Przez wiele lat z różnym zaangażowaniem kibicowałem piłkarzom Lecha Poznań. Na stadionie przy ul. Bułgarskiej w stolicy Wielkopolski byłem pierwszy raz w wieku lat pięciu. Nigdy jednak nie czułem się częścią stadionowej większości. Stopień nienawiści manifestowany w stronę sportowych przeciwników wydawał mi się kompletnie jałową emocją i abstrakcyjnym atawizmem. I tak aż do lata 2016 kibicowanie bez hejtu, wulgaryzmów i homofobi było jedynie mrzonką majaczącą na horyzoncie mojej wyobraźni. Przypuszczam, że podobne odczucia mają inni kibice piłki nożnej, którzy na polskich  stadionach stanowią milczącą mniejszość. To właśnie oni przez lata byli zmuszeni do znoszenia hegemonii głupoty i agresji, która z czasem została dopełniona jadem nacjonalizmu. Osoby, które przychodziły na stadiony, by dopingować swoje ukochane drużyny, a przy tym nie czuły żadnej potrzeby by ową miłość wyrażać za pośrednictwem mowy nienawiści, obrażania osób homoseksualnych czy prymitywnego antysemityzmu przyzwyczaiły się, że obraz kibica został zawłaszczony ogniska ignorancji wymieszanej z niczym nieuzasadnioną dumą.

Niedawno dowiedziałem się, że w Warszawie powstał nowy klub piłkarski. Nazywa się AKS „Zły” i właśnie rozegrał swoje dwa pierwsze mecze w ramach najniższego poziomu rozgrywkowego – B klasy. Z ciekawości wybrałem się na te spotkania. Nie oczekiwałem niczego szczególnego. W końcu ósma liga kojarzy się z koszmarną kopaniną, boiskowym chaosem i pustymi trybunami. Na pierwszym meczu w Sulejówku poczułem atmosferę zupełnie z innej piłkarskiej planety. Kilkudziesięcioosobowa grupa fanów „Złego” dopingowała swoją drużynę przez cały mecz w żywiołowym, ale przy tym kulturalnym, a momentami nawet całkiem zabawnym stylu. Mimo, że gracze w czarno-białych koszulkach tracili kolejne gole, fanów nie opuszczały dobre nastroje, a boiskowych niepowodzeń swoich pupili nie odreagowywali ani w obelgach skierowanych w stronę przeciwnika czy sędziego. Podobnie było na kolejnym meczu, na warszawskich Szmulkach, gdzie „Zły” po raz pierwszy wystąpił w roli gospodarza. Tym razem prawie ćwierć tysiąca kulturalnych „ultrasów” robiło niesamowite rzeczy, dopingując swoich piłkarz od początku do zwycięskiego, tym razem, końca. Opuściłem stadion przy ul. Kawęczyńskiej kompletnie oczarowany. Okazuje się, że można mieć „swoją drużynę” i nie hejtować przyjezdnych. Można poczuć się częścią kibicowskiej większości nie wdychając przez 90 minut rasistowskich, ksenofobicznych i homofobicznych miazmatów.  Może być ciekawie również na poziomie beklasy. Dlatego też uważam, że AKS „Zły” to projekt skazany na sukces. Jestem przekonany, że istnieje cała rzesza fanów futbolu w stolicy, którzy chcieliby mieć swój klub w takim właśnie klimacie – niewykluczającym a integrującym, pozbawionym złych emocji i manifestującym przywiązanie do drużyny bez tępej potrzeby jałowego antagonizmu. Stadion, na którym każdy może czuć się mile widziany na pewno nie będzie świecić pustkami.

AKS „Zły” okazuje się również pierwszym realnie demokratycznie zarządzanym klubem w Polsce. Każdy, kto płaci składki może współdecydować o strategicznych dla rozwoju projektu decyzjach. W deklaracji założycielskiej znajdujemy również wzmianki o konieczności krzewienia kultury i to niekoniecznie tylko tej sportowej. Chodzi również o oddolną organizacje społeczeństwa i odbudowę więzi społecznych, nieopartych na wykluczeniu i nienawiści, a na logice włączającej i integrującej.  Pomyślałem sobie, że jeśli w tym cholernie smutnym i opanowanym przez nacjonalistyczno-kapitalistyczny obłęd kraju ma się pojawić jakaś emancypacyjna jaskółka, to chyba właśnie zobaczyłem ją na Szmulkach.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Historyczna bezczelność albo priorytety prawicy

Budżet może się walić, nie domykać, zawisnąć na jednej kontrowersyjnej reformie… ale…