Polscy związkowcy przekonywali w Brukseli eurodeputowanych do zaostrzenia zasad wysyłania pracowników do wykonywania usług w innych państwach UE. Polski rząd i pracodawcy opowiadają się za rozwiązaniem przeciwnym.

pixabay.com/pl/parlament-europejski-strasbourg-hpgruesen
pixabay.com/pl/parlament-europejski-strasbourg-hpgruesen

Przedstawiciele OPZZ i „Solidarności” w Parlamencie Europejskim lobbują za nowelizacją dyrektywy o delegowaniu pracowników. PE przygotowuje raport do projektu nowelizacji dyrektywy przygotowanego przez Komisję Europejską.

Teraz jest tak, że z krajach Unii pracuje wiele osób zatrudnionych na umowę zlecenie w polskiej firmie. I – choć jest to wymagane w przypadku pracowników delegowanych – nie przysługuje im urlop, ubezpieczenie zdrowotne na miejscu oraz np. konieczność przeprowadzenia badań lekarskich. Wymaga się od nich za to pełnej dyspozycyjności: 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, płacąc miesięcznie 1000 euro.

Wiele firm z Belgii czy Niemiec tworzy w Polsce swoje oddziały i zatrudnia w nich za polskie stawki pracowników z Polski, pracujących poza Polską. Dzięki temu płaci im się o 1000-1500 euro mniej niż pracownikowi miejscowemu.

Te przypadki i tak są łamaniem obowiązujących przepisów, bo osoby pracujące za granicą powinny dostawać co najmniej tamtejszą płacę minimalną. Jednak przygotowywana dyrektywa proponuje, aby pracownik delegowany zarabiał płacę minimalną powiększoną o obowiązkowe składniki doliczane pracownikowi lokalnemu na tym samym stanowisku, czyli dodatki za kwalifikacje, staż pracy itp. KE chce też, żeby obowiązywała stawka z układu zbiorowego w branżach, gdzie takie obowiązują.

Okres delegowania miałby wynosić maksymalnie dwa lata. Po takim czasie pracownik musiałby przejść na etat lokalny w kraju delegowania, z koniecznością płacenia tam składek społecznych.

W Unii Europejskiej jest niemal milion pracowników delegowanych. Połowę stanowią Polacy.

Jednak polski rząd boi się, że po zmianach polskie firmy wykorzystujące ludzi, staną się mniej konkurencyjne. I dlatego Polska jest w grupie krajów, które zdecydowanie protestują przeciw nowelizacji.

Związkowcy twierdzą, że konkurowanie wynagrodzeniem nie ma sensu. Prowadzi do tego, że zarabiają nie polskie firmy, które są którymś z kolei ogniwem w łańcuchu podwykonawców, ale firmy zagraniczne. Według związkowców nasi pracownicy i tak będą konkurencyjni, bo są w stanie pracować znacznie lepiej i w bardziej wymagających warunkach w takich branżach, jak opieka, budownictwo czy transport.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Co słychać u „obrońców normalności”. Prawicowy kibol zgwałcił wibratorem mężczyznę

Bartosz N., członek chuligańskiej grupy „Young Freaks”, skupiającej pseudokibi…