W internecie kampania Galerii Plakatu AMS „Jedz ostrożnie!” wywołuje dyskusje niemal tak zaciekłe jak 27. Finał WOŚP czy styczniowy odstrzał dzików.

Ci, którzy utożsamiają się z przedstawionym na jednym z plakatów człowiekiem-hamburgerem czy otyłym pracownikiem biura, poczuli się nią urażeni i napiętnowani. Przez ostatnie kilka dni miałam okazję przeczytać wiele szczerych i poruszających wyznań o tym, dlaczego pod wpływem tej kampanii mieli ochotę schować się do mysiej dziury. Bo poczuli, że twórcy wykorzystali nadarzającą się okazję, żeby raz jeszcze dźgnąć ich w poczucie własnej wartości. Że nikt nie wziął pod uwagę, że można nie stołować się w McDonaldsie, a jednak walczyć z wagą, ostracyzmem, poczuciem winy i coraz głębiej zapadać się w sobie. Odwiedzać latami kolejnych lekarzy, a na koniec wyjść na przystanek i zobaczyć plakat z ze swoją własną karykaturą. Setek takich głosów nie da się zignorować, nie da się tym wszystkim osobom odmówić prawa do poczucia się właśnie tak, jak się poczuły.

Z drugiej strony twórcy tłumaczą, że kampania społeczna nie ma na celu piętnować jednostek, ale zwrócić uwagę na problem jakości tego, co jemy. „Kampania społeczna musi być dosadna, musi wstrząsnąć, aby była skuteczna” – twierdzą. I na poziomie teorii trudno odmówić im racji. Ale faktem jest, że w takiej formie przekaz zasmucił i zdenerwował wiele osób. Nie można tego tak po prostu zanegować.

Nie uważam, że ideą, która przyświecała autorom kampanii było akurat sadystyczne „dopieprzenie grubasom”. Większość prac zdaje się zresztą otwarcie wymierzona w producentów, a nie konsumentów fast foodów i to należy uczciwie odnotować. Powinniśmy alarmować o tym, że otyłość jest chorobą cywilizacyjną, która zbiera coraz większe żniwo (cierpi na nią 16 proc. Polaków, 36 – na nadwagę). Ale rozumiem też, że „terapia szokowa” zastosowana masowo jak leci bez znajomości indywidualnych historii i uwarunkowań może wywoływać sprzeciw i że czasem ciężko się na taki przekaz uodpornić. Bo, na co słusznie zwraca uwagę w swoim tekście Kaja Puto, już abstrahując od biologii – to co kładziemy na talerz to również problem klasowy, problem dostępności zdrowego jedzenia, problem wszechobecnej bezmyślnej reklamy, problem braku czasu, problem wysokości zarobków. To nie tylko kwestia naszego dobrego bądź złego wyboru. Nie należy zdrowego albo niezdrowego stylu życia sprowadzać tylko do wektora „żryj” i o to z pewnością można mieć do twórców kampanii żal. Zdecydowanie lepiej ta akcja zadziałałaby jako systemowe wsparcie szkół w promocji warzyw i owoców na drugie śniadanie. Być może lepiej zadziałałaby sugestia zastąpienia przekąski z głębokiego tłuszczu czymś zdrowym, co nie kosztuje milionów monet – i przedstawienie płynących z tego korzyści.

W kraju, w którym do specjalisty w kolejce czeka się 3 lata, wczesne zdiagnozowanie jakiejś choroby czy zaburzenia zależy od tego, czy pozwoli nam na to zasobność portfela, a średnie zarobki pozostają na takim poziomie, że „żywność ekologiczna” brzmi jak zaklęcie ze świata VIP-ów, należy szczególnie zwracać uwagę na to, żeby nie dokładać ludziom dodatkowego ciężaru. Nie dokładać poczucia porażki, które mnie będzie atakowało z plakatu. Jak słusznie ktoś w internetowej dyskusji zauważył, nikt jeszcze nie rzucił palenia z powodu naklejek na paczkach papierosów. Na tę okoliczność mam nawet anegdotkę. Mój kolega kiedyś kupował w kiosku fajki. Kiedy zobaczył ostrzeżenie na pudełku („Palenie powoduje impotencję”) wrócił się do kiosku, zwrócił paczkę pani za ladą i powiedział: – Niech pani da „palenie zabija”. Tak to działa.

patronite

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Weronka, nie wiem ile w Mnieście kosztuje marchewka sztuk jeden, ale nawet jej kilogram jest tańszy, niż syfiasty hamburgier, a jeśli nawet jeśli jest nieekologiczna, to i tak radykalnie zdrowsza od niego. I słusznie ci … propagandziści piętnują takie obrzydliwe hamerykanckie ścierwo.

    1. Hmm… Tylko ile kosztuje równowartość energetyczna hamburgera w postaci marchewki? Swoją drogą dziwnym jest, że nikt nie zauważył, iż plaga otyłości to domena państw o dużych dysproporcjach dochodowych. Na świecie prym wiodą zdaje się Brazylia i Meksyk, Polska zaś pnie się w górę. Na tych rynkach tania żywność często nie posiada wartości odżywczych, ale obfituje m.in. w tłuszcze. Biedni otyli żywią się np. wędlinami zawierającymi 10% mięsa, bo takie, które jadało się za czasów PRL, obecnie należą do segmentu premium. Sprowadzenie wszystkiego do fastfoodów to trywializacja problemu.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Trzaskowski, zabierz prywaciarzowi ciepełko

Warszawskie osiedle Sadyba przypominało w środę Islandię. W chłodnej aurze z ziemi tryskał…