniejszych, wprowadzeniu trzeciego progu. Jeśli w toku kampanii uda się choćby ten postulat wprowadzić do debaty i go wybronić, będzie to następny krok w odbijaniu zawłaszczonego przez prawicę myślenia. Tyle Biedroń i jego gwiazdorski sztab są w stanie osiągnąć, niezależnie od tego, na ile kandydat w te wyższe podatki wierzy.

Ale muszę na koniec zgodzić się z towarzyszami, którzy na Biedronia nie zagłosują: w makroskali, na nasze schyłkowe czasy, to nie jest dużo. Więc tak jak rozumiem tych, którzy chcą swoim głosem pomóc lewicy w Polsce, tak i rozumiem racje tych, którzy się nie przemogą. Każdy niech rozważy sam.

paypal

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. biedronie, zandbergi,millery itp. to mutacje solidaruchów. Mogą się nazywać jak chcą ,na końcu i tak wyłazi michnik/kaczyński

  2. Moje zdanie nie musi być tutaj ważne, gdyż ostatecznie i tak nie zagłosowałbym na liberała.

    Ale,
    czy to nie partner Biedronia załatwił nam monitoring Unii Europejskiej?

  3. Ongi, za Biedronia rozmawiałem w Urzędzie Miasta. Zdecydowana większość twierdziła, że pic owszem jest. A po picu nic.

  4. Nie głosuje się na liberała, który jeszcze kilka miesięcy temu stwierdził że jest dumny z obecności Polski w NATO, a kilka dni temu chwalił Makrona. To nie ma nad czym rozważać, Biedroń jest skończony tak jak jego prawicowi kontrkandydaci.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Małe (a może duże) manipulacje

Kampania wyborcza przed drugą turą w pełni. Rozkład sił jest jasny: po jednej stronie wyks…